Witajcie. Dzisiaj chciałbym wam coś opowiedzieć.
Zostałem ochrzczony w rodzinie katolickiej. Odkąd pamiętam chodziłem co niedzielę
do kościoła, tam zdarzało mi się z deczka przysnąć, wiecie jak jest, nie lubiłem
tego zbytnio. Otwarcie negowałem istnienie Boga. W pewnym momencie mego życia
poczułem jednak, że On jednak jest. Ale nie chciałem bezkrytycznie przyjmować
tego, co głoszą księża z ambon. Zacząłem głosić pogląd, że należy oddzielać Pana
od kościoła, który jest przecież jedynie ludzką instytucją. No, ale do kościoła
chodziłem, żeby rodzice się cieszyli.
Tak było aż do niedawna. Okazało się że w mej klasie jest kilku ziomków innego
wyznania. Nazywa się chyba Kościołem Protestancko-Ewangelickim (nie jestem
pewien), potocznie Kościołem Zielonoświątkowym. Zakumplowałem się z jednym
z nich (Yo, Juziu), i zasięgnąłem informacji na ten temat. Zostałem przez niego
zaproszony na niedzielne nabożeństwo. Teraz opowiem pokrótce jak to wyglądało.
Wchodzę tam sobie z Juzkiem, i nagle zostaję otoczony przez młodych (i nie tylko)
ludzi. Wszyscy serdecznie witają, przedstawiają się itd. I tak nie pamiętam nawet
połowy imion tych ludzi. No ale dobra. Nabożeństwo wygląda mniej więcej tak:
Przez godzinę na początku się śpiewa. Nazywa się to "uwielbieniem". Ale nie są
to jakieś smęcenia znane z kościoła katolickiego. Tu są bardzo fajne piosenki
głoszące chwałę Pana przy akompaniamencie gitary, fletu, pianina itd. Naprawdę
"wczułem się w klimat" i poczułem przy sobie prawdziwą obecność Boga. Poczułem
się tak wspaniale jak chyba nigdy dotąd. Po upływie ok. godziny wszyscy siadają
(a właśnie: w tym kościele nie ma rytuału wstawania, klękania i siadania - tam
każdy przyjmuje taką pozycję, jak mu wygodnie) i pastor (ekwiwalent księdza,
jakby ktoś nie wiedział) wygłasza SŁOWO. Coś jakby kazanie, tyle że on mówił
bardzo ciekawie i z polotem. W czasie kazania ja i jeszcze jeden koleś (też
pierwszy raz) zostaliśmy powitani brawami całego zgromadzenia i miłymi słowami
pastora. Bardzo sympatycznie.
W sumie całe nabożeństwo trwało ok. 2,5 godziny. Długo? Niby tak, ale ja nawet
nie zauważyłem upływu czasu. Dobra, teraz przedstawię, czym różni się to wyznanie
od katolicyzmu. Jako, że ze mnie jest uporządkowany człowiek, to będzie
w punktach:
- Zielonoświątkowcy nie uznają świętości Maryi ani żadnych świętych, dla nich
istnieje praktycznie jedynie Trójca Święta
- Nie wiem czy to jest założenie, ale odnoszę wrażenie, że oni po prostu się
cieszą z tego, że Bóg jest, że ich kocha i w ogóle.
- U nich nie ma sakramentów.
- Nie wykonują znaku krzyża, tzn. nie żegnają się
Więcej istotnych różnic nie zauważyłem.
Po tamtej pamiętnej niedzieli byłem tam jeszcze kilka razy i za każdym razem było
świetnie. Teraz wiem że Pan zawsze jest przy mnie i jest gotów wyciągnąć do mnie
swą potężną dłoń.
A poza tym to chyba ja stałem się innym (lepszym?) człowiekiem - nie przeklinam,
stałem się optymistą (zwrot o 180 stopni), staram się być bardziej koleżeński
i tak dalej.
Mimo wszystko nie zamierzam jednak zmieniać wyznania, uważam, że to zbyt poważna
decyzja jak dla mnie. A zresztą i tak rodzice by mi nie pozwolili.
Tak czy inaczej:
Alleluja!
Bronx
(Np. Mate.o - "Jesteś dobry", Sonicflood - "Holy One")
PS. Ludzie nawet nie zdajecie sobie sprawy jaki świat jest prosty kiedy czuje
się obecność tak potężnego przyjaciela jak Bóg!
PpS. Szczerze wam życzę żebyście tak jak ja odnaleźli drogę do Pana.