|
Niniejszym ostrzega się o mrocznych zamiarach Autora tego tekstu, mającego na celu omamienie umysłów czytelników. Autor, jako kreatura skrajnie złośliwa, będzie tutaj czynił wszystko, co w jego mocy, by zepsuć komukolwiek humor, zniesmaczyć, doprowadzić do ciężkich urazów psychicznych tudzież zdeprawować. |
"Zachłanni, okrutni, a
w duszy ciągle smutni
Bo czegoś brakuje, bo
coś nam nie pasuje
Bo niebo się psuje i
wszystko znów nie tak
(...)
Kto wymyślił nas szalonych...?"
(Budka Suflera)
Istnieje taki stary, sprawdzony i niezmiernie wkurzający sposób pisania artów do AM. Krok pierwszy: znaleźć jakiś problem, np. dziewczyny (To nie jest żadna aluzja. Mały - wstałbyś, jak się do ciebie mówi). Krok drugi: pokazać, jak bardzo ten problem utrudnia nam życie (np. dziewczyny są wredne, bez serca, lecą tylko na kasę i w ogóle są be, po coś Boże stwarzał to cholerstwo, teraz biedne samce muszą się męczyć). Kroku trzeciego brak, sprytny autor nie proponuje żadnego rozwiązania wymyślonego przez siebie problemu (w domyśle: wytruć wszystkie stworzenia rodzaju żeńskiego) i zostawia nieszczęsnego czytelnika w stanie depresji i zwątpienia. Świnia z tego autora, co nie? Cieszę się, że też tak uważacie. No to co, pokrytykujemy sobie jednego takiego delikwenta? Od razu uspokajam, że Mały nim nie będzie, a polemika nie będzie o dziewczynach.
Pewnego
pięknego dnia Dziadek Mróz bardzo się nudził. Zamiast wziąć się za jakieś
pożyteczne, dziadkomrozowe zajęcie, na przykład przedłużenie zimy o kolejne
dwa miesiące, złapał klawiaturę i niechcący (w co mocno wierzę) popełnił
tekst o wdzięcznej nazwie "My, Polacy", który to tekścik uwieczniony został
na łamach 37-go numeru Action Maga. Innego dnia, choć może już nie tak
pięknego (bo Dziadek Mróz, zrozumiawszy widać swój błąd, powrócił do tego,
co mu wychodzi najlepiej, czyli produkowania niekorzystnych warunków atmosferycznych)
taki jeden Gość, usiłując choć raz przejść przez AM-a bez negatywnych emocji,
nagle potknął się o przeszkodę w postaci tych nieszczęsnych "Polaków".
I powiedział sobie, że po dziurki swego pięknego nosa ma już tego rodzaju
tekstów i że wkracza do akcji. "I'm coming in...", jak powiedział kiedyś
pewien znany twardziel.
Wykształcenie
"(...) Zaledwie 10 proc. obywateli ma wyższe wykształcenie. Za to ludzi, którzy ani: "do you speak English" ani "sprechen sie Deutsh" mamy 60 proc. Ale w tym nasza siła rodacy. Przyjedzie taki angol do Polski i mówi: How you are? Na co Polak odpowie: Coooooo? Ja ci dam "How you"!!!. Po czym spokojnie i metodycznie sklepie mu maskę."
Nie bój się tego powiedzieć - jesteśmy narodem idiotów, co? Z pewnością do pięt nie dorastamy pod tym względem takim na przykład Amerykanom, szkoda tylko, że tam na studiach uczą tego, co u nas w liceach jest już trywializmem. A wiesz, dlaczego USA ma najnowocześniejszą technikę? Bo pracują dla nich polscy naukowcy (którzy notabene w kraju nie mieliby większych szans na rozwinięcie skrzydeł). Gdyby nie Polacy, po dziś dzień wierzylibyśmy może, że Słońce kręci się dookoła Ziemi (chociaż po tym, jak Einstein nam namieszał, to już wcale nie wiadomo, co się kręci wokół czego i czy w ogóle się kręci). Więc proszę mi tu nie robić ostatnich kretynów z naszej rodzimej inteligencji, jaka by ona nie była.
Co do nauki języków, warto wziąć pod uwagę fakt, że ci "nicht sprechen sie Deutsch" i inni "antypoligloci" rekrutują się albo z roczników przedwojennych (po co takiemu starszemu panu/pani języki obce?) albo bezpośrednio powojennych - wiecie, dzieci "szarej rzeczywistości komunistycznej", jak to ktoś pięknie określił. Jak powszechnie wiadomo, nauka języka innego niż "sowieckiego" nie była wówczas mile widziana, a teraz jest już ciut za późno - starego psa nowych sztuczek nie nauczysz (przepraszam 40-latków za porównanie). Można by jeszcze spytać, dlaczego owo "nieszczęśliwe" pokolenie nie posiadło przynajmniej dostatecznej umiejętności władania mową wschodnich sąsiadów. Cóż, należałoby sięgnąć dalej w przeszłość, nie tak dawno jeszcze uczono nas, coby mowy czasem nie pogrześć, nie dziw więc, że nasi ojcowie i matki szczególnej sympatii do języka zaborców z XIX wieku żywić nie mogli. Poza tym dowiodłem empirycznie, tego języka nauczyć się nie da ;-).
Jeszcze tak całkiem już na
marginesie: zaręczam ci, Dziadku Mrozie, iż żaden szanujący się Angol nie
powie ci nigdy "How you are". I kto tu "doesn't speak English"?
F jak flejtuch, N jak nie bądź taki święty
"Dumni potomkowie zwycięzców bitwy pod Grunwaldem śmiecą wszędzie. W górach, lasach, nad wodą, na ulicach, w środkach miejskiej komunikacji, miejscach rozrywki"
Brakuje jeszcze tylko komentarza,
że w 1410 krzyżackie wojsko ugrzęzło w stercie śmieci i dlatego tylko zwyciężyliśmy
tych sługusów żądnego zysków Kościoła. Ludzie śmiecą - źle, ty nie śmiecisz,
wzorowy harcerzu - brawo, to ci się chwali, ale nie bierz przykładu z kolesi,
którzy gdzieś tam w Biblii chcieli ukamienować nierządnicę. Poza tym gotów
jestem założyć się, że inne nacje śmiecą równie ochoczo jak i my, tyle
że mają więcej gotówki na służby oczyszczania. Nawiasem pisząc, przydałoby
się wprowadzić jakowąś ustawę, uprawniającą straż miejską do wpychania
śmieci do otworów gębowych przyłapanych na gorącym uczynku flejtuchów.
Myślę, że by pomogło.
Co masz, koleś, do Iranu?
"Tym się właśnie stajemy. 65 proc. obywateli naszego pięknego kraju razi widok całujących się i ściskających par na ulicy (...). O 3 proc. mniej obywateli przeciwnych jest małżeństwom homoseksualistów. Aż 41 proc. Polaków uważa, że homoseksualizm nie jest rzeczą normalną i nie wolno jej tolerować"
Częstujesz procentami jak na prawdziwego Polaka przystało. A tak na poważnie - jestem wśród tych 65%. Nie jestem radykalnym przeciwnikiem publicznych pocałunków, ale niektóre pary to już ździebko przeginają, zachowują się jakby chciały sobie wzajemnie dusze powysysać. Brakuje jeszcze, coby się ludzie zaczęli, za przeproszeniem, pieprzyć po parkach. Nie przesadzajmy, coś takiego jak intymność to rzecz niegłupia. Moim zdaniem znacznie przyjemniej całować się w ukryciu, zresztą wtedy wyrażane wobec drugiej osoby uczucia są bardziej wiarygodne, niż ostentacyjne demonstrowanie tychże uczuć na ulicy (a bara-bara najlepiej robić za stodołą na świeżym sianku... heh, rozmarzyłem się). Chociaż zawsze możecie powiedzieć, że ze względu na małe doświadczenie praktyczne w tych sprawach nie jestem wystarczająco kompetentny.
Czy małżeństwa homoseksualne to faktycznie taki dobry pomysł? Dla mnie to jest chore. Nie przymierzając, można się pokusić jeszcze o wprowadzenie małżeństw ze zwierzętami dla zoofili, albo małżeństw z bielizną dla fetyszystów. Nie mam nic przeciwko homoseksualistom, w końcu to nie ich wina, że są jacy są. Ale ludzie, którzy np. urodzili się bez nóg też niczemu winni nie są, a jednak muszą się jakoś oswoić z myślą, że nigdy nie będą biegać, tańczyć i skakać. Life is brutal, niestety.
"Aż 41% Polaków uważa, że
homoseksualizm nie jest rzeczą normalną". A więc mamy 59% wolnomyślicieli.
Bo jeśli homoseksualizm jest taki normalny, jak sugerujesz, to przynajmniej
co dziesiąty z otaczających nas ludzi powinien być homo. A tu figa, bo
homo stanowią tylko 1% społeczeństwa. Jeśli 1% (który mieści się w granicach
błędu statystycznego) to dla ciebie norma, to wielkiej kariery w ekonomii
nie zrobisz... Wbrew ewentualnym pozorom i w przeciwieństwie do akapitu
poprzedniego, ten akurat nie porusza problemu homoseksualizmu, lecz Dziadkowe
problemy z matematyką. To tak na wszelki wypadek, żeby mi nikt potem, nietolerancję
zarzucając, nie cytował któregoś z tych zdań.
Nie jest aż tak znowu brutalnie
"43 proc. kobiet i 31 proc. mężczyzn przyznaje, że ma co najmniej jedną znajomą, która jest bita przez małżonka"
A ja niedawno czytałem artykuł ("Polityka") o tym, że analizując sieć znajomości dowolnego człowieka można dojść (średnio około szóstego poziomu znajomości) do tego, że zna on np. Osamę ibn Ladena. W świetle tego udowodnionego statystycznie faktu twoje procenty są zaciemnianiem sytuacji, sugerują bowiem, że 30-40 procent polskich rodzin doświadcza przemocy. W rzeczywistości są to przypadki marginalne, a częstotliwość ich występowania nie różni się znacznie od częstotliwości w innych krajach.
Jeśli zaś chodzi o fizyczne
karanie dzieci, to proszę mi wreszcie wyjaśnić, samozwańczy obrońcy praw
dziecka, co w tym do cholery takiego złego? Tylko bez czegoś w stylu "No
jak to co złego? Bicie samo w sobie jest złe". Bo mnie się coś widzi, że
jeśli nieposłuszny bachorek dostanie lanie, to popłacze chwilę i tyle wszystkiego,
a przy okazji, jeśli posiada choćby elementarny spryt, na drugi raz postara
się bicia uniknąć, choćby przez okazywanie posłuszeństwa. Niektórzy mądrzy
obrońcy dziecięcych zadków mogą jeszcze wysunąć oskarżenie, jakoby bicie
niszczyło miłość między rodzicem a pociechą jego, albo wywoływało u dzieciaka
stres. Wszystko to bzdury. Przynajmniej tak by wynikało z moich własnych
"bolesnych" doświadczeń z tymi metodami wychowawczymi. Obecnie jakoś nie
drżę ze strachu na widok mojego taty (może dlatego, że większy od niego
już jestem), a nieliczne, za to w pełni zasłużone kontakty z jego paskiem
od spodni nie wpłynęły w sposób destrukcyjny na moją psychikę. Chociaż
co do tego ostatniego, można by się kłócić ;-).
Pesymista = = Dziadek Mróz
"Gdy u progu nowego milenium większość Europejczyków z optymizmem patrzyła w przyszłość to 55 proc. obywateli III RP chodziło rozdrażnionych albo zdenerwowanych. Zniechęcenie i znużenie odczuwało 38 proc. rodaków białego papy. 32 proc. odczuwało bezradność, 27 proc. wściekłość, a prawie 25 proc. popadło w depresję. 35 proc. czuło, że władze ich lekceważą. Jest jeszcze 17 proc. ludzi uważających się za wiecznych pechowców. Co JA tu robię?"
No, no, aż w głowie mi się
zaczyna kręcić od tych procentów. Proszę mi tu nie rozpijać młodzieży!
Teraz twoje śmieszne pytanie. Śmieszne, bo chciałeś nam chyba przekazać,
że pesymistą, broń Boże, nie jesteś. Ale jakoś kiepsko ci wyszło, twój
art od nadmiaru radości, zadowolenia i dumy bynajmniej nie kipi. Oto, co
tutaj robisz. Poza tym jakoś nie potrafię wydobyć z siebie więcej szacunku
dla "pierdolniętego, wiecznie uśmiechniętego" Amerykanina, niż dla naszego
zasępionego rodaka.
Ksenocośtam (ależ skomplikowanych wyrazów się tutaj używa)
"Jesteśmy narodem nie lubiącym zbytnio innych narodowości. Szczególnie nie lubimy Ukraińców (49 proc.), Białorusinów (40 proc.), Niemców (36 proc.) i Rosjan (47 proc)"
To samo Amerykanie (ależ
się przyczepiłem) czują do Polaków. Chociaż wątpliwa jest dla mnie wiarygodność
twoich procentów. Procenty powstają mniej więcej w ten sposób: idziesz
sobie spokojnie ulicą, skupiając całą swoją uwagę na myśleniu o niebieskich
migdałach, względnie na tym, aby nie wpaść pod samochód, aż tu znienacka
wyskakuje ci przed nos jakiś Badacz Opinii Publicznej i ze złym błyskiem
w złośliwych oczkach wyjeżdża z zapytaniem: "Lubisz Rusków czy nie?". No
i któż to wówczas przychodzi ci na myśl w tak podbramkowej sytuacji? Czy
mieszkający niedaleko ciebie porządny inżynier rosyjskiego pochodzenia,
który czasem wpada do ciebie na piwo? A może niejaki Fiodor Dostojewski
(notabene: ten podobno nie lubił Polaków), którego książki uwielbiasz i
podziwiasz? Naturalnym jest, że wówczas przed oczami masz obdartego Wanię
z bazaru, jakąś podstarzałą tirówę, ewentualnie jakiegoś złego Iwana z
kałachem, którego zabił w filmie dobry Rambo (takie są stereotypy). I mówisz
Panu Badaczowi Opinii Społecznej, że ruskich to ty jak samego diabła...
A Pan Badacz wyciąga z tego jakże oczywisty wniosek, że Polak to ksenofob.
Kosmopolici wymagają leczenia
Użalanie się nad tym, że nie czujemy się Europejczykami, deczko zabawne jest. W końcu trudno raczej z czystym sumieniem zaliczyć do szacownego grona bogatych, zachodnich państw coś takiego jak nasz kraik. Gdyby wszyscy Polacy spoczęli sobie na laurach i zaczęliby zwać się Europejczykami bez jakichkolwiek starań zasłużenia sobie na to szczytne miano, to by dopiero było się nad czym użalać. Poza tym - czy poczucie narodowej odrębności to coś złego?
"19 proc. uważa, że biegnie ona [nasza wschodnia granica - PG] wzdłuż Uralu a 3 proc. że przez zielone stepy ukraińskie"
Nie wiem, skąd ty wytrzasnąłeś
takie rewelacje, trochę to zachwiało moją wiarą w poziom wiedzy rodaków.
Niemniej twierdzę, że jeszcze większy odsetek Amerykanów (ma się ten upór)
nie wie, ile jest kontynentów na Ziemi, w którym roku wybuchła II wojna
i czy Stany kiedykolwiek walczyły z Włochami. Zaś co do naszych wschodnich
granic, to ja również jestem przekonany, że sięgają Morza Czarnego, ale
to już takie moje chore, kolonizatorskie zapędy i w żadnym wypadku nie
należy ich traktować poważnie.
Czego chcemy, a czego do cholery chce Dziadek Mróz?
"Zapewnienia minimalnych zarobków, renty lub emerytury (97 proc.), darmowej opieki lekarskiej (94 proc.), mieszkania (89 proc.), stałej pracy (85 proc.), dobrobytu (55 proc.). Obywatele chcą też powrotu kary głównej (77 proc.), zaostrzenie prawa (63 proc.), surowych wyroków (91 proc.)"
U mnie już późno, spać się chce jak cholera, może dlatego kompletnie nie rozumiem, co chciał nam Dziadek przekazać w zacytowanym akapicie. Pogardliwy ton wskazuje, że jego zdaniem inne narody pragną niskich zarobków, likwidacji niepotrzebnego elementu społecznego w postaci emerytów i rencistów, służby zdrowia za kosmiczne ceny, bezrobocia, biedy i łagodnego traktowania zbirów. A może chodziło o to, że niby nasze marzenia są mało ambitne? Wobec tego jak wysoko mierzysz ty, Dziadku Mrozie?
* * *
Sytuacja
w kraju nadwiślańskim wesoła nie jest, ale jeśli obywatel tegoż kraju siądzie
i zacznie płakać nad swym losem, z pewnością sytuacji ogólnej nie poprawi.
Co więcej, konsekwencje takiej postawy mogą okazać się zgubne: obywatel
zamoczy podłogę, dostanie kataru, będzie miał zaczerwienione ślepia. Ponadto
kochająca rodzinka natychmiast rzuci się z pocieszeniami, co oderwie ją
od wielu pożytecznych zajęć, albo w mniej optymistycznym wariancie rzuci
się na polskiego obywatela z rozmaitymi narzędziami perswazji, coby w nieco
mniej subtelny sposób przerwać płakanie. Tak czy inaczej, głęboki bezsens
arta Dziadka Mroza widoczny jest jak na dłoni.