Czytelników szanownych chciałbym zaprosić na podróż. Będzie to wędrówka przez
Polskę, przez nasze wspaniałe krajobrazy, cudne panoramy i inne śliczne tereny.
Zacznijmy z miejsca jak najbardziej swojskiego, powiedziałbym - z domu...
Kiedy stawiano budynki, w których teraz zamieszkuje większość czytających te
słowa, czyli blokowiska rodem z nie-tak-różowych lat siedemdziesiątych,
kierowano się prostą, zawsze skuteczną zasadą czerwonych towarzyszy - jak coś
się nie trzyma pionu, kopniak i kropla butaprenu pomogą. Dlatego teraz,
stawiając szklankę pełną wody na podłodze, można zaobserwować ciekawe zjawisko,
właściwie nie mogące mieć miejsca na powierzchni Ziemi. Bo jakim prawem woda
wylewa się, a przynajmniej jej tafla się przekrzywia, kiedy fachowcy po
przeprowadzeniu dokładnych pomiarów utrzymują, że moje pięknie pofalowane
mieszkanko jest równe niczym prawa wszystkich obywateli Polski?
Jednak zostawmy projektantów wnętrz; wszak nie to jest najciekawsze - w końcu
kogo obchodzą nieistotne detale. To, na co warto zwrócić uwagę, jest formatu
maxi - nasze krzywe jak uśmieszki Millera domki są poustawiane w odległościach,
które w wypadku zawalenia jednego z nich pozwoliłyby oglądać śliczny efekt
domina. A jeśliby ktoś wówczas stał w wąskiej alejce, byłby już właściwie w
lepszym świecie.
Chociaż może to i dobrze, bo kto zwykle stoi w wąskich, ciemnych uliczkach?
Właśnie. Przechodząc między warzywniakiem a drugą stroną ulicy, można zauważyć
element miejscowej przyrody. Ale... Może ktoś mi powie, czemu? Dlaczego ten z
kolejnym, zamiast robić coś pożytecznego (uprzątnąć trochę zamtuz dookoła bloków,
na ten przykład, ale do tego nikt się nie garnie), zmówią się i stoją w zaułkach,
strasząc jedną - łysą - pałą i drugą - drewnianą - pod pachą? Ale to naprawdę
szczególik, którym ja się osobiście nie zamartwiam. Bo dla mnie to nie problem,
że taki typek sobie stoi, czy zaszczyca zdemolowane resztki ławeczki swym
zadkiem. Gorzej - i to już jest powód do zmartwień - kiedy kilku takich zechce
"pożyczyć" to i owo. Być może nie jestem zbyt szczodry (nie jest to cecha
globtroterów), a nawet ze mnie parszywa, skąpa świnia, lecz naprawdę nie mam
ochoty obdarowywać młodzieńców zegarkami, banknotami czy telefonami komórkowymi.
Jednak rozumiem, co nimi kieruje podczas niewinnych wybryków. Jest to stały
element krajobrazu przeciętnych miast.
Nuda.
Cóż można robić, kiedy pracy brak, ambicji również, a w domciu zbyt duszno i
szara komórka się poci? Wiecie, podobno Polacy to jeden z najbardziej
wykształconych, mądrych, inteligentych narodów w Europie. A powiedzenie mówi,
że inteligentny człek się nie nudzi... W takim razie albo Polacy jednak zbyt
mądrzy nie są, albo też trafność przysłów właśnie szlag trafił. Kiedy okazuje
się, że wyznaczniki, którymi kierujemy się w życiu od dawien dawna zawodzą, nie
pozostaje nic, tylko iść się powiesić... Albo lepiej - iść po zasiłek. Zanim
kolejka przesunie się o kilka miejsc, zdążysz osiwieć, a przed wypłaceniem
należności będziesz w lepszym świecie. Jeśli, oczywiście, do tej kolejki
dojdziesz, drogi czytelniku. Dlaczego?
Gdyż nie ma łatwiejszego sposobu na szybką śmierć nade wdepnięcie w psie
ekstrementy i przewrócenie się na łeb, na szyję. Dosłownie - gdzie nie pójdziesz,
tam wygląda na ciebie wesoło narobiona kupeczka, jakby uśmiechająca się do
ciebie i mówiąca "wdepnij we mnie". Utrudnia to naszą wędrókę, ale cóż - jakoś
trzeba iść... Tutaj mała prośba do zacnych właścicieli czworonożnych pupilków:
czy możecie, jeśli już tak mierzi was zakopywanie lub zbieranie w woreczki
zwierzęcego gówna, wypuszczać Azorka gdzieś, gdzie nie chodzą ludzie, gdzie nie
bawią się dzieci - słowem: w jakąś wysoką trawę, albo - czy ja wiem - do własnej
podeszw, a jeśli taki wzbogacony o zapaszek delikwent wejdzie do zatłoczonego
autobusu, może to wywołać nieprzyjemną reakcję łańcuchową. Strajki kierowców
wydają się zatem uzasadnioną formą protestów przeciw niedbałości właścicieli
zwierząt.
Dobrze, że o tym wspomniałem. Chyba dalej już nie zawędrujemy - autobusu jak
nie było, tak i nie ma. A wina to demona, nękającego ludzkość od stuleci. Imię jego:
Strajk... Oj, piękna rzecz. Ale rozumiem jego inicjatorów - czyli osoby
zasuwające na zmianie po dziesięć godzin, a dostające w zamian nędzne grosze,
które nie starczają na opłacenie podatków, o zapewnieniu rodzinie godziwego bytu
nie wspominając. Co z tym wszystkim zrobić? Przyzwyczaić się...? Jako, że środku
transportu nie ma, to i nie zajedziemy przed żaden sąd, aby przyjrzeć się
niedorzecznym procesom; nie obejrzymy ciekawego zachowania elit sejmowych, nie
daujrzymy na własne oczęta wspaniałych placówek szpitalnych... Koniec wycieczki.
Była krótka, ale chyba pozwala dojść do pewnego wniosku. Jakiego...?
Polska to kraj absurdów! Takie państwo nie ma prawa istnieć - panuje w nim
anarchia, a ci, co podobno są u władzy, zdają się nie dostrzegać podstawowych
problemów, których jest zresztą cała masa... A jednak - coraz bardziej nas w
świecie chwalą, a ostatnio spłynął na nas zaszczyt niewysłowiony: Saddam Hussein
powiedział, że jego wrogiem jest również kraj nadwiślański! Toż to dla nas łaska
doczesna - jednak na coś się przydaliśmy, i to w stopniu pozwalającym nas
zakwalifikować jako "wroga"! Widzą nas - nieważne jak, nieważne, co o nas myślą,
ale widzą nas! Z nas są gnoje, ale wiedzą o tym nawet na drugim krańcu świata!
...czyli nie jest tak źle. Zaczynamy odnosić sukcesy. Za jakieś trzy tysiące lat
będzie raj. Może wtedy wyjedziemy poza obszar własnej wsi...
military