NOC, W KTÓREJ PĘKŁO NIEBO*
Zmęczyłeś się, a teraz śpisz. Wydychane przez ciebie powietrze lekko dotyka mojego ramienia... powolny, miarowy oddech człowieka, który pogrążony jest w błogim śnie. A jednak ja, mimo iż również zmęczona, tej nocy już nie zmrużę oka... będę czuwać... Czuwać? Nie, ty wiesz, że znów pójdę sobie.
O zmroku budzą się koty... bezszelestnie suną po dachach i balkonach. O północy zegary śpiewają pieśń na cześć nietoperzy... wybijają najpiękniejsze godziny. O zmroku w kobiecie budzą się demony... Przed domem latarnia świeci na bladożółty kolor, wzdłuż ulicy rozsiane są latarnie dające światło pomarańczowe... Czy to coś oznacza? Chyba jednak nic... Pod jedną z nich stoi jakaś kobieta, po drugiej stronie ulicy stoję ja. Ona eksponuje swe ciało i wychyla się tak, by nikłe światło oświetlało jej wdzięki... ja chowam się tam, gdzie najciemniej. Ona sięgnęła bruku... mój płaszcz również. Ona jest wolna... ja też jestem. Czy to coś oznacza? Chyba jednak nic... Dlaczego... Dlaczego więc dostałam od niej różę? Krwawa róża o drugiej w nocy... cóż, moralność podobno zasypia o "wpółdo".
Zaczyna padać... śnieg z czarnej chmury zasłaniającej gwiazdy, deszcz z moich oczu. Idę, nie poruszając się w ogóle. Potykam się o płaskie płyty chodnikowe, o własne zamarznięte łzy. Krawężnik rośnie i zamienia się w mur. Nie ma już ulicy Bohaterów Getta... teraz tamtędy płynie fosa, pełna krwiożerczych matek z dziećmi. W ciemnym zakamarku ślepej uliczki siedzi dwoje ludzi: kobieta i mężczyzna. Ona jest piękna, a on ma w ręku kawałek plastiku... zaraz strzała miłości dosięgnie ich oboje. Stoję nad nimi i patrzę na chwile ich sztucznego uniesienia... zaczynam zazdrościć. Róża kłuje coraz bardziej moje palce, krew spływa strumieniami po twarzy dziecka mieszkającego wewnątrz mnie... W takich chwilach niektórzy zaczynają się modlić.
Wodospad... wczoraj go tu nie było. Kto widział wodospady w środku miasta? Podchodzę do krawędzi i uważam, by nie spaść... to zabawne, że tak bardzo chcę tu zostać, choć lina już dawno pękła. Spoglądam w dół... to ulica Bohaterów Getta spływa do piekła... Najpierw w otchłaniach mrocznych wód ulicy, na której się wychowałam, znikają kościoły, potem domy publiczne... dziwne, że na tym świecie już nic nie jest święte. Właściwie, to sacrum chyba nigdy nie było... albo spuścili je w toalecie pierwsi osadnicy. Tak... miejskie szalety powinno się oznakować "ostatnie miejsce, w którym prawdopodobnie widziano świętość". Zawsze mówiłam, że wszystko to jest gówno warte. I do jasnej cholery, czemu te kolce są takie ostre? Wykrwawię się, zanim dojdę do całodobowej apteki!
Nie ma tej nocy księżyca na niebie. Nie ma tej nocy gwiazd. Nie ma dobrych ludzi, bo oni istnieją tylko w bajkach, a wszystkie opowiadające je babcie już dawno śpią. Człowiek lubi sprawiać ból i robi to często... zwłaszcza w taką noc, jak ta. Obok mnie przebiegło dwóch mężczyzn... kilka kroków dalej leży jakaś postać. Nachylam się nad nią i czuję zapach krwi. Nie, nie pomogę mu... jestem taka, jak inni - nie pijam krwi trupów.
Całodobowa apteka jest w tym mieście zamykana o dziesiątej. Może, gdy położę się koło ciebie, to przestanie boleć? Może niepotrzebna będzie sterylna apteka? Przecież to, co nas łączy, jest bardziej sterylne... codziennie mi o tym przypominasz, co noc przypominam ci o tym ja. Naszych papierowych masek nie zdejmujemy nigdy - zawsze się na nich uśmiechamy, obojętnie spoglądamy na otaczający nas świat. Latarnie na mojej płynącej ulicy święcą się na pomarańczowo... od tej nocy, latarnia przed moim domem również. Czy to coś oznacza? Chyba jednak nic...
PS. Smutny Wędrowcze...
za każdym razem, gdy się uśmiechasz, Twoje życie staje o pół grama lżejsze.
* była kiedyś taka piosenka Dżemu: "Dzień, w którym pękło
niebo"...