W swoim pierwszym niepowtarzalnym :)
tekście napiszę o nauczycielach w mojej kochanej szkółce. Słowem wstępu wyjaśnię
parę rzeczy. Nauczycieli jak na złość mam bardzo, a to bardzo wymagających. Jak
to dyrka powiedziała na pierwszy m spotkaniu z pierwszoklasistami "Nasze
gimnazjum uczy samodzielności", różnie oj różnie można interpretować te słowa.
Prawdopodobnie uczniowie inaczej je zrozumieli i nauczyciele.
Przejdę do
rzeczy. Jedynym fajnym nauczycielem w mojej szkółce jest pan L., który
uczy wychowania fizycznego. Gościu jest świetny, jeśli chcemy grać w nogę do
gramy w nogę, jeśli nie chce się nam ćwiczyć to nie ćwiczymy. Niestety bardzo
skrupulatnie obserwuje nas z tego co robimy i ocenia nas też z zachowania.
Niektórzy "sportsmani" ;) byli bardzo zdziwieni gdy okazało się, iż na półrocze
wychodzi im trzy.
Następnym nauczycielem, który także lubi oceniać nasze
zachowanie jest "Modliszka" od Religii. Pewnie niektórzy myślą czemu daliśmy jej
takie głupie przezwisko, otóż ona ma takie wielkieee oczy. Katechetka
zapowiadała się być fajna. Lecz po trzech miesiącach pokazała rogi. Wymagała od
nas coraz więcej i więcej, aż przegięła i coś strzeliło. Po siedmiu miesiącach
nauki mogę powiedzieć, że w mojej klasie nikt za bardzo lubić jej nie lubi, a
ona nas coraz bardziej dręczy, coraz bardziej zadaje, co najmniej jakbyśmy mieli
Religię na maturze :)
No właśnie jeśli już jesteśmy przy maturze - na
maturze będziemy mieć J. Polski, który jakoś nikomu nie przypadł do gustu,
szczególnie z panną N. Wyobrażacie sobie taką pannę, która pyta od
początku roku szkolnego (jest 25 kwietnia, a ja mam już prawie 2 zeszyty
zapisane - prawie 180 stron!). Rzadko kiedy ktoś dostaje "pięć" z odpowiedzi, a
tym bardziej z dyktanda lub wypracowania. Wspominałem, że N. jest wstrętna z
wyglądu? Nie? To już wspomniałem. Po prostu polski jak dla mnie to istne piekło,
w którym będe jeszcze 2 lata :<
Opiszę jeszcze chemicę, która od kilku
dni w mojej klasie jest nazywana "Wiedźma". Na sprawdzianie nikomu sukcesywnie
nie udało się ściągnąć, choć krążyły plotki, że takiemu jednemu kiedyś ta sztuka
udała się, ale słuch po nim zaginął. Taka chemica, która jest po pięćdziesiątce
ma swoje dobre strony np. iż na jej lekcjach zadań domowych nie trzeba odrabiać,
gdyż nigdy ich nie sprawdza. Sprawdzałem w klasach starszych i mówili, że u nich
nie sprawdzała nigdy. To przynajmniej jeden mały plusik...
Ciekawe kto by
chciał się przenieść do takiej szkoły w której praktycznie nie ma wyluzowanych
nauczycieli (zdarzają się wyjątki, lecz pojedyncze). Reszta nauczycieli nie
należy też do fajnych, lecz do tych ekhm... nie będę przeklinał bo dzieci śpią
:>
Zszywacz
PS.
Przy pisaniu niczego nie słuchałem bo mi się głośniki zepsuły.
PS2. Czekam na
wyzywanie mnie przez maila, że ten tekst jest do bani...
PS3. Wbrew pozorom
jestem optymistą :)