Komercja jest jak miłość
...niejedno ma imię. Komercja to temat popularny od zarania dziejów Action Maga, który może na topie nigdy nie był, ale znikać z łamów również nie znikał. Ostatni tekst, jaki miałem okazję na ten temat czytać to "Skomercjalizowany chleb" Pakerhaker'a z AM 39 i to on pchnął mnie do popełnienia artykułu na ten temat.
W Action Magu toczy się wiele dyskusji, ale uczestnicy tej, w której ja teraz głos zabieram, zdecydowanie najłatwiej poddają się klasyfikacji swych poglądów. W zasadzie wystarczyłoby tylko ustawić dwa koszyczki opisane "tak" i "nie", i odpowiednio powrzucać karteczki z ksywkami. Niestety ja jestem zwolennikiem poglądu, iż prawda leży po środku (w czym pieczołowicie utwierdza mnie życie), nie mogę więc przeboleć jakichkolwiek dwukolorowych pejzaży, malowanych przez niedostatecznie zastanawiających się nad problemem ludzi. Każdy z nich albo komercję objeżdża, albo w pewien sposób gloryfikuje, udowadniając, że wszystko skomercjalizowane jest i bez komercji nie ma postępu, zysku i motoru napędowego ludzkości - pieniążków. Na pierwszy rzut oka wydaje się, iż druga strona ma rację, co chyba nawet nie wymaga tłumaczenia. Ale ja zwróciłem uwagę na coś, co wszystkim do tej pory konsekwentnie umykało...
Zwolennicy, a raczej nieprzeciwnicy komercji (jak np. Pakerhaker) zawsze podają za przykład rzekomo "undergroundowe" zespoły muzyczne, które w rzeczywistości bez pieniędzy i zysków płynących z prowadzonego procederu by nie ujechały, albo jechać by nie miały ochoty, ew. miło im zarabiać mimo tego, iż nie jest im to potrzebne. I w zasadzie mają rację, bo innych "rodzajów" zespołów, jeśli chodzi o ich stosunek do pieniędzy, właściwie nie ma. Kwestia tylko w tym, PO CO ten zespół to robi. Każdy może chyba przyznać, iż istnieje widoczna różnica między komercją zespołu popowego a np. metalowego (zależy jeszcze jakiego). Myślę, iż następuje tutaj małe nieporozumienie w pojmowaniu słowa "komercja". Oczywiste jest, że (w słownikowym znaczeniu) ulegać jej musi każdy (by w ogóle żyć) i to nie podlega wątpliwości. Ale przecież swoistym wyznacznikiem skomercjalizowania zespołu jest (czy może powinno być) pytanie "czy oni zaprzedali SIEBIE dla pieniędzy? czy oni robią, co lubią, czy to, co 'muszą' (bo inaczej się nie sprzedadzą, nie trafią w gusta itd.)?". Kolejną kwestią jest manipulowanie swoim wizerunkiem w mediach. Każdy artysta jakoś nim manipuluje, udzielając wywiadów, pozując do zdjęć itp., ale jest różnica w zachowaniu Britney Spears, która z każdego elementu swego ciała robi szum medialny (silikon w piersiach, kolczyk w pępku, błona wiadomo gdzie), a jakimś tam Peją czy innym Nergalem.
Myślę, iż wszyscy rozumieją, co mam do powiedzenia. Istnieje wiele słów o różnych znaczeniach, dlaczego takiej różnorodności odmawia się słowu "komercja"? Proponuję rozróżnić komercję w sensie społecznym (obliczenie, nastawienie na zysk) od komercji w sensie muzycznym (zrezygnowanie z własnej, wypracowanej tożsamości muzycznej, porzucenie dawnych wytycznych i ścieżek, tworzenie i postępowanie zgodne z modnymi aktualnie w pop-kulturze trendami w celu osiągnięcia większych zysków, popularności etc.). Myślę, że w obliczu definicji, jaką zaproponowałem, będzie można ocenić definitywnie, czy ktoś/coś jest komercyjny/e, czy też nie. Ważny niezmiernie jest ten ostatni warunek: "w celu osiągnięcia...", bo przecież nie można zabronić artystom poszukiwania nowego brzmienia, klimatu itd. Z drugiej strony należy zachować zdrowy rozsądek i nie rozgrzeszać czegoś w rodzaju Linkin Park za to, iż kiedyś powiedzieli coś o tym, że robią, co lubią. Owszem, robią co lubią - grają. Ale kiedy wnika się dalej... Jeśli rzeczywiście nigdy przy nagrywaniu płyty nie zastanawiali się, co bardziej spodoba się odbiorcom: taki czy taki wokal, taka czy taka solówka, to wtedy rzeczywiście robią, co lubią. Tylko ja w taką możliwość za diabła nie wierzę. Pozostaje jeszcze kwestia, czy komuś przeszkadza fakt, iż zespół się skomercjalizował czy jest komercyjny, bo przecież skoro jego muzyka komuś się podoba, dlaczego miałby jej nie słuchać?
Słowem: czarny i biały to tylko dwa na FFFFFF (czyli 16 777 215 w systemie dziesiętnym) barw obecnie standardowo używanych do wyświetlania grafiki na ekranie monitora. Radzę często w życiu sięgać po tą analogię do kolorów, jest naprawdę bardzo skuteczna i pomaga w unikaniu stereotypów. Czasami bowiem trzeba zadać sobie trud wprowadzenia nowych pojęć, nowych definicji, zagmatwania czegoś - nie po to, by się myślało trudniej i uczyło dłużej, ale po to, by wiedzieć więcej.
Wooward
wooward@poczta.onet.pl
|
|