DNI RADOSNE, MAJOWE


Zdarzyło się jakiś rok temu w Action Magu, że Dni swojego Miasta opisała pewna lekko stuknięta dwójka Ślązaków. Za cholerę nie chcieli przyznać się oni co prawda, jakiegoż to miasta były dni, ale ja i tak już wiem. Wiem, ale nie powiem. Jeśliście ciekawi, zapytajcie owych Ślązaków. Ode mnie nie wyciągniecie nic więcej. Co mam se nabruździć. I tak czeka mnie lincz z ich strony; wierzcie lub nie, ale niedawno przysłali mi plan mojego miasta, z zaznaczoną ulicą, na której mieszkam, i grozili, że Nie Ma Przed Nimi Ucieczki.

W każdym razie postanowiłem nie być gorszy. A bo to mój Sulęcin sroce spod ogona wypadł, żeby Action Mag nie doczekał się tekstu o jego Dniach? Okazja ku temu jest znakomita... Traf bowiem - a burmistrz mu było na imię - zechciał, że w dniach czwarty-piąty maja rowerowa stolica Ziemi Lubuskiej obchodziła swoje święto. Dni Sulęcina, impreza to znakomita, największa w okolicy, kalibru na tyle nielichego, że rokrocznie pokazywana w Teleexpressie. I jak niby ja, lokalny patriota, mógłbym nie podzielić się swoją radością z resztą świata?

Chociaż, po prawdzie, dopóki mnie taki jeden Kaźmirz z takim jednym Romkiem nie wyciągnęli z chałupy, przemocą praktycznie, miałem zamiar ograniczyć swój udział w Dniach Sulęcina do obejrzenia koncertu Myslovitz. Dobrze się jednak stało, że moje plany legły w gruzach. Drugiej takiej okazji do przeprowadzenia wnikliwej obserwacji społeczności małomiasteczkowej mogę już nie mieć. Stąd, aby nie przepadły wnioski, do których doszedłem, dzielę się nimi z wami.

A do wniosków doszedłem wielorakich. Pierwszy z nich. Prawdą jest, jakoby ludzki tłum miał zwyczaj upodabniać się do jednego, wielkiego organizmu. Tyle tylko, że wcale nie jest to organizm skonstruowany na wzór mrowiska czy innego roju; bliżej mu do rafy koralowej, jeśli chodzi o intelekt, a do polskiej biurokracji, jeśli o zorganizowanie. Przelewa się toto po ulicach, chlejąc piwsko i znajdując wielką uciechę w przytupywaniu w rytm dobiegającej zewsząd muzyki typu disco-polo. Byle laik stwierdziłby, że ruchy tłumu są spontaniczne i przypadkowe, jednak przede mną, uważnym obserwatorem, nie ukryło się, jak jest naprawdę.
Naprawdę to jest tak, że tłum porusza się od jednego checkpointu do drugiego, po ściśle określonej trajektorii. Najpierw zaliczane jest stoisko z piwem, potem stragan z koszulkami (o którym dalej), potem stoisko z piwem, potem budka z kebabami, potem stoisko z piwem, potem okienko z lodami włoskimi, potem stoisko z piwem, i na koniec, dla odmiany, stoisko z piwem. A, no tak, zapomniałem. Po drodze jest jeszcze stoisko z piwem. Wszystko zamyka się wokół placu z fontanną i dużą sceną, na której wokalno-tanecznych popisów dokonuje zespół Lubuszanki (średnia wieku = 55,4). Wszystko jest z góry ustalone i zaprogramowane.
Rozczarowujące, nieprawdaż?

Wniosek drugi. Również przyrównania ludzkiego motłochu do oceanu są jak najbardziej trafne. Jest to ocean niczym nie różniący się od tego bardziej (ale niewiele) mokrego, prawdziwego. Ma swoje głębie, pływy, a i trochę rekinów by się znalazło. Nawet nie trzeba szukać. Obszar ich występowania łatwo poznać po całkowitym braku jakichkolwiek służb porządkowych.

Wniosek trzeci. Muzyka zespołu Myslovitz nie trafia w gusta ludzkiego tłumu. Znajduje się zbyt daleko od cienkiej, czerwonej linii, wyznaczającej granice treści, które dają się przyswoić. Doceniam starania naszego burmistrza neofity, aby zaimponować Międzyrzeczowi i Słubicom, ale naprawdę, nie godzi się wyrzucać w błoto tyle forsy, ile pewnie skasowali muzycy z Mysłowic. Rok temu mieliśmy kapelę braci Golców, i czy motłoch nie był bardziej kontent? W miejsce Rojka z kumplami proponowałbym raczej Ich Troje. To chyba da się załatwić, przecież w naszym Ostrówku mieszka babcia żony boskiego Wiśniewskiego! Ba, ja osobiście mogę się pochwalić, że podawałem rękę człowiekowi, który z kolei podawał swoją samemu Michałowi! Jeśli napiszecie do mnie maila, to moja odpowiedź będzie zawierać jakiś pierwiastek idola, Który Jest, Jaki Jest! Następnej takiej szansy mieć nie będziecie!

Wniosek czwarty. Dotyczący jednakże ogółu społeczności w znacznie mniejszym stopniu, jako że ja się do niej nie zaliczam. Jeśli na straganie z koszulkami zobaczycie piękny T-shirt Nirvany z Kurtem w śmiesznych okularkach (zapytajcie Antipopa, on ma taki), na zdobyciu którego będzie wam zależało jak nie wiem na czym, świat zrobi wszystko, żeby się wam to nie udało. Czysty murphizm.

Wniosek piąty. Dotyczący jak wniosek temu. Napowietrzne dyskoteki diso-polo, trwające do drugiej w nocy, mogą odbijać się na ludzkiej psychice wyjątkowo niekorzystnie. Zwłaszcza, kiedy odbywają się na placu bezpośrednio przyległym do bloku, w którym się mieszka.
Czego owocem są arty takie, jak ten, którego właśnie nie czytacie, tylko patrzycie na jego ostatnie linijk.

Kończę. Wszystkich z Sulęcina, którzy to czytali, a oczekiwali dokładnego raportu z Dni, przepraszam. Ale sami wiecie, że nie było o czym pisać. Całą resztę, która oczekiwała sensownego arta, też przepraszam. Od jakiegoś czasu sens się mnie nie ima. Na swoje usprawiedliwienie mogę co najwyżej napisać, że jedyne, co się mnie jeszcze ima, to myśli o tym, by siedzieć i pić miętową herbatę, destylując życie, które jest we mnie. Amen.

Axel

P.S. Skróciłem sobie ksywkę. Z Axela Prubaj Hoolaynogi ostał się sam jeno Axel. Złożyło się na to kilka powodów. Po pierwsze, pierwotna ksywa miała dość zawiłą gramatykę i mało komu udawało się ją poprawnie odmienić, co doprowadzało mnie do rozpaczy. Po drugie, była za długa, a wszyscy i tak koncentrowali się na jej ostatnim członie. "No, ten Srutututu Hulajnoga". Makabra. Po trzecie wreszcie, była zbyt debilna.
P.P.S. Z okazji zbliżających się/dawno zapomnianych (perspektywa moja/wasza) urodzin życzę sobie wszystkiego najlepszego. Howgh.