Neil Gainman - "Koralina"
Wyjazd do większych miast na chociażby część weekendu majowego może przynieść wiele pożytku. Można choćby spotkać znajomych z neta i miło spędzić w ich towarzystwie popołudnie (pozdrówki Sam i Avatar!). Można pozwiedzać (całkiem ładny ten Kraków!), a w końcu i to księgarni tudzież Empiku zawitać z portfelem, w którym mamy ograniczone środki płatnicze. Można też robić to wszystko naraz.
Dostrzegając na półce nowe dzieło N. Gainmana bez żadnych zastanowień sięgnąłem po nie. Ten autor jest klasą samą w sobie. Do niego nie potrzeba rekomendacji. Pisze świetnym stylem, pisze wciągająco, nie nudzi. Oryginalny. Tak więc widząc na empickiej półce "Koralina" wyłożyłem 19zł z portfela i poszedłem do kasy.
Tegóż samego dnia książkę skończyłem.
Nie myli się ten, który dostrzegł na samym początku ten recenzji, że "Koralina" jest baśnią.
(Nikt niestety nie dostrzegł, bo ten fragmencik wyciąłem.
Chciałeś zacząć niestandardowo, ale przecież każdy tekst musi mieć taki
sam mundurek - jak kazał przewodniczący. - m.) Tak, tym razem pan Gainman postanowił nam sprezentować utwór przeznaczony w głównej mierze dla młodszego odbiorcy. Aczkolwiek nie tylko on bez problemu wciągnie się w przygody tytułowej bohaterki.
Koralina jest młodziutką dziewczynką, która mieszka w pewnym domu. Ten dom ma 14 drzwi, z czego jedne są zamknięte. Za nimi jest ściana. Koralina (Koralina, nie Karolina. Koralina - często poprawia Koralina) jest dość ignorowana przez rodziców. W sumie to oni jakby jej nie dostrzegają. Natomiast mała dziewczynka bawi się w odkrywanie tego, co znajduje się wokół, jak i w samym domu. Dowiaduje się całkiem sporo ciekawych rzeczy, a my poznajemy świat, w którym ona żyje. Potem okaże się to bardzo ważne dla fabuły. Aż pewnego razu...
W przypadku tej książki Neil Gainman pisze bardzo prosto. Nie bawi się w długie opisy. Wali prosto z mostu bez zbytecznej patetycznosci, czy poetyczności. Nie ma takiej potrzeby. To co stworzył, robi
piorunujące wrażenie. Krótkie zdania, wspaniale wpływają na naszą wyobraźnię. Praktycznie nie ma tutaj opisów różnych strasznych potworów, ich zachowanie nie porywcze, gwałtowne. Tutaj boimy się czegoś innego. A bać możemy się naprawdę. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że klimat grozy udało się Gainmaowi wprowadzić właśnie poprzez te skąpe opisy, zdawkowe zdania. Sprawiają one, iż
zamiast gotowego, dostarczonego do mózgu obrazu strachu, sami go sobie wymyślamy. A najczęściej wymyślamy to, czego najbardziej się boimy.
Widać dopracowanie tej książki w każdym szczególe.
Niektórym mogą się rzucać w oczy zaczerpnięcia z różnych ogranych schematów. Pojawia się tutaj kot, pojawiają się drzwi, których nie można otworzyć etc.. Ale w ogólnym rozrachunku dostrzegamy to, że ta książka jest inna. Oryginalna. Lepsza, ciekawsza od wzorców, z których naśladuje. Jest jedyna w swoim rodzaju.
N.G. pracował nad tą bajką dziesięć lat. Dekadę. Stworzył bajkę świetną; robiącą na pewno piorunujące wrażenie na dzieciach, a i na dorosłych pozostawiającą swe
piętno. Świetne.
A to jak do wszystkiego podchodzi główna bohaterka... Po prostu widać, że jest to dziecko. I za to chwała Gainmanowi!
Kupujcie w ciemno!
Niestety autor nie raczył się podpisać, ale jeśli pamięć mnie nie myli, to reckę sponsoruje Faramir. - m.