Nie jestem nałogowcem

Witam.
Z ogromnym smutkiem mówię: "Nie jestem nałogowcem komputerowym". Jak i dlaczego
doszedłem do takiego wniosku wyjaśni się za chwilę. Pokrótce muszę przedstawić
siebie oraz całą sytuację, która zaszła w moim życiu. Na początek ja: 22-u latek
studiujący sobie chemię (a dokładniej technologię chemiczną) na politechnice.
Samotnik (chociaż nie do końca), buntownik z wyboru, uciekający wszelkim
konwenansom życia, trudny do sklasyfikowania, wielbiciel komputera (teraz po
kursie serwisu komputerowego) i na dodatek śmiertelnie zakochany (dlaczego
śmiertelnie o tym dalej).

Teraz sytuacja jaka panuje w moim życiu:
W sylwestra 1998/9 roku poznałem 2 przyjaciółki.
Jak to zgodnie z regułą Le Chateriela - Brauna (przekory) podobała mi się jedna
(Ela) a gadałem z drugą(Ola). Po czterech miesiącach stało się 18 kwietnia
zacząłem spotykać się z Olą już na warunkach partnerskich. Po tym 2,5 roku
największego szczęścia w moim życiu. Później jak to zwykle bywa zaczeły się
problemy(z winy obu stron). Jak w każdym związku zaczeły się trudności. Ona
chciała czegoś więcej, ja zaś z podejściem "w tym wieku nie będę się żenić"
uciekałem od tego. Kłótnie czasem o byle co... I tak w październiku zeszłego
roku zerwała ze mną. Smutne. Ale mimo to w sumie dalej byliśmy parą, tylko jakby
to nazwać związkiem bez zobowiązań.
Ona wypłakiwała się naszym wspólnym znajomym, a ja cały ból trzymałem w sobie.
Przecież nie mogłem dostarczać Jej dodatkowych problemów. Innym też nic nie
mówiłem bo uznaję zasadę "moje problemy rozwiązuję sam". Czasem wychodziłem w
ich oczach za potwora. A czasem to co się stało nie było moją winą. Jest taka
słaba - nie chciałem by jeszcze ktoś sprawiał jej cierpień więc brałem winę na
siebie. Grałem zimnego skurwysyna, który będąc sam czasem sobie popłakiwał ze
smutku. Zajmowałem się wszystkim innym, uczelnią, komputerem (w sumie wieloma),
odreagiwałem ból grając w Unreal`a, słuchałem muzyki...
Zamykałem się w sobie(dopiero teraz wiem co to było za głupstwo).
Pewnego dnia (ok miesiąc temu) nasz kontakt zupełnie się urwał. Żadengo telefonu,
maila nic ... Jak się w sumie okazało ona zrezygnowała z walki o nasz związek,
że zerwała tylko po to by uświadomić mi coś. Miałem 2 tygodnie na przemyślenia.

Pewnego dnia obudziłem się ze świadomością:
Jest najważniejsza w moim życiu. Kocham Ją.
Mimo iż moja przyjaciółka Ania, twierdziła: "Będziesz ostanim z nas wszystkich,
który będzie miał ślub" chciałem się Jej oświadczyć. Zostało kilka dni do moich
urodzin (teraz już jest po) - wtedy chciałem TO zrobić.
Zadzwoniłem i wtedy...
mój cały świat się zawalił. W ciągu jednej rozmowy telefonicznej.
Dowiedziałem się, że jest z kimś innym. Z naszym wspólnym "przyjacielem".
Przyjaciel - NIE!!!!!!!! ŚWINIA, NAJGORSZY, WRÓG.
Jest dla mnie żmiją która wyczekała na odpowiedni dla niej moment by ukąsić.
Śmiertelnie.
Nienawidzę go.
Ona mówi, że mnie kocha ale nie wierzy w nasz związek. Jest z nim bo chce bym ja
też znalazł sobie kogoś.
Nie rozmawialiśmy na temat problemów. Zmienialiśmy się dla siebie tak naprawdę
nie uwzględniając czego chce ta druga strona. Nie dograliśmy się. I teraz wiem,
że robiłem błędy, potworne błędy.
Nienawidzę siebie za to. Za to, że teraz jestem sam, że ciągle kocham, że mimo
bólu nie potrafię Jej nienawidzić.
Zamknięcie w sobie negatywnych uczuć pociągneło zamknięcie także tych dobrych:
powierzchowną (tylko powierzchowną) obojętność względem Niej.
Ten ból i moja nienawiść względem mnie samego pociągneła mnie do czegoś, za co
jedni stwierdzą, że jestem głupi inni, że naprawdę cierpiałem.
Całą noc płakałem, aż w pewnym momencie impuls.
Próba samobójcza.
I tylko pasek nie wytrzymał...
Nie mogłem powtórzyć "próby" bo za bardzo się bałem. Znając uczucie kiedy
człowiek się dusi zbyt bardzo tego się bałem.
Dalej cierpię. Ona też płacze. Wiem o tym. Dalej coś do mnie czuje.
A ja nie wiem co ze sobą mam zrobić plącze się z kąta w kąt, przerażając innych
swoją rozpaczą. Niestety wszystko co uważałem kiedyś za ważne poszło się jebać.
Uczelnia, sesja - niby jeszcze tam chodzę ale mam zamiar rzucić.
Komp? Nie potrafię siedzieć przy nim. Wcale nie daje mi zapomnienia. Nie ciągnie
mnie do niego, wręcz odpycha. Jedynie muzyki czasem słucham (tylko zupełnie inne
piosenki), a piosenka Eweliny Flinty "Samotność" (chyba tak się nazywa, w każdym
razie to ta, gdzie leci tekst: Żałuję, że cię znałam, żałuję że kochałam) mówi
o mnie.
Chciałbym, żeby coś wciągało mnie tak mocno, że mógłbym zapomnieć. Chcę w tej
chwili być nałogowcem, który myśli wyłącznie o nowej gierce, czacie itp. Ja nie
potrafię, zbyt mocno myślę o Niej.
Ona jest mym nałogiem, Ją kocham.

Ta historia ciągle jest tematem przewodnim w moim życiu.
Zrezygnowałem z wspólnych przyjaciół. Niech zostaną przy Niej. Ona potrzebuje
pomocy bardziej niż ja. Ja jestem nieważny. Chciałbym, żeby była szczęśliwa.
Nie wiem jak Jej to wyjdzie - otwarcie mówi, że go nie kocha.
Co będzie dalej życie pokaże.

I po co to wszystko opisuję???
Bo nie chcę by ktoś tak cierpiał.
Żebyście wiedzieli, że trzeba rozmawiać z innymi nie tylko o dobrych rzeczach,
ale też o złych. Żeby nikt nie zatracił się w wirtualnym świecie i przez to
stracił kontakt z ludźmi.

On nie widzi Jej szczęścia ze mną. Nie dziwię mu się.
To co robiłem było potworne. Nie zasługiwałem na Nią.
Ale ja się zmieniłem.
Tylko, że ból i nienawiść znów robią ze mnie potwora. Potrzebuję Jej aby tego
uniknąć. Ale rozumiem Ją i to że nie otrzymam Jej pomocy. Nie jestem wart
jednego Jej słowa. Mniej niż zero - to ja.
I równocześnie chcę (bo Ją kocham) i nie chcę (bo znów może przeze mnie cierpieć)
by do mnie wróciła.
Kocham...

hirel