Kolejny dzień z mojego życiorysu... ucieka, umyka niczym pustynny piasek przepuszczony przez niezgrabne ręce. Ręce zapracowane, nikłe, niezdolne do karkołomnych pasaży po gryfie gitary. Gitary modelu UV77MC. Jak i każdej innej. Tu bardziej liczy się "feeling". Wzmacniacz też sprzedany - czeka już na nowego własciciela. Po co mi te długasne włosy, zapuszczane przez zaledwie 5 krótkich, jakże krótkich wiosen, pozbawionych "życia". Nie, przecież tak nie było. Wszystko zaczęło się...
Szkoła. Sala 32. Czuć zapach... starych map "od historii". Ludzie rozsiada się w nadziei, że spędza tu 4 lata totalnego nieróbstwa, olewania "wszystkiego po trosze". I nie myla się. Wsród grona nowych "nabytków" liceum jest Adam. Nikły blondynek z długimi włosami. Jest też drugi. Też na A. Też Adam. Jest gruby aż nadto. Paczek. Wyróżnia go poczucie wyższosci nad "innymi" (bynajmniej nie niepełnosprawnymi - oj nie).
Od poczatku dawał do zrozumienia, że jest tu panem. Ot, taki sobie... zbój (?), pyszałek, pogromca długich włosów, wszystkiego co inne - w dobrym tego słowa znaczeniu, oryginalne. Ja zawsze taki byłem. Po prostu. A że oni tego nie umieli zrozumieć... Nikt i nic nie mogło mnie zmienić. Próbowali i to na wiele sposobów. Prawili głupie uwagi na każdym kroku, grozili, nawet dochodziło do bójek w szatni. Że niby ja jestem gorszy, bo noszę długie włosy, jestem słaby fizycznie, słucham takiej a nie innej muzyki?! Cos chyba nie tak...
W takiej atmosferze - czytaj strachu i zagrożenia - doszedłem do trzeciej klasy. Nie wiem czy przełomowej w mojej uczniowskiej, badz co badz, karierze. Złe stosunki z kolegami pogłębiały się coraz bardziej, a nikt tego nie raczył zauważyć. Może chcieli widzieć to, co im się (klasie) podobało?! A może to wszystko im się podobało?!! To całe szarganie mojej osoby. Ból, bynajmniej nie fizyczny, ból, jakiego nigdy będac dzieckiem nie doznawałem przeszywał moje wnętrze. Najgorszy z najgorszych - psychiczny. Gdy zadany, nie widać ran, bo sa ukryte. Wewnatrz. W srodku. We mnie, w Tobie, drogi czytelniku.
Depresja... Kiedys nadchodzi taki okres w życiu niejednego mieszkańca planety o ładnie brzmiacej nazwie - Ziemia. Kiedys... I to może zdarzyć się każdego dnia. Z różnych powodów. Jednemu odchodzi osoba, która kochał, drugiemu wali sie życie, bo nie ma na nie srodków (brak pracy). Trzeci nie umie znalezć dla siebie miejsca na swiecie, a czwartego koledzy gnębia, bo się wyróżnia. Tak... taka prozaiczna historia. I nie muszę dodawać, że jestem niskiego wzrostu i nie mam mięsni podobnych do Shwartzenegera.
Jazda - tak to mogę nazwać. Jazda na zwolnionych obrotach. Nie będę się tu wdawał w szczegóły, bo po co? Każdy kto to kiedys przezył wie, jak to jest, a temu komu nie dane było tego doznać raczej nie polecam :-). A to z dwóch powodów. Po pierwsze: chyba nie chcesz, drogi czytelniku, wygladać jak zmutowana kura obudzona uderzeniem młotka o 1 minut 02 w nocy? A drugie... to zostawię dla nielicznych. A może chcesz się dowiedzieć??
Na szczęscie mogę cieszyć się z tego, że żyję. Życie jest najcenniejszym darem. I Ty o tym wiedz, kuszony czasem samobójstwem.
Ps. Zastanawiam się po tych latach spędzonych z kolegami w jednej ławie szkolnej, jaki mieli interes, by mi tak dogryzać. Idioci? Przeszło im. W przyszłym roku szkolnym matura, może spoważnieli, może to zasługa innych ludzi, ale jedno jest pewne - jestem soba i z tego się cieszę.
Acidzik
Chcesz napisać? Wal smialo. Na pewno odpowiem.
http://grzegorzskawinski.w.interia.pl - moja strona
Podczas bazgrania słuchałem nastepujacych wykonawców:
Batalion d'Amour - 55 Minutes Of Love,
Collage - Moonshine,
Steve Vai - Passion and Warfare,
Guess Why - Road To The Horizon.