Niedawno natrafiłem na art Qbeka, traktujący o przeklinaniu. Przedstawił on raczej nierealny projekt wprowadzenia wulgaryzmów do bardziej powszechnego użytku. Nie mam tu zamiaru sprzeczać się z nim. Jednak jedno jego zdanie przypomniało mi moje przemyślenia, którymi zajmowałem się kiedyś: "Więc może by tak uznać, że kilka naszych "ulubionych" wyrazów jest normalne, tak jak inne polskie zwroty. Komu by to zaszkodziło?? Nikomu!! Większość naszych obywateli byłaby zadowolona z takiego stanu rzeczy, (...) a ksiądz w konfesjonale nie powie, że to grzech." Przepraszam każdego, komu uszami wypływają już teksty o religii, jednak proszę o wyrozumiałość. Zauważyłem jednak pewną nieprawidłowość i mam nadzieję, że ktoś będzie potrafił rozwiązać tą zagadkę. Zaznaczam jeszcze, że jestem wierzący. Choć, jak widać, z pewnymi wątpliwościami.
Powszechnie wiadomo, że przeklinanie jest uznawane za grzech. Czym są jednak przekleństwa? Naturalnie każdy z nas słyszał te słowa, może (a raczej na pewno) sam czasem ich używa. W związku z tym powstaje pytanie: dlaczego akurat te słowa są wulgaryzmami? Dlaczego słowo "k...wa" w pewnej chwili zaczęto uważać za niekulturalne?Jest to pewnien wymóg społeczeństwa, jednak nikt nie zna jego źródła (chyba żeby jednak? Będę wdzięczny za oświecenie). A wcześniej? W języku łacińskim jest takie słowo, "curva", co po polsku znaczy "krzywa". Dwa słowa, brzmiące jednakowo. Jednak tylko jedno z nich jest wulgaryzmem. To samo ze słowem "kutas". Może ono oznaczać ozdobę w formie zwisającego pędzla albo męski narząd rozrodczy. Jednak grzech dzieje się tylko w przypadku tego drugiego. Gdzie tu jest sens? Przecież Przykazania są ciągle takie same, obowiązują wszystkich i niezależnie od epoki. Chyba coś, co było grzechem 500 lat temu, grzechem jest także dzisiaj, nie mylę się?
Jak to już pokazałem na przykładzie ze słowem "curva", wszystko zależy od języków. Przypuśćmy, że gdzieś w dziewiczej części Afryki żyje sobie plemię Murzynów (proszę nie doszukiwać się w tym jakichś treści rasistowskich :)). Nie zauważają postępu cywilizacji i posiadają własny, odrębny język. Przypuśćmy, że w ich narzeczu istnieje pewne słowo, określające przekleństwo. Niech będzie to, powiedzmy, "krzesło". Niesamowita zbieżnośc, prawda :)? Wypadałoby uznać, że jeśli któryś z nich powie "krzesło", grzeszy. A Przykazania są jednakowe dla każdego. Możliwe, że ja kiedyś powiem do gościa, który mnie odwiedzi:"Proszę, usiądź, tu jest krzesło." No i co? Zgrzeszyłem! A chciałem tylko nazwać przedmiot, służący do siedzenia!
Jednak i z tej sytuacji można znaleźć wyjście. Może chodzi nie o samo słowo, jego brzmienie, ale o intencje, z jakimi to słowo wypowiadamy? W tym jest logika. Jeśli Polak powie do kogoś "Ty ch...ju!" - przeklina, do tego obraża swojego bliźniego. To grzech. Ale jeśli jakiś Rzymianin 2000 lat temu powiedział, że ta ściana jest krzywa - miał co innego na myśli, nie miał zamiaru bluźnić.
A tu znowu pojawia się problem. Idąc tą samą logiczną drogą: jeśli ważna jest intencja, to nie ma znaczenie słowo. Wychodzi na to, że nie ważne co powiemy, ale to, że mamy zamiar przeklnąć. Wtedy wulgaryzmami są nie tylko utarte już "k...wa", "ch...j", itd. Powiedzmy, że jestem bardzo, ale to bardzo wkurzony. Aby się wyżyć nie rzucam znanych wszystkim słów. W ostatniej chwili przypominam sobie, że będzie to grzech, i powiem coś innego, przez co chcę wyładować emocje - w podobny sposób jak przed chwilą, tylko że z użyciem innych słów (które zresztą w moim przekananiu przekleństwami nie są). Mówię... hmm, na przykład "seledynowy skuter wodny". Każdy, kto by mnie wtedy usłyszał, uznałby mnie wtedy za wariata, ale nigdy nie domyśliłby się, że przeklinam. Czy wtedy także grzeszę? Czy więc nic nie wolno już mówić? Czy każdy z nas klnie jak szewc?
Czy ktoś może mnie oświecić? Jak to w końcu jest?
Burok
burok@go2.pl
9 czerwca 2003