Pospolity

Może to złe słowo. Określiłbym się jako dziwak. Tak, dziwak ze mnie. Patrząc na siebie samego i porównując z tym światem, z tymi czasami w których żyję uświadamiam sobie, że do nich nie pasuję. Świat pełen przemocy, erotyzmu i walki o stołek to chyba nie jest świat dla mnie. Czy inne czasy byłyby dla mnie lepsze? Nie wiem, nie umiem zobaczyć siebie samego w czasach średniowiecznej Polski, baroku czy odrodzenia. Nie odpowiada mi czas międzywojenny, czy okresy zaborów. Prawdopodobnie gdyby ktoś na górze umieścił mnie w którymś z tych okresów to żaliłbym się tak samo jak teraz. 

Nie umiem odnaleźć się w tym okresie. Okresie zarazem pięknym i strasznym. Pięknym, bo żyję w największym rozwoju nauki, praktycznie nie zagraża mi żadna ciężka choroba, na wiele się pozwala młodym ludziom. Jednak ten piękny, świecący medal ma swoją drugą stronę. Oblicze morderstw, pobić, gwałtów, które mogą cię spotkać za każdym ciemnym rogiem. Dlaczego ktoś miałby cię mnie zabijać? Z prostej przyczyny chęci posiadania komórki, czy 10 zł. Może mnie chcieć zabić za moje przekonania, czy wygląd. A kimże ja jestem? Nie jestem punkiem, nie noszę czarnej skóry i długich włosów, nie chodzę w dresie, nie mam poprzekłuwanych części ciała, nikomu nic nie zrobiłem, nikogo nie okłamałem czy pobiłem. Czuje się dziwakiem. Każdy należy do jakieś grupy. Mogą to być wspomniani już metolowcy, puncy, dresiarze. Nie jestem blokerstem, szalikowcem czy członkiem klubu "Twoja książka". Nie należę do żadnego klubu sportowego, nie chodzę na siłownię czy pakernię, nie jestem nawet hackerem, crackerem, piratem czy informatykiem. Jakby tak wyliczać to nawet plagiatorem, lamerem lub zwykłym zielonym. Jestem czymś pomiędzy, pomiędzy dupą a gównem. 

Dziwak ze mnie? W pewnym sensie tak, ale patrząc z innego punktu widzenia to jestem zwykłym szarym człowieczkiem. Gdyby na koniec świata postawić wszystkich ludzi na ziemi, to wyglądałoby to jak reklama dezodorantu lub samochodu. Stałaby szara zbita masa, a tylko gdzie niegdzie wyglądałyby kolorowe twarze artystów, malarzy, pisarzy, poetów, punków, hackerów i innych ludzi, którzy byli JACYŚ, byli kolorowi, pełni, ciekawi. Ja niestety nie różniłbym się od zbitej masy szaraków. Ludzi, których dewizą było: "nie wychodź przed szereg", albo "lepiej wiedzieć trochę o wszystkim niż wszystko o jednym". Byłbym wśród tych, którzy niczego nie dokonali, nie pozostawili po sobie nic szczególnego. Zapłakały po nich tylko ich rodziny. Nie chce być taki nijaki. Chce dokonać czegoś szczególnego, czegoś, co za kilkadziesiąt lat wziąłbym zupełnie obcy mi człowiek, popatrzył i pomyślał o mnie. Wynalazcy nigdy nie umrą. Ich nazwiska zawsze będą figurować w lekturach, encyklopediach czy gazetach. Ludzie będą ich wspominać. Będą żywi tak jak Bell, Edison czy o wiele od nich starszy Kolumb.

Właściwie to już zapisałem się w małej historii AM czy CDA. Pisząc ten tekst jestem częścią magazynu. Mój tekst został na stałe zapisany na płycie. Być może za kilkadziesiąt lat, ktoś weźmie taką płytę włoży ją do czytnika i przypadkiem trafi na mój tekst. Zamyśli się nad nim przez moment i pomyśli, że temu facetowi się udało. Tutaj jestem jednak wśród dziesiątek ludzi, którzy myślą i robią podobnie. Aby zapisać się w historii trzeba dokonać czegoś wielkiego, stworzyć coś jedynego w swoim rodzaju, niepowtarzalnego. Aby zapisać się w historii można też zginąć śmiercią tragiczną w jakimś przerażającym wypadku czy na wojnie. Ale taka chęć zaistnienia jest już chyba chora. To prawda, że żołnierze mają piękny pogrzeb, pamięta się ofiary zamachów terrorystycznych, może nie z imienia i nazwiska, ale pamięta się "o tych co zginęli w WTC".

Są niewielkie szanse bym kiedyś coś takiego dokonał, by dzieci w szkołach uczyły się mojego imienia i nazwiska. Oczywiście nigdy nie należy siebie przekreślać, ale czy warto żyć złudnymi marzeniami o sukcesie, o byciu znanym i niepowtarzalnym? Właściwie to nie chodzi mi nawet o to, aby ludzie rozpoznawali mnie na ulicy. Równie dobrze mogę być doceniony po śmierci. 

Na razie jestem zwykłym szarym nastolatkiem, chodzącym do liceum, mającym czarne włosy i brązowe oczy. Spośród innych nastolatków chodzących do szkoły, mających czarne włosy i brązowe oczy niczym się nie wyróżniam. Nikt się ze mną nie liczy. Jestem jak bohater z filmu dla dzieci "Mrówka Z" - sam jako jednostka nic nie znaczę. Dopiero kilku takich jak ja, ma siłę. "Gdybym był chamem ze sztachetą to ktoś by się ze mną liczył", a tak? Potrzeba 100.000 ludzi, aby mogli wprowadzić propozycję do nowej ustawy w Sejmie. To tak jakby jeden człowiek nie miał racji. Może właśnie dlatego ludzie łączą się w grupy by być silniejszymi. To dlatego najczęściej ofiarami napadów czy pobić są samotne jednostki, nie potrafiące się obronić, bo przecież same nic nie znaczą. Nawet aby być "mięsem armatnim" trzeba zbierać się w kupę. 

Ktoś może sobie teraz o mnie pomyśleć, że mam wielkiego doła, albo jestem strasznym pesymistą. Musicie jednak wiedzieć, że takie myśli pozwalają na zastanowienie się nad samym sobą. Pozwalają wytknąć błąd bez udziału drugiej osoby. Gdy wiemy co nas boli możemy temu zaradzić, ja więc będę próbował być kimś innym. Problem polega jednak na tym, że mi taki stan rzeczy zbytnio nie przeszkadza. Radzę każdemu zastanowić się nad samym sobą, bo można dowiedzieć się o swojej osobie wielu ciekawych rzeczy.

Dishman

dishman@poczta.fm

PS. Tekst ten jest bardzo egoistyczny, ale jak już pisałem, człowiek potrzebuje takich tekstów.