Art o dresowych spodniach

Tak się zdarzyło, że kiedy wracałem ze szkoły, złapał mnie deszcz. A właściwie potężna ulewa, z takimi dodatkowymi atrakcjami, jak grad i zimny wiatr. Kiedy wróciłem do domu, byłem przemoczony - zupełnie, jakbym wskoczył do rzeki. Jako że nie było pod ręką innej pary spodni (całe suszące się pranie zmoczyło się w deszczu :) sięgnąłem do szafy i... moje stare spodnie. Moje stare, dresowe spodnie. Włożyłem je.

Przez ostatnie lata nie chodziłem w niczym innym, jak w dresowych spodniach; oczywiście w zimie należało ubrać jakieś cieplejsze... ale też były to dresowe spodnie :) Ale najlepiej było chodzić w takich spodniach w wakacje.

Nie uznaję krótkich spodni. Dziecięciem małym będąc, rzecz jasna, chodziłem w takich; ale kiedy uzyskałem jako taką samoświadomość, unikam spodni, których nogawki kończą się zdecydowanie powyżej kostek. Pamiętam, jak w podstawówce pewien współklasowiec, w czasie rekolekcji wtargnął do kościoła; a że wchodząc perorował z kimś zajadle przeklął dość szpetnie w domu bożym. Wszyscy odwrócili się, coby spojrzeć na niego; a on był w krótkich spodniach. W marcu, gdy jeszcze sporo osób było jeszcze w kurtkach... Wtedy pomyślałem sobie, że nigdy, nie zmuszony do tego zewnętrzną koniecznością, z własnej woli nie ubiorę krótkich spodni. Nawet w lecie. Wpadłem kiedyś do kumpla, w lecie roku 1999 (bo w tym roku właśnie do tego kumpla wpadałem). Patrzę, a on w walce z gorącem jeno w samej bieliźnie był (oczywiście niezwłocznie się potem ubrał). Gdyby mnie kumpel zobaczył w samych majtasach, to czułbym się zażenowany do końca życia. Dlatego nawet gdy w południe termometr pokazywał 40 stopni temperatury powietrza, ja chodziłem w długich, dresowych spodniach.

Zapewne niejeden teraz powie - przecież to nie ma sensu. Jak dla kogo. Dla mnie ma - chodzi o zasady. "Zasady są niepotrzebne", "no rules", sztuczne ograniczanie się, nawet jeśli chodzi o tak błachą sprawę. Ale w ten sposób człowiek może zahartować swój charakter. Co z tego, jeśli będziesz sobie folgował bez umiaru - kiedyś może tego zabraknąć - i co zrobisz? Powiesisz się? Może Twój ojciec jest właścicielem dużego przedsiębiorstwa i w związku z tym Ty nie musisz się martwić o przyszłość. Heh, powodzenia - przepić, stracić pieniądze można w jednej chwili. A od czego wyszliśmy? Od banalnej, debilnej sprawy noszenia dresowych spodni w lecie. Od małych rzeczy zaczynasz budować rzeczy duże. Z malych cegieł budujesz duży dom. Ze swoich zasad budujesz swój charakter, swoją osobowość. Swoją wyjątkowość.

***

Co jeszcze, oprócz spraw wspomnianych powyżej, mogły wnieść w życie dresowe spodnie? Wspomnienia. Tak, wspomnienia. Wyobraźcie sobie taki hardkor - mieszkacie w mieście, w związku z czym żadnych większych prac nie ma. Nie jest to duże miasto, więc jedyną jakąś tam rozrywką jest kino. Na kino kasy nie ma. Wszystkie gry, jakie macie, już dawno przeszliście na wszystkie sposoby. W telewizji żadnych ciekawych filmów, wszystkie książki w domu już dawno przeczytaliście, w bibliotece wszystko pożyczone, nawet (zwłaszcza!) saga o Wiedźminie, która jakoś przedtem leżała odłogiem na bibliotecznych regałach. Nic, pustka, próżnia intelektualna. I wtedy niezagłuszany umysł zaczyna myśleć. Tak było też i ze mną. Z tego całego myślenia popadłem nawet w małą depresję; snułem się z kąta w kąt, nie wiedząc, czym się zająć. I wtedy zaczęły przychodzić mi do głowy, pamiętnego lata 2001, Pomysły. Tego lata Wisła Kraków toczyła ostre boje z Barceloną, tego lata zacząłem słuchać regionalnego radia, tego lata zacząłem pisać i rysować. Wstawało się, brało się jakąś deskę, rozkładało się na niej kartkę, brało się ołówek; siadało po turecku na łóżku, włączało radio i zaczynało rysować. Oczywiście nie oszukujmy się - pierwsze próby były gorzej niż złe. Ale stopniowo, powoli... Pół wakacji siedziałem nad moim pierwszym komiksem. O czym on był, tego wyjawić nie mogę, bo wstyd :) Ale na pewno nie było nudno. Kiedy tak siedzisz sam na sam ze swoim umysłem. Nie przez godzinę, dwie, ale przez miesiąc. Przechodziłem rozmaite etapy, jeśli chodzi o psychikę - depresja, euforia... czasem, bez żadnych środków wspomagających, odlatywałem, żeby wrócić na ziemię z jakimś nowym pomysłem. Kiedy w końcu postawiłem ostatnią kreskę tego komiksu... mimo, że cały czas tylko siedziałem, byłem wyczerpany. Dyszałem z wysiłku, nawet się wtedy nieco przestraszyłem... Ale komiks był skończony. Coś osiągnąłem, jakiś mój zamiar, plan został wypełniony; jakaś ambicja była zaspokojona. Wróciłem do życia. Jedyną małą odskocznią w tych dniach było wspomniane radio i prowadzona tam audycja "piosenki na życzenie". Należało się dodzwonić i poprosić dj-a o utwór; potem czekało się chwilę, aż poprzednia piosenka się skończy i powiedzieć do telefonu swoją dedykację "na żywo". Wtedy można było powiedzieć cokolwiek - i tak też robiłem :) Wkurzałem wtedy wielu ludzi :) (zwłaczsz miłośników Ich Troje :)Ale że nie było nic wulgarnego, a "tylko" niepoważnego ("pozdrawiam wszystkich zasmuconych odejściem ministra Bauca") więc nawet zakumplowałem się dj-em z radia (o ile można się zakumplować słysząc się kilka minut dziennie przez telefon). No i hymn wakacji 2001, utwór Scootera "How much is the fish", o który poprosiłem w przełomowym momencie... Ten zapomniany utwór, który kołatał się w mojej głowie kilka lat, w końcu usłyszany w radiu; każdy słuchający radia w tym momencie też ten utwór słyszał, tego gorącego letniego popołudnia... Ja też siedziałem i słuchałem, mając na sobie, mimo ogólnego gorąca, dresowe spodnie...

Wszelakie komentarze (ta, jasne, komu by się chciało to komentować...) prześlij proszę na adres: mariuszsaint@interia.pl.

Napisał:

Mariusz Saint