W ciepłą, lipcową noc...
by
Chodź za mną, Czytelniku. Chodź za mną w ciepłą, gwiaździstą noc.
Położymy się na trawie. Trawa będzie bujna, zielona, będzie pachniała latem. Będzie kołysała się miarowo, my zaś wsłuchamy się w jej jednostajny szum. Podsłuchamy cykające świerszcze, usłyszymy krzyk brązowego puchacza... A gdy to wszystko ucichnie, zaczniemy wsłuchiwać się w ciszę.
I będziemy wpatrywać się w gwiazdy. Jak elficcy władcy pod otwartym niebem.Będziemy wpatrywać się w gwiazdy, lecz to nie im będziemy się przyglądać. W jasną, lipcową noc obejrzymy dokładnie nasze własne marzenia.
Kim jesteś, Czytelniku?
Może stoisz właśnie za sterem wielkiej karaweli, a wiatr dmie w białe żagle twego okrętu? Czerwone, hiszpańskie krzyże dumnie ogłaszają Nowemu Światu twoje przybycie, Ty zaś wpatrujesz się ze łzami w oczach w odległą, majaczącą na horyzoncie, tropikalną wysepkę. A krążące nad statkiem mewy z krzykiem witają Cię na San Salvador...
Może jesteś czarodziejką, potężną, niezbadaną, ale jednocześnie pogodną i otwartą na otaczający Cię świat? Mocą swych zaklęć leczysz złamane skrzydło skowronka, podlewasz zaschniętą różę i wskrzeszasz półmartwego wilka... A później, wyręczając zapracowanego Amora, podsuwasz dwójce ludzi kieliszek miłosnego naparu...
A może po prostu przyglądasz się światu, pozwalając sprawom płynąc swym własnym torem...Nie wiem kim jesteś, Czytelniku, nie wiem kogo widzisz, wpatrując się w lipcowe gwiazdozbiory. Nie mogę wiedzieć. Przecież twoje marzenia to tylko twoja własność. Twoja tajemnica, której nie dane mi będzie nigdy zgłębić.
Ale mogę zrobić coś innego. Opowiem ci, co widzę, gdy patrzę w gwiazdy.W ciepłą, lipcową noc trafiam do Śródziemia.
I, leżąc wśród miękkiej, chłodnej trawy, staję się tym, kim zawsze pragnąłem być. Dzierżąc w ręku swój topór, walczę ile sił w ramionach, a Nirnaeth Arnoediad, Bitwa Niepoliczonych Łez, coraz bardziej zaczyna zasługiwać na swą bolesną nazwę. Ja zaś, dostrzegłszy, że wszystko już stracone, odrzucam na bok swą tarczę i chwytając broń w obie ręce rzucam się, samotnie, w wir walki. I zabijam, tnę, morduję, a ziemia pod moimi stopami nasiąka czarną krwią trolli. Zaś na wzgórzach Ard-gallen, raz za razem, słychać donośne "Aurë entuluva!".
Aurë entuluva... Nadejdzie jeszcze dzień!Dziwne mam marzenie... czy naprawdę chciałbym walczyć, czy chciałbym uczestniczyć w wojnie? Czy, wyrzekając się na co dzień przemocy, w głębi duszy marzę o tym, by zabijać i mordować? W furii, w wściekłości, w pasji? Dlaczego nie boję się śmierci? Dlaczego o niej marzę?!
Dlaczego chcę być Húrinem?Czy jest na to odpowiedź?
Tak. Chcę być Húrinem, bo nigdy nim nie będę. Wszak nikogo nie potrafiłbym zabić, nie chcę więc brać w ręce śmiercionośnego miecza - wolę bawić się plastikową szabelką. Taką, która nikogo skrzywdzić nie może. Bo przecież wiem, że wojna, nawet ta najsprawiedliwsza, najszlachetniejsza, prowadzi jedynie do łez. Niepoliczonych...
Bo tak naprawdę nie chciałbym umierać jak Húrin. Ale co dzień marzę o tym, by nim być.
Mylił się bowiem ten, kto twierdził, że marzenia po to są, by się spełniały. Marzenia to nie jest transakcja bankowa, nie trzeba ich finalizować. Bo choć ich realizacja daje mnóstwo radości, prawdziwe szczęście czujesz wtedy, gdy w ciepłą, lipcową noc leżysz pod gwiaździstym niebem...
W marzeniach najwspanialsze jest bowiem to, że można o nich marzyć.
Czasem wszak droga piękniejsza jest, niż jej kres...
PS. Pozdrowienia dla Royal Gryffina. Zobaczysz, będziesz wilkiem...