In spe...
"Są takie dni w życiu człowieka, po których nic już nie jest takie samo". Dziś, kiedy to zdanie, wypowiedziane przeze mnie, ma już dwa lata, nie potrafiłbym trafniej wyrazić sześciu stron A4 opowiadających o pewnym specyficznym okresie mojego życia, gdzie ono znajduje się i stanowi niejako podsumowanie. Owe dwa lata były pełne wszelkich wydarzeń, jednak jest to niezmiennie równia pochyła prowadząca w dół.
Podejmując walkę i stając naprzeciw okrutnemu losowi czułem radość z samego tylko faktu, iż to wyzwanie podjąłem. Był to niejako motor napędowy mojej egzystencji. Teraz, z perspektywy czasu, widzę wszystkie te małe iskry, które rozniecały na nowo dogasający ogień w moim sercu. Widzę je jako obłudne i krótkotrwałe, niewarte ponoszonych poświęceń i wkładanego wysiłku. Widzę, jak targały moją duszą, coraz bardziej zniszczoną i coraz mniej chętną do istnienia. Potocznie nazywa się to nadzieją. To ona dawała mi chęć do życia, a raczej gasiła we mnie niechęć doń. To ona łudziła głupstwami. Sam doskonale wiedziałem, iż tak naprawdę tylko się oszukuję, ale starałem się nie zwracać na to uwagi. Nie narzekałem na brak zajęć, które budziły we mnie tą nadzieję i wolę dalszej walki, potrafiłem wytrwać mimo szczerej niechęci żywionej gdzieś wewnątrz, mimo okropnego bólu i ciężaru mojego istnienia.
Ale kiedyś wszystko się kończy. Nadszedł czas, kiedy nie potrafię się już oszukać nadzieją, taką jak wtedy. Znalezienie nowego sensu życia może być bardzo trudne. Dziś, kiedy nie potrafię znaleźć sobie zajęcia, nóż sam wysuwa się z szuflady i spogląda krwiożerczo w moją stronę. Choć na brak zajęć właściwie nie mogę narzekać. Mogę pomóc temu, mogę owemu, mogę coś poczytać... Ale to też szybko przestanie wystarczać, a ja boję się definitywnie wyeksploatować i te pokłady paliwa napędzającego moje życie. Powoli tracę już to wszystko, dla czego warto było żyć.
Widzę, jak z biegiem czasu z mojej istoty pozostaje wrak człowieka. Teraz dopiero uświadamiam sobie, na co się tak naprawdę porwałem wtedy, dwa lata temu. To mnie wyniszcza, pożera od wewnątrz. Pierwszy raz przeżywam chwile, kiedy napada mnie desperacki płacz i miota mną rozpacz. Już z tym nie walczę. Wspominam wydarzenia sprzed kilku miesięcy jak starzec wspominajacy młodość. Zupełnie świadomie zastanawiam się, co zrobić, żebym nie myślał o tym wszystkim i znalazł jakąś chwilę radości, jak swój własny psycholog. Uświadamiam sobie powoli, że ta walka jest przegrana. Że jej po prostu nie można było wygrać. Z jednej strony twardo przestrzegam zasad prozy życia i karcę tych, którzy tego nie potrafią, ale z drugiej - mam swój własny świat. Świat swoich marzeń i pragnień, świat, w którym ja o wszystkim decyduję. W tym świecie toczy się debata nad moją przyszłością.
Nie jestem w stanie zmienić się całkowicie. Nikt tego nie potrafi. Nie mogę odwrócić się od wartości, którym hołdowałem przez wiele lat. I nie chcę. Nigdy nie zdradzę tego, czemu przysięgałem wierność. Prędzej umrę, niż ulegnę. Chcę tylko to wszystko uciszyć na tyle, by dało się z tym żyć. To będzie niezmiernie trudne, ale nie robię tego pierwszy raz. Co prawda, nie będzie mnie wspierać już moja... infantylność.
Czy ktoś ośmieli się zaoponować, kiedy powiem, iż moja infantylność przejawiała się w nadziei, w wierze w ludzi, świat, uczucia? W zrozumienie, akceptację, mimo iż jestem trochę inny, mimo iż myślę trochę inaczej? Choć teraz, mimo tego wszystkiego i tak cały czas wierzę, że gdzieś znajduje się mała cząstka mojego świata, która wystarczy mi do odpędzenia od siebie chociaż tych najbardziej szarych myśli...
Ale jestem znużony. Nie zmienia się nic, wszystko pozostaje tak samo mi wrogie i tak samo niechętne. Nikt nie otwiera się na mnie i na moją odmienność, próbuje jedynie wyssać ze mnie to, co do niego podobne i co mu odpowiada. Jestem znudzony wciąż takim samym scenariuszem, ciągłymi porażkami i niepowodzeniami. Od niepamiętnych czasów żadna moja bardziej zażyła znajomość z kimkolwiek nie potrafi przetrwać dłużej niż pół roku. Kończy się różnie: z hukiem i trzaskiem lub bez jakichkolwiek wyjaśnień, ale zawsze równie nagle, jak się zaczęła. Powoli tracę chęć ciągnięcia tego dalej. Ktoś z nich odchodząc zabrał mi coś, co napędzało moją chęć do życia, a najpewniej każdy zabierał po trochu tak, iż właśnie owa cudowna substancja się kończy.
Prawdopodobnie to będą już ostatnie z moich prób. Ostatnie z prób znalezienia na tym świecie szczęścia nie wielkiego i emanującego, ale namacalnego i realnego, takiego, które będę czuł mimo jakichkolwiek okoliczności. Ostatnie z prób, bo na więcej nie mam już siły. Czy może: ochoty. Siłę znalazłbym zawsze, nie jestem słaby. Tylko zniechęcony. Być może stanie się coś, dzięki czemu znów stać mnie będzie na kolejne dwa lata walk, ale bardzo w to wątpię. Dobitnym dowodem na to jest fakt, że te dwa minione lata wydają mi się długie jak wieczność, pełne mroku, bólu i wszechogarniającej pustki. Widzę je przez mgłę i takie zapamiętam do końca życia, obojętnie kiedy ten koniec nastąpi.
Jeśli kolejne lata również będą takie, będą to ostatnie lata mojego życia. Czy to wielka różnica, umrzeć we łzach radości czy smutku? Szkoda tylko, iż jestem taki leniwy. Być może przecież znalazłbym swoje szczęście w wieku trzydziestu lat, a tak nie dam sobie tej szansy... choć może się zmienię? Może nienawiść do świata i ludzi, którą na nowo w sobie rozbudzę, da mi siłę do życia choćby po to, by "im" zrobić na złość? A może, by tworzyć? Być może znajdę pracę, zajęcie, które będzie azylem dla moich myśli, gdzie będę mógł je wszystkie w całkowicie szczery sposób wylewać, tak jak to teraz czynię? Gdzie będę mógł się wyżalić i w ten sposób zrzucić z siebie część tego cierpienia? Gdzie będę mógł udowodnić ludziom, że mylą się i że nie mają racji, kiedy mnie oceniają?
To by mi chyba wystarczyło - kiedy będę mógł z pasją oddać się czemuś, a potem znów słyszeć odgłosy zachwytu, może gdzieś z oddali, ale za to jakże szczere... A może w końcu przebiję się do tej osoby, na której cały czas tak naprawdę mi zależy? Kto wie, co w niej siedzi. Kto wie, co tak naprawdę siedzi we mnie...
Być może nadejdzie czas, kiedy jeszcze raz, z determinacją i zawziętością wyrytą na twarzy, chwycę miecz i stanę do walki o wszystko. Czy stać mnie na to? Z pewnością. Jeśli tylko się przekonam, że jest sens walczyć.
Wooward
wooward@poczta.onet.pl02.07.2003
|