Ballada o jądrach INAH
czyli odpowiedź na feministyczne zrzędzenie

wersja bejsbolowa*, specjalnie dla Eddiego ;-)


Niniejszym ostrzega się o mrocznych zamiarach Autora tego tekstu, mającego na celu omamienie umysłów czytelników. Autor, jako kreatura skrajnie złośliwa, będzie tutaj czynił wszystko, co w jego mocy, by zepsuć komukolwiek humor, zniesmaczyć, doprowadzić do ciężkich urazów psychicznych tudzież zdeprawować.



Byłem głęboko przekonany, iż głupawa nieco "wojna płci" w AM-ie zakończyła się już dawno. Sam się czasami dziwię swojej naiwności... Właśnie wszystko zaczyna się od nowa. Najpierw dowiedzieliśmy się, że wszystkie dziewczyny to..., następnie parę osób poczuło się niezmiernie dotkniętymi owymi rewelacjami i zaczęło pisać płomienne polemiki, za sprawą czego dyskusja rozgorzała na dobre (ku utrapieniu wiadomego ssaka nieparzystokopytnego, zapewne). Może nawet przeszedłbym nad tym do porządku dziennego, gdyby nie panna BrightWitch, naczelna feministka AM (jak się zdaje), która ostatnio dosłownie zasypała AM swoją "równouprawnieniową" twórczością.

Najpierw był "Mózg i płeć" (AM #37), gdzie nasza Wiedźma waży i mierzy mózg mężczyzny, a nawet doszukuje się w nim jakichś jąder (dziwne, myślałem że te są nieco niżej), po czym z całej tej wnikliwej analizy, podpartej jakąś ambitną książeczką, wysnuwa arcybystry wniosek, że kobiety niczym się nie różnią od mężczyzn (o tym właśnie zresztą będzie ten tekst, ale po kolei). Potem Wiedźma rozpędziła sie na dobre i w AM #38 możemy już przeczytać sześć jej artów, z czego większość wybitnie nasyconych feministyczną propagandą. A że nie mam aktualnie nic lepszego do roboty, postanowiłem się zająć tym cieżkim przypadkiem.

"Dlaczego nikt nie lubi feministek? - zadaję sobie to pytanie od bardzo dawna i nijak nie mogę znaleźć jakiejś konkretnej odpowiedzi"

Nic się nie martw, kochana, zaraz temu jakoś zaradzimy... [złośliwy uśmieszek]

"Nie lubi się feministek, bo wszelkie poglądy o nich ma się wyrobione na podstawie stereotypów: feministka to ta, która nienawidzi mężczyzn i pięknych kobiet, jest brzydka, gruba, nie goli nóg, jest lesbijką, no i nigdy nie miała orgazmu"


Pierwszy raz słyszę o takim wizerunku feministki, co pozwala mi sądzić, że rzekome stereotypy powstały w głowach samych feministek, z nudów najwyraźniej. Albo może za mało wiem o tym ruchu, ale jakoś dziwny byłby wtedy fakt, że kogo bym nie spytał o taki stereotyp, niezmiennie odpowiada: "Feministka? A, to taka, co dużo krzyczy, co chce facetów zapędzić do garów, a baby do wojska, i zresztą sama nie wie, czego właściwie chce" (notabene wszystko to zgodne z prawdą). Ani słowa o żadnych tam niegolonych nogach ani tym bardziej orgazmach, więc prosiłbym na przyszłość kupić sobie jakiś depilator (i wibrator) i nie leczyć kompleksów przez wymyślanie tego rodzaju "stereotypów".

"Przede wszystkim nie lubi się feministek dlatego, że walczą o słuszną sprawę"

Czyli o co? Sto lat temu kobiety były naprawdę dyskryminowane i walka o prawa była jak najbardziej na miejscu. Co zostało do wywalczenia teraz? Żeby w Sejmie konstytucyjnie było co najmniej 30% kobiet? Żeby zmienić treść paciorka na "Ojcze i Matko nasza"? Trochę zabawne te słuszne sprawy. Dlatego też feministki są powszechnie traktowane jako krzykaczki szukające dziury w całym. I nie ma się tu czemu dziwić.

Skoro wiemy już, dlaczego nikt ich nie lubi, to możemy przejść do konkretów, czyli mieszania z błotkiem kolejnego wiedźmowskiego arta o wdzięcznej i oryginalnej nazwie "Feminizm cz. 2". Na samym początku napotykamy rewolucyjne stwierdzenie, że rodzina dla feministki nie jest wartością, bo kobieta zajmuje w niej najniższe miejsce. To ci dopiero nowość. Ciekawe, jakąż to genialną alternatywę dla rodziny proponują feministki? Tego się niestety nie dowiemy, wszystko pozostaje w sferze domysłów, a domysły są wszak tym, co złośliwe tygrysy lubią najbardziej. Ale nie będę roztaczał wesołych wizji rodem z "Seksmisji", bo znowu mnie ktoś oskarży, że czepiam się czegoś, czego ten ktoś nie napisał...

Zamiast nowego, wspaniałego pomysłu na urządzenie lepszego świata, dowiadujemy się, co się Wiedźmie nie podoba. Mianowicie "ulubiony" przez feministki model rodziny ("baba - gary, chłop - praca") oraz model rodziny już po feministycznej rewolucji, który zresztą też jest be (czy mówiłem już, że one szukają dziury w całym?), czyli "baba - gary+praca, facet - praca). A dalej komentarz:

"W obu przypadkach kobieta rezygnuje z siebie. Wymaga się od niej pełnego poświęcenia dla spraw domu i jego mieszkańców. Matka nie musi kupować sobie nowych butów albo ciuchów - ma wydać pieniądze na dzieci, by to one wyglądały "jak ludzie". Oczywiście, mężusia też trzeba jakoś ładnie ubrać. Ona sama może pochodzić jeszcze rok w tych zniszczonych bucikach... Okropne? A jednak tak w wielu rodzinach jest. W zbyt wielu..."

Z tymi ciuchami nie będę się wtrącał, ale i tak wszyscy wiemy, jak to faceci kochają chodzić po sklepach i kupować ciuchy, a jeszcze bardziej nosić codziennie co innego, i że ciągle lamentują, że nie mają się w co ubrać. Całkiem typowe dla polskich rodzin... Sklepy z damską odzieżą są już na skraju bankructwa, zawód modelki zanika, a kobiety zaopatrują się w ubrania na śmietnikach. Taa, również i takie rzeczy można zauważyć, i nawet przyjąć za normę, za to o całowaniu po rękach, przepuszczaniu w drzwiach, o kwiatach na 8 marca, o poematach wychwalających kobiety i innych rzeczach to już można zapomnieć. Ważne, by ukazać, że kobietom dzieje się krzywda, nie?

Zgoda, nie wszyscy są tacy idealni. Istnieje na tym uroczym świecie całkiem spore grono prymitywów, którzy swą rzekomą męskość udowadniają, znęcając się nad wszelkimi dostępnymi istotami słabszymi od nich. Takich to my, porządni samcy, najchętniej wieszalibyśmy za przyrodzenie na słupach wysokiego napięcia. Ale też nijak nie możemy brać za nich odpowiedzialności, więc cała ta feministyczna propaganda wygląda jak wojna nuklearna, wywołana w celu zabicia komara.

"Jeśli dziewczynkę od początku uczy się, że jedynym jej życiowym celem jest oddanie rodzinie i jeśli od maleńkości obserwuje we własnym domu ten chory wzorzec: matka bez mała wypruwa sobie flaki (...), żeby jej dzieci żyły jak należy, a ojciec leży przed telewizorem (...) to będzie ona powtarzać to zachowanie we własnym domu"


"Chory wzorzec" nie wziął się z Księżyca. Dawno, dawno temu, gdy zamiast do hipermarketów chodziło się na mamuty, Powszechne Zgromadzenie Australopiteków doszło do wniosku, że mała, krucha kobitka nijak nie nadaje się do zdobywania mięcha, za to znając bardziej subtelne środki wychowawcze od maczugi doskonale radzi sobie ze smarkatymi mikroaustralopitekami. W ten oto sposób raz na zawsze (miejmy nadzieję) ustalił się tradycyjny podział ról. Smarkate mikroaustralopiteki rodzaju żeńskiego nie obserwowały więc, jak ich tatusiowie oglądają mecze w TV, tylko jak zapieprzają z dzidami za czworonogimi sklepami wędliniarskimi. I jak wracają z takich wypraw poturbowani, umazani krwią i niemający siły ruszyć palcem.

Dzisiaj zdobywanie chleba nie wygląda już tak spektakularnie, może więc dlatego pewne bardzo się nudzące osobniczki doszły do wniosku, że faceci to tylko się obijają. Niestety, smutna prawda przedstawia się zazwyczaj dokładnie na odwrót. Mógłbym tu nawet przytoczyć fragment pewnej uczonej książki, traktujący o owym wypruwaniu sobie flaków, ale nie zrobię tego, gdyż nie cierpię cytować książek w artach, zresztą jej tytuł średnio pasowałby mi do wymowy tego tekstu.

W każdym razie, to nie żadne stereotypy decydują o miejscu każdej z płci w życiu codziennym, lecz pewne charakterystyczne cechy tych płci. Nie ma się co oszukiwać, że kobiety i mężczyźni są tacy sami. Chyba słyszeliście o tej słynnej książce z dwiema planetami w tytule? Nawet gdybym się już miał powołać na tak dokładnie rozpatrzone przez BrightWitch różnice między mózgami...

No właśnie, różnice. Czy powstały one dlatego, że Matce Naturze popieprzyły się obliczenia przy stwarzaniu świata? Owszem, nawet Jej zdarzają się czasami karygodne błędy, ot, właśnie idzie sobie taki błąd ulicą za oknem, posiada gruby szalik mimo lata i dres mimo niedzieli. Ale prawdziwe błędy eliminują się same (np. na stadionach), tymczasem liczebność "błędu" oznaczonego symbolem z kółeczkiem i krzyżykiem mierzy się obecnie w miliardach, co nawet osobie na tyle mało obeznanej z prawidłami statystycznymi, jak ja, pozwala śmiało stwierdzić, że te mózgowe różnice były jednak zamierzone.

Jakiż to jednak przemyślny plan realizowała Natura, obdarzając mężczyzn większymi jądrami? :-) Cóż, tutaj nie mogę się popisać większą wiedzą niż autorzy ulubionej (jak się zdaje) książki BW. Jednocześnie pragnę zauważyć, że wspomniani autorzy, podobnie jak wszyscy inni naukowcy z całego świata tyle wiedzą o ludzkim mózgu, co (nie przymierzając) kozia dupa o symfoniach Beethovena. Z tegoż zasadniczego powodu używanie wyników badań nad mózgiem jest mniej więcej tak samo rozsądne, jak zakładanie się z Cyganem.

Cóż nam więcej pozostaje, jak dalej wierzyć w stereotypy, które może i są naiwne, ale za to całkowicie nieszkodliwe? Bo i komuż krzywda się dzieje, że kobiety postrzegane są jako opiekunki do dzieci i kucharki? Co prawda, dwieście lat temu co niektórym się działa, w końcu nie każda kobieta musi uwielbiać gotowanie, ale dzisiaj na ogół nikt nie zmusza kobiet do tego, czego robić nie chcą, a więc jeśli zostają gospodyniami domowymi, to widać im to odpowiada. Czy gdybyśmy przeprowadzili ankietę z podziałem na płeć, kto z Polaków czuje się szczęśliwy, czy różnice między kobietami a mężczyznami rzeczywiście byłyby takie kolosalne? Jakoś mi się nie wydaje, rzekłbym nawet, że jest odwrotnie.

Kwestię kobiety w religii pomijam, jako skrajny ateista, zajmiemy się natomiast rolą kobiet w społeczeństwie. BrightWitch ubolewa nad tym, że jest to głównie tylko rola ozdoby. Jednak nie oszukujmy się - czy to dla facetów one się odchudzają, malują i stroją? Nie sądzę. Znaczy się część na pewno tak, ale ogólnie - czyż nie wynika to z ich własnej próżności? To dlaczego kobiety głodzą się, smarują podejrzanymi chemikaliami i ubierają w jakieś śmieszne szmaty? Co by na to pytanie nie odpowiedzieć, to i tak wyjdzie na moje, czyli że baby po prostu mają na tym punkcie wrodzonego bzika.

Stereotyp, że kobieta nie zna się na technice. Tutaj się zgodzę, dziewczyny bez najmniejszego problemu mogą się nauczyć, jak korzysta się z komputera czy innego sprzętu. Ale czym wtedy faceci mogliby im imponować? ;-) Wiecie, ja na przykład jestem bardzo szczęśliwy, kiedy jakaś koleżanka prosi mnie, żebym jej napisał program. Nie twierdzę, że koleżanka nie mogłaby go sobie napisać sama, ale prośba o pomoc sprzyja rozwojowi kontaktów międzyludzkich ;-). Myślę, że byłby bardzo smutnym człowiek, który wszystko potrafi i nie musi na nikogo liczyć. Byłoby mu wygodnie, ale mało urozmaicone miałby życie. Nie musiałby rozmawiać z innymi, bo wszystko by wiedział, nie potrzebowałby partnera, bo umiałby sam iść przez życie. A tak mamy barwną sieć ludzkich zależności i dlatego życie bywa czasami piękne. Tak więc dziewczyny, poudawajcie czasem, że nie umiecie obsługiwać magnetowidu, a my w zamian podajemy, że nie znamy się na gotowaniu i będzie fajnie.

Jeśli chodzi o traktowanie kobiety jako maszynki do seksu, to prosiłbym uprzejmie o niegeneralizowanie. Fakt, że niektórzy tak sobie właśnie o płci pięknej myślą, ale to nie znaczy, że mamy to przyjąć jako święty dogmat. Dla wielu będzie to bowiem obraźliwe. A że głupków jest na świecie więcej, co na to poradzić? Powtórzę też, że kobiety niejako są same sobie winne, bo wykorzystują słabości samców i prowokują ich wyglądem, strojem, czy zachowaniem. I proszę mi tu nie wciskać, że to mężczyźni kazali kobietom chodzić w mini.

Teraz cytat jednej z tych przemądrych książek:

"Jeśli przyjrzymy się współczesnemu ideałowi mężczyzny i kobiety, okaże się, że tylko w tym drugim przypadku wygląd ma znaczenie decydujące. Nietrudno wyobrazić sobie pociągającego, choć już niemłodego mężczyznę, którego urok wynika nie tyle z urzekającej aparycji, ile raczej z indywidualnego stylu, doświadczenia, dowcipu czy inteligencji. W przypadku kobiety wszystkie te cechy okazują się drugorzędne w stosunku do urody i powierzchowności, a starzenie się jest równoznaczne z utratą atrakcyjności"


To, czy ma się ten urok osobisty, czy nie, zależy tylko i wyłącznie od danej osoby. Jeśli ktoś (tu kobieta) uparcie wmawia sobie, że pojawiła się jej pierwsza zmarszczka i dlatego przestaje być już atrakcyjna, to chyba nie ma w tym żadnej winy facetów? Poza tym nie jest chyba niczym dziwnym, że wolimy młodsze. Możecie też, drogie panie, być pewne, że zdecydowana większość spośród tych z was, które nie ukończyły, powiedzmy, 20-go roku życia, nie zadawałaby się z 70-letnim staruszkiem, nawet gdyby był cholernie inteligentny, dowcipny i czarujący. To jest raczej normalne zjawisko i nie ma się co buntować przeciw niemu. Trudno oczekiwać od osoby 20-letniej, chłopaka czy dziewczyny, żeby przy doborze partnera kierowała się jego doświadczeniem czy innymi "duchowymi" zaletami. Ponadto znowu nie odczuwam, aby oskarżenia płynące z powyższego cytatu dotyczyły w jakimkolwiek stopniu facetów mojego pokroju. To, że ogrom samców nie ma takiej inteligencji, jak na przykład ja (skromność przede wszystkim) i do myślenia używa tego, co mu, za przeproszeniem, zwisa między nogami, nie oznacza, że należy uogólniać. Bo to jest właśnie popadanie w stereotypy, z którymi ponoć BrightWitch walczy.

"Kobiety oceniają swój wygląd, patrząc na siebie raczej oczyma zinternalizowanego, męskiego obserwatora (i krytyka), niźli własnymi. Zewnętrzna presja, by być piękną i się podobać, ulega uwewnętrznieniu i w końcu staje się częścią kobiecej tożsamości"
[to dalej "mądre" książki - PG]

Zaraz, momencik. Dopiero co mierzyliśmy te mózgi i udowadnialiśmy, że dziewczyny niby głupsze nie są. A skoro mają jakiś własny rozum, to dlaczego go nie używają? Jeśli patrzą na siebie oczami facetów, to nic dziwnego, że widzą w sobie to, co widzą w nich faceci. To nawet dość logiczne :-). Niech ruszą tym swoim zaślepionym rozumkiem i starają się wyeksponować w sobie to, co ICH zdaniem jest najważniesze, wtedy może zobaczymy trochę świata zza tych wielkich balonów, koszmarnie długich nóg, tlenionych włosów i kilogramów pudru. Presją można wiele wytłumaczyć, np. wybuch drugiej wojny światowej, co nie znaczy, że jest to racjonalne usprawiedliwienie. Istoty myślące olewają presję.

Na koniec kilka małych dygresji, z tematem feminizmu związanych luźno albo i wcale.

Aborcja. Sporo już pisałem, że jestem za i tłumaczyłem wystarczająco (chyba) dużo, dlaczego. Ale BrightWitch dokleiła do całej sprawy wątek, który mi się, delikatnie mówiąc, nie podoba, mianowicie stwierdziła, że ciąża jest sprawą tylko i wyłącznie kobiety i tylko ona ma prawo decydować o swoim dziecku. Totalne przegięcie, że się tak "nowocześnie" wyrażę. Fakt, że facet ma w cały ten biznes jedynie niewielki wkład w postaci małego czegoś z ogonkiem, ale jednak bez tego czegoś bobas by nie powstał. Co by było, gdyby jakiemuś młodemu potencjalnemu tatusiowi, od zawsze marzącemu o potomku, trafiła się wyjątkowo wredna żona, kóra bezczelnie wyskrobywałaby z siebie każdego dzidziusia, który by się przypadkiem "zrobił"? Ano podejrzewam, że ów niedoszły tatuś nie byłby specjalnie zadowolony z rozwoju sytuacji.

Posunę się nawet do stwierdzenia, że jeśli facet chce być tatusiem, a jego połowica na donoszenie brzuszka nie ma najmniejszej ochoty, to ma rodzić, choćby się świat miał zawalić. W końcu dziecko to nie w kij dmuchał, facet sam go sobie niestety nie wyprodukuje, nie każdy jest Sylwkiem Stallone, który potrafi zrobić dosłownie wszystko, ani nawet Mak Gajwerem, który potrafi wszystko oprócz zajścia w ciążę. Dlatego podsumuję te dwa akapity następująco: aborcja tak, ale tylko za zgodą obojga rodziców. I żadni kolesie w rządzie nic do tego nie mają, ani tym bardziej nawiedzeni obrońcy nienarodzonych żywotów, z szeregów Radyja się rekrutujący.

Adopcja. Być może nie jestem dość inteligentny, ale w przytoczonym przez BW cytacie pod tym hasłem jakoś nie dopatrzyłem się zbyt wielu związków z właściwą adopcją. Zakładam jednak, że coś wspólnego z tematem cytat jednak miał. Czy to naprawdę takie dziwne, że adopcja jest traktowana jako ostateczność? Czy naprawdę trudno zrozumieć, że każdy chce sobie na własną rękę poprowadzić eksperyment z przedłużaniem istnienia gatunku ludzkiego? Że woli bachorka "własnej produkcji", niż "z eksportu"? Nie wiem, co nam znowu ta BrightWitch wymyśliła, ale w związku z tym cytatem niby to o adopcji, a naprawdę o macierzyństwie, odniosłem wrażenie, że chce nas namówić, żebyśmy zamiast płodzić dzieci przygarniali cudze. Śmiechu warte... Jestem zdania, że każde dziecko zasługuje rodziców, ale dlaczego mielibyśmy sobie odmawiać satysfakcji posiadania naprawdę własnego dziecka? A biedne sierotki zostawmy bezpłodnym. Zwróć uwagę, droga Wiedźmo, że to ty nazwałaś takich ludzi kalekami i dziwakami. No i może nazywa ich tak jeszcze ta przytłaczająca większość ludzi mniej rozgarniętych niż ja i ty, ale kto słucha bezmyślnej tłuszczy?

Adopcja przez homoseksualistów to już poważniejszy problem i tego nie wymyśliła już żadna bardzo nudząca się szowinistka (bo tak się to powinno poprawnie nazywać). Co prawda jestem pewien, że skoro homoseksualizm jest chorobą genetyczną, to wkrótce wynajdziemy jakąś fajną pigułę czy coś w tym rodzaju i problem zniknie. Do tego czasu jednak trzeba coś z tym zrobić. Moje idealistyczne marzenia podsuwają mi obrazy świata, w którym nie ma idiotów pokroju niektórych moich kumpli, którym na wzmiankę o gejach aż piana się na ustach się pojawia, wraz z mało pochlebnymi opiniami wyrażonymi w języku skrajnie różnym od potocznie przyjętego za przyzwoity. W takim świecie nikt by się nie przejmował, kto adoptuje dziecko, ważne by było, że dziecko dostaje rodzinę. Ale to tylko moje marzenia. Nikt nie pomyśli o tym, że może takie dziecko wolałoby, żeby opiekowała się nim dwójka facetów o odmiennej orientacji, niż pobyt w domu dziecka.

Macierzyństwo. Rewolucja - feministki, na barykady, bo oto nowa prawda pojawiła się na horyzoncie:

"Nie ma czegoś takiego, jak instynkt macierzyński"

Niesamowite. Całe stulecia ludzie byli tak okrutnie oszukiwani... Żyliśmy w ciemnocie. Ale nie ma się co zamartwiać, oświecenie nadchodzi. Tylko patrzeć, a dowiemy się, że głównym zadaniem samic wszystkich gatunków jest jedzenie i spanie. Nie przychylam się do poglądu, że każda kobieta powinna mieć bezwarunkowo dziecko, w końcu jest nas i tak za dużo na tym globie, w najmniejszym też stopniu nie obchodzi mnie, co wykobinował sobie Freud (może miał trochę nierówno pod sufitem), ale jedno jest pewne: z ewolucyjnego punktu widzenia sens życia każdej żywej istoty sprowadza się do reprodukcji i nawet najzagorzalsze feministki tego nie zmienią, obojętnie czy im się to podoba, czy też nie. Oczywiście w kwestiach światopoglądowych różnimy się co nieco od zwierzaków, a przynajmniej niektórzy z nas, toteż znamy bardziej ambitne przyczyny, dla jakich żyjemy... No właśnie, czy znamy? Wiemy o tym jeszcze mniej, niż o naszych mózgach, a skoro wszyscy nasi pokryci futrem, łuskami czy czym tam jeszcze bracia ochoczo się rozmnażają, to i my nie mamy zbyt istotnych powodów do przeceniania swojego bytu. Jesteśmy prawdopodobnie tylko etapem pośrednim na drodze do jakiegoś lepszego gatunku...

No dobra, bo przeholuję z tymi rozmyślaniami. Co do samego macierzyństwa, uważam, że owszem, kobieta powinna mieć dzieci, że każdy człowiek powinien je mieć, to jedyny pewnik jeśli chodzi o nasze miejsce we wszechświecie. Jeśli ktoś za Chiny nie chce (albo żyje w Chinach i mu nie wolno), to nie ma przymusu, ale takie banialuki jak ten z rzekomym brakiem instynktu macierzyńskiego to zdecydowana przesada. Przecież to brzmi idiotycznie. I proszę mi nie szukać tanich usprawiedliwień dla dzieciobójców, bo takowe nie istnieją. Aborcja, antykoncepcja - proszę bardzo, ale morderstwo dokonane na niemowlęciu to dla mnie zbrodnia nie do ogarnięcia umysłem.

Antykoncepcja, jeśli już przy tym jesteśmy. Tu nie mam wiele do dodania. Żaden kretyn w czarnej sukience nie ma prawa głosu w tej sprawie. Era pingwinów skończyła się wraz ze średniowieczem, pora na ludzi kierujących się zdrowym rozsądkiem. Pigułki nie są szkodliwe, przynajmniej nie bardziej, niż hamburgery z MacDonaldsa. A przy okazji mały apel (niepoważny trochę, ale co tam): bojkotujcie prezerwatywy! To obrzydliwe kochać się przez kawałek gumy! ;-)

Seks. Tutaj BrightWitch sama sobie wbija gwóźdź do trumny, bowiem wyraźnie stwierdzając, że faceci kierują się w łóżku wyłącznie prymitywnym instynktem, którego istnienie (pośrednio, ale zawsze) negowała wcześniej. Chyba, że chodziło jej o to, że faceci to prymitywy, a kobiety nie. Niestety, to tylko pozory (którymi ONE pozwalają się zwodzić, co nawiasem mówiąc kiepsko świadczy o ich bystrości) - w rzeczywistości wina za nieudane współżycie leży równie często po stronie płci słabej. Oni chcą tylko szybkiego numerka, one udają orgazmy i wmawiają swoim facetom nieudolność. Obarczanie winą samych tylko mężczyzn jest efektem wyjątkowej płytkości w analizowaniu pewnych faktów. Moim zdaniem jeśli kobieta nie potrafi dogadać się ze swoim wybrankiem, jak długo ma trwać wieczorne rozrabianie, to jest zwykłą ofiarą losu, a przy tym egoistką, jeśli wady dostrzega tylko u partnera. Analogicznie zresztą jest w przypadku samców. Seks to dosyć skomplikowany interes, bo do tanga trzeba wszak dwojga, a nie jednej arcybystrej feministki i uległego, posłusznego niewolnika.

No i tą radosną wzmianką o naszym ulubionym temacie kończymy polemikę...

Aha, wypadałoby jeszcze to wszystko podsumować. W końcu w szkole zawsze dostawałem niższą ocenę za brak zakończenia (żeby nie ta piątka na maturze, to nieźle by się dostało winnym...). A więc mieliśmy tu trudny do opanowania przypadek zaawansowanego szowinizmu pro-żeńskiego wtórnego. Dlatego wtórnego, bo ewidentnie jest to krok w tył, jeśli chodzi o rozwój cywilizacji (przynajmniej w stosunku do tego, co osiągnęły feministki w początkach ubiegłego stulecia). Co więcej, miały miejsce próby popełnienia straszliwej herezji, jakoby kobiety od mężczyzn nie różniły się niczym, oprócz wiadomych szczegółów anatomicznych. Co za bzdura! Baba i chłop to dwie zupełnie odmienne rzeczy, jakby przybysze z dwóch różnych planet (chyba już o tym mówiłem). I bardzo dobrze, tak jest piękniej. Myślę, że nie muszę dodawać, że powody do obaw były znikome, niebezpieczeństwo zostało zażegnane, feministki ośmieszone, wszystko jest już pod kontrolą. Faceci, możecie już spać spokojnie :-).



Bezczelnie Szowinistyczny Samiec
(Pewien Gość)
zlosliwiec@pf.pl



PS: A tak z innej beczki, teksty "Jak Coca Cola" czy "Noc" są świetne, więc kto wie, czy po zastosowaniu odpowiedniej terapii (elektrowstrząsy?) z tej Wiedźmy nie wyrosło by coś porządnego? ;-)

*polemiki w moim wykonaniu mają zwykle postać ping-pongową, czyli: cytat-odpowiedź-cytat-odpowiedź-cytat-k.o. Natomiast w bejsbolu sprawa wygląda tak, że pałkarz wybija daleko piłeczkę, piłeczka wpada w jakieś krzaczory, a potem drużyna przeciwna szuka jej pół godziny. Streszczając to pokrętne objaśnienie: cytatów jest jak na lekarstwo.