|
|Filmy - polemika #2|
Miesiąc kolejny mija, a ja znów widzę kącik filmowy w AM. Jeszcze nie kliknę linka, jeszcze nie zobaczę spisu tytułów... A już wiem, że będę pisał "polemiki". To jest po prostu pewne. No i stało się - jak wykrakałem. Macie przed sobą odcinek drugi "Polemik do poprzedniego numeru". Co gorsza, za miesiąc też pewnie go uświadczycie...
Zacznijmy od "Bedazzled" (swoją drogą, dziwna choroba toczy ten corner - oryginalne tytuły filmów pojawiają się w recenzjach, kiedy łatwiej rozpoznawalne są przecież ich polskie, powiedzmy umownie, tłumaczenia {mi to nie przeszkadza, ale dobra - będę starał się dawać polskie tytuły - G.}). Ocena - jakże by inaczej - 10\10. Rozumiem, że jak film się spodoba, to zbiera wysokie noty, ale ludzie - litości, przecież o takim "Zakręconym" (tak, to oficjalne "tłumaczenie" tytułu {dlatego wolę oryginalne nazewnictwo :) - G.}) już za miesiąc nie będziecie pamiętać! Bo cóż on am w sobie, co nie pozwoli go wyrzucić z zakamarków świadomości? Niezbyt utalentowanych aktorów i pomysł stary jak świat. Gregorius w dopisku wspomniał o wtórności "dzieła", lecz nie potrafił jej zdefiniować. Przybywam więc z odsieczą - kiedyś na Polsacie wyświetlano (średnio raz na dwa tygodnie, na zmianę z "Tajną bronią"...) arcyzabawną komedię z lat sześćdziesiątych, z Billem Cosbym w roli głównej (tytułu owego filmu jednak nie pamiętam) - któej fabuła była jakoś tak... podobna. Lecz nie było to jedyne źródło inspiracji scenarzystów "Bedazzled" - pamiętacie taki serial sf (całkiem udany, moim zdaniem) "Zagubiony w czasie"? W nim to faceta rzucało po czasie i przestrzeni - i wcielał się w różne osoby. Wariacje tego pomyłu widzimy w "Zakręconym". Na myśl przychodzi mi jeszcze serialik "Dziewczyna z komputera" - też podobny. Podsumowując - film może i nie przynudza, ale żadnym przełomem nie jest. Ot, komedyjka na niedzielne popołudnie. 5\10.
Przy czytaniu kolejnej recenzji byłem - prawdę mówię, całą prawdę i tylko prawdę, tak mi dopomóż prezydent USA - oszołomiony. Najpierw myślałem, że oglądałem inny, niż opisany, film, o zbieżnych jedynie tytułach. Wkrótce się przekonałem, że jednak to o ten "E=mc2" chodzi. O ten "E=mc2", w którym pełno jest nachalnego product placementu, który zionie nudą na kilometr, jest kalką poprzednich filmów Lubaszenki i przy którym z niecierpliwością wyczekiwałem na końcówkę - chciałem już zakończyć męki...
Backsider pisze, że "Wspaniale zagrał rolę Maxa Olaf Lubaszenko. Tak, to ta sama osoba, co reżyser. Zresztą, chyba w każdym swym filmie, Lubaszenko zagrał jakąś rolę. Tak samo można powiedzieć choćby o grającej Stellę Agnieszce Włodarczyk, czy Cezarym Pazurze - również ich Lubaszenko obsadza zawsze w swych filmach". Nic dodać, nic ująć - ostatnio powstała pewna ścisła grupa "wybitnych" aktorów, którzy nawzajem obsadzają się w swoich filmach. Idziesz na polską produkcję (inną niż ekranizacja książki) - i wiesz już, że zobaczysz Pazurę, Lubaszenkę, Włodarczykównę, a prawdopodobnie i Mirosława Bakę, Marka Perepeczko i paru innych... A w trzech na siedem przypadków reżyserem będzie Ślesicki. Co gorsza, wszystkie te filmy są do siebie bliźniaczo podobne; temat komedii gangsterskiej został już wywinięty na wszystkie możliwe strony i teraz przypomina sprane, znoszone dżinsy - czyli rutynową, robioną na "odwal się" produkcję.
Aktorzy w "E=mc2" nie mają ani krzty talentu. Lubaszenko jak zwykle robi swoją smutną minę, Pazura mówi głupawym tonem a Włodarczyk... Cóż, najlepiej by było, gdyby w ogóle nie mówiła, a tylko stała w kadrze {zapomniałeś dodać "rozebrana" :) - G.} - bo jedyne, co sobą prezentuje, to uroda. Nawet, gdyby pan Olaf zatrudnił mniej znanych, a wręcz wziętych prosto z ulicy aktorów, wyszłoby to filmowi na zdrowie. Już tyle razy widziałem wspomniane trio w podobnych rolach, że cieżko mi znieść kolejną "Sarę", "Kilera", "Chłopaki nie płaczą", "Poranek kojota" i inne...
Jednak najobrzydliwszym zabiegiem reżysera jest, wspomniany już, product placement. "Dlaczemu"? Jest taka jedna scena, w której Olaf i Czaruś wyciskają na siłowni. Wtedy polski Jim Carrey (co za obraza dla Jima!) mówi, że nie lubi książek, a woli filmy - są równie rozwijające intelektualnie (trzymajcie mnie, bo padnę - jeszcze ktoś w to uwierzy po obejrzeniu filmu). I nawiązuje się dialog - "no to kup se Ejdź Bi Oł, najlepsza telewizja, twoja telewizja, monter nawet ci tyłek podetrze jak ładnie poprosisz". To już jest bezczelność! Scena nie służy nieczemu innemu, jak rozreklamowaniu stacji telewizyjnej! Bez większego problemu znoszę dobrze widoczne etykiety piw, jakie żłopią herosi, ale coś takiego to już zakrawa na chamstwo. Za wszystkie więc części składowe "dzieła", jak i za gwóźdź programu w postaci HBO, należy się sprawiedliwa ocena: -1.
"Final Fantasy" - genialna seria gier, najlepsza chyba na konsole. Powstała jej ekranizacja. Powstałem ja, żeby ekranizajcę zgromić. Jednak jej poprzedni recenzent nie widział pierwowzoru, więc i ja nie będę filmowi zarzucał niezgodności z nim (ba, niezgodości - to jest wyącznie wykorzystanie tytułu w celu zaciągnięcia do kin fanów serii!).
Miało być nie dość, że pięknie, to jeszcze ciekawie. Niech na pierwszy ogień pójdzie więc fabuła. Ta jest nadęta i patetyczna do granic możliwości - jakieś bezsensowne teorie o duchach, meteorytach, obowiązkowy wątek miłosny... To ostatnie od biedy mogłoby zostać, ale już główne założenie i związane z nim wydumane przemówienia o Gai, Ziemi i jej duszy, są tak skomplikowane, że przeszkadzają w odbiorze filmu - a w rzeczywistości wszystko opiera się na starym jak świat schemacie "najeźdźców z kosmosu". Naprawdę, w tym przypadku uproszczenie fabuły poskutkowałoby wyższymi notami w takim chociażby Action Magu (widzicie, panowie producenci - i teraz cała Japonia się przez was wstydzi).
Animacja komputerowa animacją, a efekty efektami - ale nie jest tak ładnie, jak miało być. Postaci poruszają się jak wypełnione helem, wyglądają delikatnie niczym jedwabiste tkaniny. Nawet poskręcana, spalona blacha zdaje się być z pianki. W jakiejś recenzji, gdzieś (zdaje się, że w "Esensji"), ktoś słusznie zauważył, że wszystko wygląda jakby nie miało wagi. Dodatkowo - animacja jest miejscami przebojowa i zapiera dech w piersiach, a czasem wygląda jak ruchy manekina. Widoczna jest granica między motion capture i "ręcznymi" ruchami postaci. Więc niech ktoś mi wytłumaczy - skoro się robi film techniką renderowania, to po co wykorzytywać "łapanie ruchów"? Chyba miało nie być żadnych aktorów?!? Z drugiej strony - dwie godziny tradycyjnej animacji wyglądałoby tragicznie...
Aktorzy, właśnie. Im nie mam absolutnie nic do zarzucenia - głosy prezentują się dobrze. Szczególnie ciekawie wypadł James Woods jako główny zły opowieści. Ale to chyba jedyny plus "Final Fantasy". Jeśli miałbym podać największą wadę, wskazałbym pewne koszmarnie nudne sceny, których jest o wiele za dużo... Ocena: 4\10.
Miałem pisać o "Johnym Mnemonicu", ale sobie odpuszczę. Powiem tylko, że według mnie zasługuje na 9\10 - czyli oczko więcej niż oba "Matrixy". Zwyczajnie - jest, mimo mniejszego efekciarstwa, bardziej odkrywczy.
Przejdę do iście motywującego do pisania obrazu (a właściwie do jego recenzji). "Statek widmo". Pozwólcie, że zacytuję tu mojego ulubionego literackiego czarodzieja - Rincewinda: "Argh". Panie Saint, jak pan mogłeś dać temu antydziełu aże 4\6? Toż to podręcznikowy przykład nieporadności scenarzystów i braku ogólnego pomysłu na film! Poza świetną pierwszą sceną (świetną pewnie tylko dla takich sadystów jak ja, pomyślicie, ale w istocie ona mnie po prostu śmieszy) nie ma nic interesującego. Akcja rozwija się zgodnie z pewnym, ustalonym jeszcze za czasów "Piątku 13" i "Koszmaru z ulicy Wiązów", schematem. Jeśli ktoś widział kilka takich filmów, ten zna kolejność mordów i tanie sztuczki mające zaskoczyć tak, że rozrusznic serca wyskoczy gardłem. Taka już wada amerykańskiego horroru - nie trzyma w napięciu, lecz oferuje krótkie chwile skoków adrenaliny, przeważnie spowodowane nagłym pojawieniem się w kadrze potwora. Nie lubię takiej konwencji, a jeśli do niej dodać słabe zdjęcia, idiotyczny scenariusz, kiepską scenografię i wtórność - otrzymamy "Statek widmo", zasługujący góra na 2\10.
Ostani już dziś - "X-men". Komiksy lubię (nie chwaląc się zupełnie wspomnę, że posiadam w swej kolekcji większość tomów Thorgala wydanych w latach osiemdziesiątych - chce ktoś kupić?), ale nie amerykańskie. Idiotyczne kostiumy, horrendalnie głupie supermoce (króluje Fantastyczna Czwórka i jej lider o zdolnościach rozciągania... A widzieliście kreskówkę "Plastic-Man"?) i niewyszukane rysunki to nie to, co tygrysy lubią najbardziej. Francuskie dzieła to co innego, ale nie o nich teraz mowa. Mowa o bandzie zmutowanych kolesi i Gandalfie odzianym w obcisły trykot, starającym się zniszczyć świat. Czy muszę dodawać coś jeszcze...? Co z tego, że wszystko zrealizowane sprawnie, jeśli ręce same się załamują na widok Człowieka-Żaby? Ocena: 3\10 - wyłącznie za wykonanie. I jeszcze minus za tragiczne perspektywy - kina już przeżywają najazd komiksowych herosów, a szykuja się druga fala... Koszmar.
Jak to ktoś powiedział - jest czas na przywitania, jest i na pożegnanie (chyba, że nikt tego wcześiej nie powiedział - w takimrazie jestem twórcą cytatu który przejdzie do historii). Niestety - każde narzekanie ma swój kres, ma także i to. Kącik filmowy posiada ograniczoną ilość tekstów, więc też nie mogę się nad nimi znęcać bez końca... (tutaj donośne "uffff, nareszcie przestaje nudzić".) Nie martwcie się - bardzo prawdopodbne, że "polemiki" wrócą już za miesiąc...
military
militarypolice@wp.pl
amksiazki@o2.pl
|