Historia jego śmierci

Długi korytarz ciągnął się w nieskończoność. Z położonych wzdłuż niego sal
słychać było jęki ludzi. Jęki cierpienia. Jęki bólu. Na jednej z tych sal leżał
człowiek. 83 letni weteran życia. Leżał pod oknem. Miał piękny widok na
otaczający ów budynek las. On jednak go nie widział.
On umierał. Powoli. Boleśnie.
W przebłyskach świadomości był zły, bo nie pozwolili mu umierać w domu. Wśród
bliskich. Tylko tu.
W tym szarym budynku , częściowo zniszczonym przez czas.
Czasem słyszał głosy. Rozpoznawał twarze. Żona, dorosły syn, wnuki. Jak widma
przesuwały się wokół jego łóżka. Chciał coś powiedzieć, ale nie miał już sił,
by otworzyć usta.
Miażdżyca zniszczyła mu nogi. Nadawały się tylko do amputacji. Ale nie mogli mu
ich odciąć. Miał astmę i bardzo słabe serce. Zresztą nie chciał żyć bez nóg.
Lepiej umrzeć.
Tylko dlaczego wśród tak wielkiego bólu?
Dlaczego lekarze nie pomogą mu umrzeć?
Podać jakiś lek , który uśmierzy ból i pomoże mu zasnąć na wieki. A tak, musi
strasznie cierpieć.
Z każdą godziną czuje coraz wyraźniej zimny oddech śmierci. Nie boi się.
On wie, że śmierć będzie dla niego ukojeniem. Ona będzie lekarstwem na ból.
Pragnie, by przyszła jak najszybciej i zabrała go stąd. Ale póki co musi
cierpieć. Widocznie to jest mu pisane...
Ostatniej nocy miał dziwny sen. Widział młodego chłopca biegnącego z piłką.
Gdy przyjrzał mu się bliżej, rozpoznał siebie.
To było chyba w innym życiu - myślał. To niemożliwe, że kiedyś był młody, silny,
zdrowy.
Przynajmniej takie miał wrażenie. Przez ostatnie parę lat pamiętał tylko walkę
z ogromnym bólem oraz potężną fizyczną niemoc.
I jeszcze jedno... Twarze bliskich pełne współczucia. Współczucia, którego tak
bardzo nienawidził. Tych słów pociechy, tych ukradkowych łez, tej nadmiernej
opiekuńczości. Czy nie mógł w jednej chwili zasnąć na wieki?
Albo, czy nie mógł... wyzdrowieć?

Zegar szpitalny wskazywał godzinę 13:47, gdy pełniąca dyżur pielęgniarka
zobaczyła, iż pacjent leżący pod oknem leży dziwnie spokojnie i nieruchomo.
Gdy podeszła bliżej, zobaczyła uniesione w niemym krzyku usta. Wiedziała co się
stało. Pacjent, który i tak nie miał szans na wyzdrowienie umarł. Może to i
lepiej dla niego - pomyślała. O godzinie 14:15 jego zwłoki zostały owinięte w
czarny worek i przewiezione do kostnicy. Pozostali pacjenci patrzyli na to
wydarzenie. W ich oczach można było zobaczyć strach, przerażanie i kłębiące się
gdzieś pytanie - Czy aby na pewno nie będę następny?

Kamesenin

P. S.: Ta opowieść wydarzyła się naprawdę podczas mojego pobytu w szpitalu .
Okropnie cierpiał ten człowiek...