Jest to opowiadanie, które mówi o dalszych losach głównego bohatera książki pt. "Latarnik". Można to opowiadanie wykorzystać także, jako własne opowiadanie, z własnymi bohaterami, ale wtedy trzeba zmienić imię i nazwisko Skawińskiego oraz tytuł.
Smoothguy (gohan_marcin@poczta.onet.pl)
I
Skawiński był pechowcem. Podróżując po całym świecie znajdował wiele prac,
ale wszystkie zakańczały się porażką. Pracą, która powinna skończyć jego tułanie
się po świecie, miała być praca latarnika. Przy kanale Panamskim, w mieście
Aspinwall stała latarnia, którą miał zapalać na noc. Niestety i ta praca nie
wypaliła Ostatecznie znalazł się na pokładzie statku, idącego do New Yorku
Jedyną jego pociechą była książka, którą dostał, gdy pracował w
Aspinwall.
Gdy Skawiński dopłynął do New Yorku, udał się na poszukiwania
mieszkania. Wynajął jednopokojowe mieszkanie z kuchnią i łazienką. Było małe,
ale przytulne. Postanowił jeden dzień odpocząć, a potem znaleźć sobie pracę.
Popołudniu pospacerował po mieście, a wieczorem, po lekkiej kolacji, czytał
książkę.
Następnego ranka udał się na poszukiwania pracy. Znalazł mało
płatną, ale wystarczającą na jego potrzeby. Został budowniczym. Mówiono, że jest
to praca fizyczna, ale nie przeszkadzało to jemu. W końcu pracował kiedyś w
kopalni diamentów. Postanowił zacząć jutro o 8.00. Ponoć budowano nowe domy w
pewnym osiedlu. Resztę dnia postanowił spędzić w domu.
- Nie za stary jesteś
na tą pracę? – pytali go na budowie.
- Jestem silnym człowiekiem. –
odpowiadał. – Poradzę sobie.
Rzeczywiście. Radził sobie całkiem nieźle.
Skończył wieczorem. Do tego czasu parę razy go zaczepiono, jednak Skawiński
starał się to ignorować. Nie lubił, kiedy wypominało się jemu jego wiek.
Minęło kilka dni zanim przyzwyczajono się do nowego budowniczego. Polak
zdążył się już z kimś zaprzyjaźnić. Tą osobą był Piotr Kowalski, pochodził z
Polski. Był wysoki i szczupły. Miał brązowe oczy i ciemne włosy. Mieszkał blisko
niego, więc często się widywali. Piotrek często pożyczał jemu książki, z Polski
przywiózł ich wiele. Byli bardzo dobrymi przyjaciółmi, często się spotykali i
rozmawiali o swojej ojczyźnie.
- Dlaczego właściwie przyjechałeś do Ameryki?
– zapytał pewnego razu swojego przyjaciela Skawiński.
- Miałem tu ojca. –
odpowiedział - Niestety zmarł kilka miesięcy temu.
- Przykro mi… - powiedział
smutnym głosem były latarnik.
- Miał już swoje lata. Przyjeżdżając tu byłem
przygotowany na to.
- Cóż, śmierć jest nieunikniona.
-
Niestety.
Obydwoje siedzieli chwilę w ciszy.
- Wiesz… - odezwał się nagle
Skawiński. - Cieszę się, że cię tu spotkałem. Jesteś jedyną osobą, z którą mogę
rozmawiać w moim ojczystym języku.
- Zawsze przecież masz polskie
książki.
- Tak, ale z książką nie mogę rozmawiać.
- No tak… - westchnął
Piotr, po czym uśmiechnął się do swojego przyjaciela.
I tak mijały dni w New Yorku. Po kilkunastu dniach od poznania się Polaków,
na budowie zdarzyło się coś strasznego. Dochodziła 18.00. Powoli kończono na
dziś pracę. Kiedy wszyscy schodzili z rusztowań, nagle zaczął padać deszcz.
Bardzo szybko zrobiło się mokro i ślisko. Skawiński był już na dole, ale
Kowalski nadal znajdował się na rusztowaniu przy czwartym piętrze.
- Piotrek!
– krzyczał Skawiński – Złaź stamtąd! Zbliża się burza!
- Już schodzę! –
odpowiedział – Czekaj na mnie!
Już miał schodzić, gdy nagle poślizgnął się na
rusztowaniu i spadł z niego z zawrotną prędkością. Wszyscy mężczyźni znajdujący
się w pobliżu, łącznie ze Skawińskim, podbiegli do niego
- Piotrek! Piotrek!
Nic ci nie jest?! – krzyczał Skawiński.
Było to jednak nadaremne, ponieważ
Kowalski odszedł już na tamten świat…
Minęło kilka dni zanim Skawiński na powrót zjawił się w pracy. Po śmierci
swojego przyjaciela stał się bardzo zamknięty w sobie. Jego jedyne słowa były
wypowiadane rano, kiedy szedł do sklepu. Były to „proszę” i „dziękuję”. Resztę
dnia spędzał w domu siedząc samotnie przy oknie i patrząc na zmieniającą się
pogodę. Na rusztowaniach zresztą też nie był rozmowny. Teraz dopiero wyglądał na
zmęczonego i starego człowieka, jednak nikt nie śmiał cokolwiek do niego
powiedzieć, a co dopiero coś obraźliwego. Zaczął się wolniej ruszać i wykonywać
swoje zajęcia. Ani razu nie widziano go uśmiechniętego. Jego koledzy z pracy, a
nawet zwykli ludzie na ulicy nie mogli znieść jego widoku. Od razu ich to
przytłaczało.
Jednak nie musieli go długo znosić. Miesiąc po tragicznym
upadku Kowalskiego, Skawiński zmarł na atak serca. Zdarzyło się to około
południa na budowie. Nie można było go uratować. Jedyną rzeczą, która po nim
została, była książka, którą dostał w Aspinwall.