|
|Urban Legends 2: Ostatnie cięcie|
Na film ten natrafiłem u kumpla, poszukiwałem dzieł Quentina Tarantino polecił mi Urban Legends jako jedno z nich, niestety pomylił się. Błąd wynikał z tego, że dzieło to emanuje czarnym humorem, absurdem akcji, na pierwszy rzut oka jest głupie, dopiero, gdy staramy się zrozumieć założenia twórców dochodzimy do wniosku, że warto było to obejrzeć. Wszystkie te warunki spełniają utwory pana Tarantino, Urban Legends na tej płaszczyźnie nie odbiega prawie w ogóle.
Fabuła opiera się na wyśmianiu tworów z gatunku amerykański kolorowy horrorek, a zwłaszcza dzieła "Scream". Mamy szkołę filmową, kilkoro uczniów, oraz zamaskowanego zabójcę w czarnym kombinezonie. Przyszli reżyserzy zaczynają ginąć, większość z tych zbrodni oczywiście przypadkowo widzi blondwłosa główna bohaterka. I na tym kończy się racjonalne rozumowanie.
Przejdźmy do szczegółów, na początku widzimy scenę w samolocie, która jest swego rodzaju filmem w filmie. Potem śmierć poprzez obcięcie głowy, akcja ta nijak nie pasuje do kolejnych wydarzeń i w ogóle nie wiadomo, co ona miała znaczyć. Następnie widzimy kolejny film w filmie bardzo kiepski zresztą, a po nim znów krwawe zabójstwo. I tak do końca, film, plan, sceneria, śmierć. Najlepszy jest koniec, gdy już prawie wiemy, kto jest zabójcą (w scenie w tunelu strachu morderca niedokładnie założył maskę, wystają długie blond włosy, podobne do tych, jakie nosi pomocnik-woźny) wychodzi na jaw kolejne dziwactwo, okazuje się, że nauczyciel jest sprawcą całego zamieszania, w ostatnich klatkach gra z odsłoniętymi kartami. Zostaje zabity. Ale czujemy, że coś jest nie tak, on w końcu nie miał długich włosów. I nagle widzimy ujęcie z rozdania nagród za najlepszy film dyplomowy, woźny wyciąga snajperkę i zostaje zastrzelony. Nagle słyszymy "cięcie", i kamera pokazuje wszystko jako plan filmu, zabity snajper wstaje, bohaterowie są twórcami filmu. Koniec. [No toś zaspoilerował :). - dop. G.]
Dziwne? Pewnie, że tak! I o to właśnie chodziło, tylko, że tak naprawdę nie jest to nic, co wstrząsa ludźmi raczej zwykła black-comedy. Można przyjąć, że była to zaliczeniowa praca jednego z uczniów szkoły, w której wszystko miało miejsce. W sumie nic specjalnego, jak zwykle absurdalna zmiana scenerii, jezioro, kanały, szkoła, las, dom, sztuczna kopalnia, jakaś wieża. Tak zróżnicowano miejsca akcji, co najzabawniejsze zmieniają się one mniej więcej, co kilka sekund. Nie wiadomo skąd, wszyscy mają znajomości, noże, broń, łopaty, są specami od wszystkiego.
Podsumowując, totalna zamotana krwawa komedia, z głupimi gagami, coś w stylu "Strasznego filmu", ale o wiele gorsza, posiadająca cechy wspólne ze scenariuszami mistrza Tarantino. Muzyka badziewna, gra aktorska aż za dobra, role odgrywane przez złotą amerykańską młodzież.
Ocena: 6/10 jeśli przyjmiemy, że jest to komedia z dużą dawką absurdu.
2/10 jeśli weźmiemy powyższą produkcję na serio.
Odi
metalowy_Odi@poczta.fm
P.S. Żeby pozostać w klimacie rada dnia: "Nadmiar czerwonych porzeczek jedzonych prosto z krzaka powoduje nadwrażliwość uzębienia".
|