O Karze, pt II



Jako obiecałem, tako się stało. Oto macie „O Karze, pt II”. Tym razem pomyślimy o karze PO ŚMIERCI związanej z postępowaniem jednostki za życia. Wiele religii straszy nią swych wyznawców. Twierdzą „Jeśli nie będziesz XXX, to po śmierci czeka cię kaźń w piekle!!!” – niezależnie czy XXX znaczy pomaganie innym ludziom, czy też dawanie na tacę tłustych sumek.

W poprzednim artykule napisałem, że aby kara była skuteczna, musi następować bezpośrednio po grzechu – a jakoś nie słyszałem, by jakaś boska ręka karała niegodziwców za ich zło. Zatem kara po śmierci ma już jedną wadę – jest wymierzana nie wtedy, gdy trzeba.

Dalej - nie wiemy, co dzieje się z człowiekiem po śmierci, ale dla dobra tychże rozważań zakładamy teraz , że jego ciało ulega zniszczeniu, a dusza trafia we władzę bóstwa. Tak, trafia we władzę bóstwa, ale czy będąc w owym stanie jest jeszcze w stanie kogoś skrzywdzić? Znowu nie znamy na to odpowiedzi, ale założymy, że już zła wyrządzić nie może. Zatem skoro nie ma już możliwości krzywdzenia innych, to bezsensowna staje się kara, która wszak ma na celu nie dozwolić do zadawania cierpienia i nauczyć jednostkę, że uczyniła zło – są bowiem inne sposoby na ukazania dobra jednostce, niźli kara.

Ale co, gdy założymy, że osoba po śmierci nadal może krzywdzić innych? Taaak, w takim wypadku sroga kara mająca odstraszyć delikwenta miałaby już sens, niewielki bo niewielki, ale zawsze. Czemu niewielki? Bo czy będąc potężnym bóstwem nie lepiej by było użyć jakichś innych sposobów na „resocjalizację”? Istnieją lepsze wyjścia niż kara.

O tym, że kara jako nieskończona straszliwa kaźń bez wyjścia jest bezsensowna i fałszywa to idea mająca na celu manipulowanie masami nie mam zamiaru wyjaśniać – nie chce mi się pisać wykładu, czemuż to niebo jest niebieskie:) Dość powiedzieć, że celem kary nie jest (a przynajmniej nie powinno być) zadanie cierpienia, a zmiana duszy człowieka na lepsze. Rozumiecie zatem, czemu wieczne potępienie nie ma większego sensu.

Zresztą jest jeszcze kolejny problem: otóż załóżmy, że pewien człowiek przeszedł już karę z ręki bóstwa i została mu zwrócona wolność, ale dostał także ostrzeżenie, że jeśli dalej będzie zadawał cierpienie, to zostanie BEZZWŁOCZNIE ukarany – i teraz nie krzywdzi innych tylko dlatego, że boi się kary. Zaś gdyby kary nie było, to wcale by się nie przejmował tym, co inni czują – nie miałby żadnych skrupułów. I kara znowu staje się pod znakiem zapytania, bo nie nauczyła człowieka dobra – a o to właśnie chodzi w karze po śmierci. A zatem musi przynajmniej być związana owa kara także z jakimś nauczaniem o dobru, bo inaczej to nie ma większego sensu.

A teraz kolejny problem – niektórzy ludzie uważają, że istnieje przeznaczenie. Wielki błąd. Ludzkie życie leży w ludzkich rękach – i tylko w nich. Jeżeli by człowiek miał tylko odgrywać rolę wcześniej zaplanowaną z góry i nie mógł na nią nijak wpłynąć – tedy cała ocena moralna jego życia stawałaby się nieuzasadniona: jeżeli jego los został już ustalony, to nie miał na niego żadnego wpływu, a zatem to nie jego wina(ani też zasługa) za to, jaki jest. Zatem istnienie przeznaczenia zabrałoby nam prawo do osądzania innych – tak samo bóstwu nie wolno by było tego robić, ponieważ człowiek wypełniał tylko jego plan, a nie działał z własnej inwencji.


W związku z tym, że Polska to kraj o 95-procentowym stężeniu religii katolickiej wypadałoby zająć się i tą kwestią z punktu widzenia chrześcijaństwa.
O tym, że przeznaczenia nie ma, już udowodniłem, toteż teoria kalwinistów, iż ludzie dzielą się na wybranych do zbawienia i na zatracenie jest w oczywisty sposób fałszywa.
Jeśli chodzi o samą doktrynę Krk, to wszyscy mniej więcej wiemy, na czym ona polega – a jeśli nie wiemy, to pytamy się księdza:) Ale warto wiedzieć, że nie wszyscy teologowie są w tych kwestiach jednomyślni Choć większość z owych teologów, to postępowi teologowie protestanccy, to znajdzie się i kilku katolickiego pochodzenia.
W Polsce najsłynniejszy jest chyba Roman „Jonasz” Kotliński, ów człek, który odszedł z Kościoła, bo nie mógł znieść zła i zepsucia w nim panującego. Napisał on trzytomową serię „Byłem księdzem”, która stała się od razu bestsellerem – ale odchodzimy od tematu. Cóż Jonasz wyteologizował? Oto doszedł on do wniosku, że piekła nie ma, a wszyscy ludzie dostępują zbawienia. WSZYSCY, włącznie ze złymi. Ale ci źli w zetknięciu z ogromem bożego miłosierdzia i miłości zmieniają się i doznają zrozumienia dobra – dostrzegają swoją żałosność i głupotę, swe spaczenie z powodu zła i w wyniku tegoż przechodzą na stronę dobra. Zaś ich kara polega na wiecznym poczuciu winy i gryzącym sumieniu, które nie pozwala im w pełni radować się zbawieniem. Ale o wiecznej kaźni w piekle nie ma mowy!!!
Zaś jeśli chodzi o zagranicznych teologów, to chyba najbardziej znanym jest holenderski dominikanin, Edward Schillebeeckx – nie znam dokładnie jego zdania na ten temat, ale jedno jest pewne: uważa on, że ludzie o czarnym sercu po śmierci są unicestwiani, a nie torturowani po wieczność w piekle. Ot co.
Chyba nie muszę mówić, że biały papa patrzy na tego pokroju teologów wielce nieprzychylnym oczkiem.

No, to tyle. Trzymcie się i pamiętajcie, że jedno jest pewne: piekło nie istnieje, a Bóg nie jest sadystycznym okrutnikiem.

Del

dhellan@op.pl