Absurd Życia Codziennego 
by DreamWalker

Samotne życie moje

    I znów spadł ciepły deszcz moich najgorszych obaw. Znów szklącymi się oczyma oglądam drzewa falujące za oknem mego pokoju. Szare mgły zasłoniły pobliskie budynki. Mroczne monolity rozświetlone jedynie małymi, żółtymi punktami, pną się do gęstego nieba. Są pełne ludzi. Pokojarzyli się oni w pary i teraz żyją ze sobą czekając na śmierć. Oni pragną się rozmnażać. To ich jedyny sens. Reakcje chemiczne w ich mózgach, które kazały im być razem, mają na celu tylko jedno - przedłużyć gatunek. Wydaje im się, że to coś więcej; że to uczucie dane im od samego Boga. Jednak to tylko kilka substancji w korze mózgowej. W ich heteroseksualnym świecie nie ma litości. Jeżeli miłość nie jest biologicznie uzasadniona, jest według nich zła, skażona od podstaw i nie ma prawa istnieć. 

    Dlaczego mężczyzna miałby pokochać innego mężczyznę? Dlaczego kobieta miałaby bezinteresownie pokochać inną? Ot tak, po prostu. Bo istnieją. To zboczenie? Nie. To po prostu czysta esencja miłości. Nieuzasadnionej miłości. Najpiękniejszej miłości, bo bez celu. 

    Dlaczego ja? Co zrobiłem takiego, że mój mózg skazał mnie na wyrok dożywotniej samotności? Dlaczego inni nie muszą się martwić o to, jak powiedzą to swym heteroseksualnym rodzicom? Jak ubrać ładnie w słowa wiadomość, że kocham bez biologicznego uzasadnienia? 

    Powiem im! Wyartykułuję te słowa i niech się dzieje, co się chce. Niech zmieni się kontekst tysięcy zdarzeń z przeszłości. I tak tego nie uniknę. Mogę jedynie grać na zwłokę.

    Zgniję w samotności w zaciszu mojej kawalerki w wielkim mieście. Czasem nachodzić mnie będą fale rozpierającej energii, lecz wtedy wezmę kilka głębszych wdechów i mi przejdzie. Bo po co się starać? Dla sławy, którą cieszyłbym się ze skazą w charakterze? Dla pieniędzy, które staną się bezwartościowe w chwili mojej śmierci? A śmierć może nadejść szybko i niespodziewanie. Na przykład za dwie minuty... Tylko nikt o tym nie myśli w taki sposób, bo wtedy nie można żyć. Ale ja mogę... 

    Seks dla przyjemności stał się moim nowym bogiem. Liczy się tylko jakość doznań. Freudowskie libido steruje mną i wydaje mi się tylko, że mam własną wolę. Tak naprawdę to wyłącznie złudzenie. Idealne oszustwo wymyślone przez naturę, bym nie wymknął się spod kontroli i bym myślał wyłącznie o seksie. Seks, seks, seks.... Jest wszędzie! 

    Seks? Seks jest przecież piękny, nieprawdaż? Można go uprawiać na tysiące sposobów i nigdy się nie znudzi. Można doświadczać coraz to nowszych rzeczy i ciągle być pod wrażeniem własnych osiągnięć. Można się kochać wszystkimi zmysłami lub na chwilę stać się tylko jednym, kosmicznym doznaniem. Można przez całe życie doświadczać coraz to innych seksualnych uczuć. Seks jest piękny i fascynujący, ale niestety - nie jako sens życia...

    Jak kiedykolwiek mogłem się oszukiwać i myśleć, że jestem czymś więcej niż tylko zbiornikiem genów, które powinienem przekazać dalej? Teraz wiem, że ich nie przekażę. Jestem zdolny do miłości, i to tak silnej, że aż zabójczej i autodestruktywnej, jednak to miłość biologicznie pusta. To miłość, w której jedyne co można robić, to ćpać chemię, jaka się wytworzyła w mózgu oraz czerpać przyjemność z tego, że świat choć przez chwilę wydaje się piękny. Cieszyć się przelotnym doznaniem, ulotnymi chwilami i tym, że czuję się dobrze choć przez chwilę. Dla mnie moich pięć zmysłów to za mało - chciałbym czuć jeszcze więcej! Chciałbym poczuć to, czego nie doznał jeszcze żaden człowiek. Nawet nie ważny jest ten, w którym się zakochałem! Ważne jest uczucie miłości do niego.

    To mój nowy sens istnienia. Głupi, pusty, nieistotny dla innych ludzi, ale piękny. Czy nie warto męczyć się ze swoją żałosną egzystencją przez wiele lat dla jednej, krótkiej chwili niepojętego szczęścia? Tego orgazmu osobowości, szczytowania uczuć, umysłu i ciała z ukochaną osobą? Co z tego, że to uczucie jest biologicznie niepotrzebne? Co z tego, że ta miłość na nic się nie zda ludzkiej populacji? Dla mnie jest warta całe moje życie, choć nie znam jej jeszcze w pełni. Moja egzystencja i tak jest nędzna, ale to najwyższa cena, jaką mogę zapłacić. Bo prócz siebie nic więcej nie mam. 

    Jednak spadłem z orbity marzeń, bo nie wiem, czy będę miał na tyle odwagi, by osiągnąć cel. Droga jest długa, kręta i łatwo z niej wypaść. Ale czy nie warto podjąć walki? Nie chcę umrzeć nie wiedząc jak to jest kochać i być kochanym! Też mam do tego prawo. Jak każdy inny człowiek na tej chorej planecie. Mam prawo zakochać się i zapomnieć o wszystkim. 

    Krople ciepłego deszczu pukają w szybę mojego pokoju. To moje uczucia. Biją coraz głośniej. Chcą się wreszcie wyzwolić, być wolne i nieskrępowane przez nietolerancyjnych ludzi. Bo ci, którzy kochają się dla biologicznego celu, kochają się tylko nawzajem. Nienawidzą tych, którzy pokochali bez celu. To posągi czułe jedynie na swoje własne krzywdy, zajmujące się jedynie swoimi własnymi sprawami. Ja nie liczę się dla nikogo. Bo po co komu taki, z miłości którego nie będzie owocu? 

    Nim umrę, chcę poczuć, jak się żyje. 

    I nikt na tym świecie mi nie powie, że mam siedzieć cicho. A wielu by chciało. Farbowane lisy. Nikt mi nie powie, że mam się ograniczać, bo jestem inny. Że mam swoją inność zamknąć w słoiku, postawić na półce w piwnicy i poczekać, aż skiśnie. Nie. Ja też chce wiedzieć, jak to jest żyć i kochać. Tak normalnie. Chcę skonać u boku kogoś, kto mnie zrozumie. I nie przestanę szukać, chyba że ludzka nienawiść już całkowicie odbierze mi siły. Boże, nie pozwól, by tak się stało!

    Sprawiedliwy Bóg skonstruował świat pełen uprzedzeń, nienawiści, stereotypów, w którym nawet tak piękne uczucie nie może istnieć. Sprawiedliwy i kochający wszystkich Bóg wymyślił system, który krzywdzi losowe jednostki. Padło na mnie. Nie boję się siebie, lecz reakcji ludzi. Bo to od innych zależy nasze życie, nie od nas samych. Sprawiedliwy Bóg nie jest sprawiedliwy. Mądry owszem, ale nie sprawiedliwy.

    Mam nadzieję, że świadomość umiera razem z ciałem. Nie chcę później istnieć, bo nawet czysta, niczym nie skażona egzystencja byłaby dla mnie cierpieniem. 

    Życie powinno być radością. Czasem pytam sam siebie, dlaczego inni mogą tej radości doznać i nie przejmować się niczym. Pytam też, dlaczego mogą, a tego nie robią...

    Póki co jestem sam, jak biały żagiel na niebezpiecznym oceanie życia. Czekam w ciszy na to aż burza minie. Przecież każda burza musi się kiedyś kończyć, prawda? Powiedzcie, że tak. Proszę...

DreamWalker
dreamwalker@poczta.fm