Absurd na linii frontu czyli wojna po raz ostatni

Nikt nie był zaskoczony wybuchem tej wojny. Każdy z napięciem na nią czekał. Kobiety już od zimy robiły zapasy żywności, dzieci biegały po ulicach z drewnianymi pistoletami krzycząc "tratatata". W gazetach wielkie odliczanie. "Jeszcze 45 godzin do wojny" brzmiał nagłówek pewnej popularnej gazety. Każdy reporter starał się coś powiedzieć nowego o nadchodzącej wojnie, wszystko bardzo dobrze się sprzedawało. Najlepiej szły maski przeciwgazowe, pistolety na wodę dla dzieciaków, apteczki oraz sztuczna krew. Każdy w napięciu czekał na przebieg wydarzeń. "Wojny nie będzie" - ktoś rozpuścił plotkę. Wszyscy byli przerażeni "Jak to nie będzie?" pytał ktoś. "Odwołali" ktoś odpowiedział. Najbardziej na wojnę czekali chyba mężczyźni, nie mogli się doczekać kiedy dostaną przydziałowe ubranie wojskowy, karabin. Każdy prawdziwy facet zastanawiał się, czy będzie dowódcą batalionu, czy może czołgistą. 
Był ciepły, letni dzień. Wojna się zaczęła o umówionej godzinie. Odbyła się honorowa bitwa. Zginęło tylko 24 ludzi, trochę mało jak na pierwsze ofiary wojny. Wdowy po zabitych z dumą chodziły po mieście, chciały się pokazać. Wszyscy im zazdrościli. 
Jeszcze przed wybuchem, dowódcy omówili linię frontu. Była już ustalona, wystarczyło tylko z całą armią stawić się o umówionej godzinie. Nie było podziału na narody, każdy mógł wybrać swoją stronę. Byli atakujący i broniący się. Siły były mniej więcej wyrównane.
Gdy wszyscy już stawili się na linii frontu, zaczęło się. Kanonada, armaty, czołgi, samoloty. Wszystko szło w ruch: gazy bojowe, granaty ciężka artyleria. 
Żołnierze dostawali medale. Im bardziej ktoś soczyście przeklinał na linii frontu, dostawał lepsze odznaczenia. Jeżeli komuś udało się zabić przeciwnika, dostawał nowy karabin, lub lepszy przydział. Zabawy było co niemiara. 
Koledzy śmiali się z rannych kolegów, często też żołnierze z tej samej strony dla zabawy strzelali do siebie. Im więcej ktoś miał ran, tym wyżej awansował. Oczywiście do pułkownika, wyżej już się nie dało. 
Umówione się, że wojnę wygra ten kto będzie miał więcej pułkowników w swoich szeregach. 
Po kilku dniach walki, gdy już im się znudziła urządzono obozy koncentracyjne. Oczywiście tylko atakujący mogli mieć takie obozy. Trzymali tam ludność cywilną, która zgłaszała się na ochotnika. Najbardziej śmiałych palono nawet w piecu. Inni mieli wieczory zapoznawcze przy ognisku, piekli kiełbaski, śpiewali. Zrobili sobie zdjęcia zarówno zbiorowe jaki i indywidualne. Darmowy fryzjer, wyżywienie czego chcieć więcej?
W końcu jakiś generał wpadł na ciekawy pomysł - możeby tak użyć bomby atomowej? Czemu nie? Pozostawała kwestia która strona miała jej użyć. Umówiono się, że skoro strona atakująca ma obozy koncentracyjne, to druga strona będzie miała bombę atomową. Mieli ją zrzucić na największe miasto wroga. 
Wraz z zrzuceniem bomby miały się odbyć pokazy sztucznych ogni. 
W międzyczasie w jednym z okupowanych miast wybuchło powstanie. Z tej okazji urządzono festyn, wszyscy dobrze się bawili. Powstanie długie nie było, ale przeciwnik był zadowolony. Przynajmniej była okazja by poświęcić więcej żołnierzy.
Gdy bomba już wybuchła, gdy osiągnięto już liczbę pułkowników-kalek przez stronę broniącą się, przerwano wojnę. Ogłoszono remis.

Nic już nie będzie tak jak przedtem...


-----------------------------------
Wojnie - NIE!

Lenny (pacyfista)   (lennyv@poczta.onet.pl)

Nysa, 17 czerwca 2003 r, 15:46