|
Klucznik
Była głęboka noc.
Mały, wiktoriański dworek, duma i chluba rodziny Gardnerów, pogrążony był w ciszy i spokoju. Nie słychać było panicznego szczekania przerażonego psa, nie wyli wilcy, gałęzie pobliskiego dębu nie kołysały się zaś upiornie. Wiatr nie jęczał i nie huczał, a furtka, naoliwiona, nie skrzypiała złowieszczo. Bestia nie wychynęła z morza, głów siedmiu nie miała, takoż dziesięciu diademów, a i imion bluźnierczych nikt jej za szyje nie przywiesił. Sprawiedliwy nie złamał Ostatniej Pieczęci, śpiący rycerze nie zbudzili się pod Giewontem, Kościeje zaś nie powstały z grobu wiedźmom na uciechę, a ludziom na pohybel. Nie posłyszano grzmotu pioruna, nie było błyskawic, księżyc nie miał krwistego odcienia. Nie było nawet pełni.
Było tak cicho i spokojnie, że coś zwyczajnie wydarzyć się musiało.
W ciszy i spokoju, w gwiaździstą, kwietniową noc, Heathcliff Gardner przeżywał właśnie największy koszmar swego dotychczasowego, ponad dwudziestoletniego życia. Koszmar, którego nigdy nie miały pochwycić łapczywe kamery wzrastającego dopiero w siłę kalifornijskiego Hollywood. Zresztą, strata mała - żaden horror bowiem nie odzwierciedliłby stanu, w jakim znajdował się młodzieniec. Jego własny, osobisty thriller straszniejszy był bowiem od wszystkich tych pół śmiesznych, pół makabrycznych amerykańskich produkcji.
Dużo straszniejszy, bo cholernie prawdziwy.
"Jezzzu Chryste... Takie rzeczy przecież się nie zdarzają! Po prostu, do ciężkiej cholery, się nie zdarzają!" - pomyślał dwudziestolatek, po raz wtóry podnosząc się z wygodnego, przedwojennego fotela stojącego pośrodku staromodnie umeblowanego gabinetu dziadka Bernarda. Po czem, rzuciwszy wpierw w stronę biurka nerwowe spojrzenie, opadł na niego z powrotem, bez sił.
Zawsze lubił tu przesiadywać. To znaczy: zawsze, gdy był dzieckiem. Było tu tak... domowo? Cały pokój pachniał wszak indyjską, kolonialną herbatą, dziadek Bernard siadywał zaś przy swym biurku i - pisując korespondencję - opowiadał historię z czasów wojny.
'Z czasów pierwszej wojny.' - poprawił sam siebie Heathcliff.
Pokój pachniał herbatą, dziadek zaś odkładał stare pióro i skubiąc swoje bujne, sumiaste wąsy mówił o życiu na froncie. O krwawej, nieludzkiej rzezi pod Verdun. O bohaterskiej szarży znad Sommy. O tym, jak w czasie kontrataku niemieckiej piechoty stracił dwa palce. O tym, jak sam Jerzy V wręczał mu medal za waleczność.
Gdy przypomniał sobie tamte chwile, zrobiło mu się niedobrze. Już nigdy tutaj nie przyjdzie. Nie po tym, co wydarzyło się tej nocy...
Przecież takie rzeczy się nie zdarzają. Nigdy jemu... Nie w tej rodzinie...
Byli przecież rodziną z tradycjami! Mieli herb, pochodzili ze starego, szlacheckiego rodu. Niezbyt - zwłaszcza ostatnimi czasy - majętnego, ale za to bardzo poważanego. Bohaterstwo dziadka zbliżyło ich nawet do dworu królewskiego. Ojciec, nim zmarł, często bywał w pałacu windsorskim, matka - nieżyjąca od ponad piętnastu lat - była daleką krewną walijskiej gałęzi rodu Windsoru. On także mógłby prawdopodobnie liczyć na jakąś ciepłą, państwową posadę.
Wszystko dzięki bohaterstwu dziadka.
Heathcliff uśmiechnął się kwaśno.
Podniósł powoli wzrok. Stare radio, jeden z pierwszych dostępnych modeli. Dziadek lubił go słuchać. Siadywał wtedy w tym właśnie fotelu, zapalał swoją mahoniową fajkę i podkręcał dźwięk. A potem zaś, zmarszczywszy brwi, uważnie przysłuchiwał się wiadomościom. Dziadek był ciekawy świata.
'A teraz świat przyjdzie do niego' - pomyślał gorzko. Cholerni łowcy sensacji! Pasożyty! Wsze pazerne na ludzkie nieszczęście! Znaleźliby sobie tu zgrabny temat, oj, znaleźliby! Wydarzenie roku, sensację dwudziestego wieku! Szlag by ich z radości trafił, ślinotoku by z podniecenia dostali... ale nie dostaną! Już on się o to postara... Przecież obiecał.
A przyznać trzeba, że sprzątnie im sprzed nosa przednią historię. Wszak cała Wielka Brytania czeka na taką nowinkę. Na nowinkę niezwykłą, szokującą, niepozbawioną nutki skandalu. Nic, tylko na okładkę "Opowieści nie z tej Wyspy" jakąś fotkę wrzucić... Pulitzer gwarantowany.
Przecież takie rzeczy po prostu się nie zdarzają.
* * *
Duży, mosiężny klucz. Taki ciężki kawałek metalu.
Obracał go palcach. Bogate rzeźbienia. Łabędź i jakieś motywy roślinne. Chyba winogrono. Do tego mała litera W, znak kowali spod Warrington. Żadnych odprysków, żadnych rys. Stara, cechowa robota.
Duży, mosiężny klucz. Wykonany z najlepszego stopu. Takiego, który możesz obracać i obracać, trzeć go ile sił w dłoniach - a on nadal pozostanie zimny. Niewiele kuźni robiło dziś takie klucze. Swansea, Norwich, dalekie Middlesbrough. Warrington zaczęło stopy mieszać. Już nie robi takich kluczy.
Przytknął mosiądz do twarzy. Nadal zimny. Wspaniały, czysty stop.
O kluczach opowiadał mu dziadek. A w pokoju pachniało indyjską herbatą.
Klucza, którego trzymał w dłoniach, nie pokazał mu jednak Bernard Gardner, bohater spod Verdun i Sommy. Dżentelmen, który zwykł, pykając swą nieodzowną fajeczkę, przechadzać się po starym, lecz zadbanym wiktoriańskim ogrodzie. Amator prawdziwej whisky. Wielbiciel Straussa i Czajkowskiego. Człowiek starej daty, jak zwykło się mówić.
Gdy po raz pierwszy zobaczył ten klucz, było ciepłe, wrześniowe popołudnie.
* * *
Miał wówczas sześć lat, dobrze pamięta. Przyjechała do niego kuzynka ze strony mamy, Shirley, mała, filigranowa blondyneczka. We włosy wplecione miała śnieżnobiałe kokardy, na nogach niebieskie pantofelki. Na bielutkiej sukience, srebrną, błyszczącą się w słońcu nicią, wyszyta była wyraźna ozdobna litera G. G jak Gardner.
Biedna Shirley. Umarła na gruźlicę, jedenaście lat temu.
Bawili się pod starym dębem. W jedyną ponadklasową zabawę tamtych czasów. W coś, w co zwykły bawić się dzieci rzemieślników, kupców, chłopów szlachty i duchowieństwa. Choć, rzecz jasna, nigdy razem. Takie rzeczy były jeszcze za czasów Heathcliffa nie do pomyślenia. Berek, choć znany w każdym kręgu, nie łączył jeszcze stanów.
Tym razem to on gonił Shirley. Uciekała dookoła wiekowego drzewa, może niezbyt szybko, ale za to wcale zwinnie. Heathcliff zaś podążał za nią zaciekle. By nie potknąć się o żaden z wystających korzeni, pochylił głowę. 'Patrz pod nogi! - tak mawiał dziadek. Nigdy wszak nie wiadomo, co się pod nimi znaleźć może.
I znów okazało się, że dziadek miał rację. Szukając zdradliwych korzeni, znalazł mosiężny klucz. Znalazł skarb, co się zowie!
Od razu pobiegł do Gardnera Seniora. Dziadek wszak zawsze lubił przesiadywać pod starym dębem. Oczywiste było więc, że klucz należał do niego.
Byłą osiemnasta, a o tej godzinie brytyjskie radio zawsze nadawało swój - zawsze obiektywny - serwis informacyjny. Bernard Gardner zaś zawsze się owym wiadomościom przysłuchiwał. Zadbawszy uprzednio o to, by fajka była dobrze nabite, herbata zaś świeżo zaparzona.
Heathcliff nie musiał szukać dziadka. Pobiegł wprost do gabinetu.
Zwykle czekał cierpliwie na koniec informacji. Nie lubił przeszkadzać dziadkowi Bernardowi. Ten, co prawda, nie krzyczał, nie karał, ale wydawał się niezadowolony. Nie, raczej smutny. Smutny i zawiedzony. A Heathcliff bardzo się bał, że kiedyś zawiedzie dziadka.
Ale dziś nie mógł czekać. Klucz był ważniejszy. Z dumą podbiegł do Gardnera Seniora i zaprezentował swoje trofeum.
Ten uśmiechnął się, zafrapowany, i wziął je z rąk Heathcliffa. Tak, powiedział, zna ten klucz. Łabędź i winogrono. Warrington, stara, cechowa robota. Musiał mu wypaść, gdy czytając Sokratesa, przysiadł pod najstarszym z Gardnerów. Ale ma dobrego, kochanego wnuka, który zasłużył sobie właśnie na niejedną opowieść.
Heathcliff wiedział, o co chce spytać. Taki wspaniały klucz! Taki wspaniały klucz musi otwierać drzwi jakiegoś pałacu. Albo skrzynię z pirackimi skarbami. A może... a może bramę samego Windsoru?! Heathcliff już kiedyś ją widział. Była równie cudowna.
- Dziadku Bernardzie, co otwiera ten klucz? - zapytał.
Gardner Senior spochmurniał niespodziewanie. Jego brwi zmarszczyły się, twarz nabrała srogiego, surowego wyglądu. Tak właśnie wyglądają twarze bohaterów spod Sommy oraz spod Verdun. Tych, którzy wiedzą, że nadchodzi chwila, kiedy trzeba spoważnieć i sprostać wyzwaniu. Zwalczyć niebezpieczeństwo. A jeśli nie chce się z nim walczyć, trzeba przeciągnąć je na swoją stronę.
- To jest klucz od Drzwi. - odpowiedział. - Od tych, których nie wolno otwierać. Wiesz, o których mówię, prawda?
Heathcliff szybko pokiwał głową. Jak mógłby nie wiedzieć! Jak można nie wiedzieć o Drzwiach?! O wielkich, zawsze zamkniętych wrotach do sekretnego pokoiku dziadka. Do tego pokoiku, do którego nikt, poza Gardnerem Seniorem, nie miał prawa wstępu. Zresztą, nawet sam dziadek wchodził tam bardzo rzadko. Wówczas, nim ktokolwiek zdołał przyjrzeć się wnętrzu owego tajemniczego pokoiku, bohater spod Sommy i Verdun przymykał szybko ciężkie, dębowe drzwi. Zamykały się z trzaskiem, niczym brama do sekretnego wymiaru.
- Wiesz, że nie wolno tam wchodzić, prawda? - zapytał dziadek. Heathcliff ponownie pokiwał głową.
Tak, wiedział. Jeśli były to drzwi do innego wymiaru, to musiał być to wymiar wrogi. Na tyle, że tylko dziadek mógł się tam bez strachu zapuszczać. Ale dla małego Heathcliffa pokój był zagrożeniem. Jeśli tam wejdzie, coś Złego się wydarzy. Nie pamiętał, skąd to wie. Może powiedziała mu mama? Może ojciec? A może sam dziadek?
To nie było ważne. Wiedział tylko, że Drzwi przekraczać mu nie wolno.
Dziadek podniósł się z fotela. Miarowym, żołnierskim krokiem podszedł do swojego biurka. Otworzył jedną z szuflad i spokojnym, majestatycznym ruchem umieścił w niej mosiężne znalezisko. Po czym zatrzasnął szufladę, spojrzał na Heathcliffa i uśmiechnął się przyjaźnie. Podszedł do fotela, wyłączył radio, wziął sześciolatka na kolana. Przyszedł czas na kolejną historię z frontu.
Heathcliff obiecał jednak wpierw uroczyście, że klucza pod żadnym pozorem ruszać nie będzie.
* * *
Duży, mosiężny klucz. Taki ciężki kawałek metalu.
'Cholera, to naprawdę niezwykłe, jak wiele może zmienić się przez niecałą dekadę' pomyślał ze smutkiem Heathcliff, tępo wpatrując się w mosiężnego łabędzia i - równie mosiężne - winne grono. Taaaak... Jedynie klucze zdają się pozostawać niezmienne. A wszystko inne pantha rei, poszły konie po betonie. Żadne nihil novi, nic z tych rzeczy. Wszystko się zmienia.
Ale ludzie najbardziej.
Najpierw świat zaczyna zmieniać swój obraz. Wszystko staje się jakby mniejsze, zwyklejsze. Bardziej codzienne. Rubinowa broszka cioci Mary zdaje się maleć w oczach, a bezbrzeżne wrzosowiska nagle zyskują swe granice. A potem, wraz ze światem, zmienia się człowiek. Takie pantha rei do drugiej potęgi.
Inną wagę zaczyna się też przywiązywać do własnych słów. Do tych wykrzyczanych w złości, do tych wypowiedzianych szeptem, do tych zaśpiewanych przy ognisku. Inaczej się słucha i inaczej przysięga. Przysięgi zaś - te usłyszane i te wypowiedziane - traktuje się już inaczej. Nie ważne kiedy, nie ważne komu składane.
Żonie. Dziecku. Kochance.
Ojczyźnie?
Heathcliff jęknął w duchu i w bezsilnej wściekłości cisnął klucz przed siebie. Po czym ukrył twarz w dłoniach i zaczął płakać. Straszliwie. Bo długo. Straszliwie. Bo bezradnie. Straszliwie. Bo bez łez.
Klucz zaś odbił się od komody i z głuchym brzdęknięciem uderzył w drewnianą podłogę.
* * *
Wyślizgnął się z drżącej dłoni i z głuchym brzdęknięciem spadł na drewnianą posadzkę.
Zabrzmiało jak salwa armatnia. Heathcliff zaś poczuł się tak, jakby stał na linii strzału.
Serce niespodziewanie znalazło się w jego tchawicy, żołądek zaś na przemian kurczył się i rozkurczał. Przejmował jakby tym samym rolę płuc - te bowiem zastygły bez ruchu. Mięśnie dwudziestolatka napięły się, przez grzbiet przebiegły mu dreszcze, włosy na karku zaś, najzwyczajniej w świecie, stanęły dęba. W głowie zaś kołatała się jedna myśl. Ale i jej było za wiele.
A jeśli się obudził?
Heathcliff przełknął ślinę.
Wolnym, niepewnym ruchem pochylił się nad leżącym kluczem i drżącą ręką pochwycił mosiężnego łabędzia (z dodatkiem winnego grona). Drżącą prawicę przytrzymał lewą ręką, za nadgarstek. Nic nie pomogło. Nadal dygotał jak w febrze. Tak na oko drugi atak.
Jeśli to cholerstwo po raz drugi wypadnie mu z dłoni, to chyba będzie miał zejście.
Zaciskając dłoń aż do bólu, przystawił klucz do zamka.
A może się wycofać? Tak, może lepiej jest się wycofać. Dać sobie spokój, choć dziś, choć tej nocy. I wrócić tu, jutro. Albo kiedy indziej, gdy będzie lepsza okazja. A póki co odnieść szybko, szybko, nim ktokolwiek się zorientuje, odnieść klucz do gabinetu dziadka, do tej czarnej, dębowej szuflady... A potem już tylko bezpieczne łóżko i kojący sen...
Czekać na lepszą okazję? Nie będzie lepszej okazji.
A nawet jeśli będzie, to czy odważy się z niej skorzystać? Zbyt dobrze znał odpowiedź. Nie przejdzie jeszcze raz tych trzeszczących schodów, nie wejdzie do gabinetu dziadka Bernarda, nie otworzy wreszcie tej niezwykłej, tajemniczej szuflady. O wyjęciu klucza już nie wspominając.
'Swoją drogą to niezwykłe' - pomyślał - 'choć ten niezwykły, sekretny pokój, ten inny wymiar, ta Kraina Czarów, owiana jest taką tajemnicą, to przecież klucz do tego tajemniczego świata znajduje się - i zawsze się znajdował - na wyciągnięcie ręki... Dosłownie i w przenośni. Wystarczyło tylko wyjąć ten bilet do Innej Sfery i wsiąść na pokład. Tak jakby...'
Klucz zazgrzytał cicho i ugrzązł w zamku.
'Tak, jakby dziadek chciał, bym odkrył jego tajemnicę...'
Ale to nie miało już znaczenia. Klucz szczękną, klamka zaś ustąpiła. A Drzwi uchyliły się lekko.
Heathcliff wszedł do środka.
* * *
"Jeśli to jest sen, to wyjątkowo niesympatyczny."
Heathcliff stał na środku pokoju i od kilku minut przypatrywał się niezwykłemu wyposażeniu małego pomieszczenia. Umeblowane było - tak jak i reszta dworku - staroświecko, lecz elegancko. Z prawej rząd brązowych szafek. Obok nich czarne, dębowe biurko. Z lewej komoda. A na komodzie coś.
Coś. O takich rzeczach nie słyszało się ani w radiu, ani w telewizji. Prostokątne, metalowe pudło wielkości szafki z ubraniami. Z tym, bez pokrywy, którą można by było podnieść. No i nie kryło w sobie ani sukienek, ani szalików, ani nawet koszul w kratkę. Jedynie małą klawiaturkę. Jak w maszynie do pisania. Dobre porównanie! Nawet napis był w tym samym miejscu, tuż nad klawiszami.
W słabym świetle stojącej na biurku elektrycznej lampki delikatnie połyskiwały srebrne litery. Heathcliff pochylił się, potarł oczy i z trudem - jako że miał słaby wzrok - przeliterował niewyraźny napis. E.. N..
Enigma.
Nic mu to nie mówiło.
Podszedł do biurka i przyjrzał się leżącym na nim papierom. Dokumenty, był tego pewien. Stary, pożółkły papier i szarawa czcionka. Typowy maszynopis. Pomyślałby kto, że dziadek książki pisze. Pamiętniki może?
Wziął do ręki pierwszą z brzegu kartkę. Układ tekstu nie wskazywał, by były to wspomnienia z pierwszej linii frontu. Wyglądało to raczej - sądząc po rozłożeniu akapitów - na jakiś list. Na jakąś krótką, a rzeczową korespondencję.
Na raport?
Tak, co jak co, ale raport to przypominało. Wpierw nagłówek, potem wprowadzenie, omówienie i konkluzja. Cztery żelazne elementy porządnego sprawozdania według brytyjskiej szkoły tworzenia pism urzędowych. Z tym, że z językiem państwa Brytów, ów konkretny tekst miał raczej niewiele wspólnego.
'Jasna cholera' - pomyślał Heathcliff - 'to jest po niemiecku!'
Świat stracił nagle swoją ostrość i wyrazistość, a litery zaczęły skakać mu przed oczami. Całe rzędy niemieckich głosek. Tabuny umlautów. Hordy doppel S. Stada rodzajników. Wszystkie rozpoczęły przed oczami Heathcliffa upiorne, nocne pogo. Taniec śmierci, danse macabre.
Z tłumu zaś wybijał się wyraźny, zapisany kapitalkami podpis. Opatrzony staranną sygnaturą dziadka.
Der Schliesser. Klucznik.
* * *
Heathcliff szarpnął za szufladę. Nie ustąpiła.
'Co za człowiek!' - pomyślał, nie bez cienia gorzkiej ironii. 'Pokoik, za który mógłby bez żadnego problemu znaleźć się przed plutonem egzekucyjnym, zostawia właściwie otwarty, a szufladę decyduje się kluczyć!' Tak, jakby jej zamknięcie cokolwiek zmieniało! Wszak za ów plik raportów, ten leżący na biurku, można było iść wprost na przyciasny stryczek, a za podobny kryptonim - na krzesło elektryczne. Zaś owa cudaczna maszyna - czymkolwiek nie była - warta była co najmniej pół litra cykuty.
Słowem, na co jak na co, ale na umorzenie dziadek liczyć by nie mógł.
Szarpnął jeszcze raz. Bezskutecznie.
Właściwie to po jaką cholerę tak się męczy? Tej nocy widział już dość. Na tyle dużo, by nazywać siebie człowiekiem po przejściach. Brak mu tylko, psia mać, bohaterskiej blizny na policzku, kindżału w kieszeni i tradycyjnego tatuażu z kotwicy na prawym ramieniu. A już mógłby zagrać kapitana Huck'a. Albo jakiegoś innego właściciela wielce przemyślnie ukrytego skarbu...
Ukrytego? Taaak... coś bez wątpienia kryło się w tej zamkniętej na cztery spusty szufladzie. Coś, co było na tyle ważne, by ukryć to przed wszystkimi, podczas gdy reszta pokoju dostępna była na wyciągnięcie ręki. Szuflada zachowywała w sobie tajemnicę, odgradzała zawartość od reszty świata. Chroniła dziadka. Przed obcymi. Przed domownikami. Nawet... przed samym sobą?
Czy dziadek chronił sam siebie?
Tajemnica czekać nie mogła. Heathcliff naprężył się i z wszystkich sił zaczął szarpać niezwykłą szufladę.
Za szóstym razem ustąpiła, ukazując dwudziestolatkowi całe bogactwo inwentarza. W liczbie sztuk dwu.
* * *
Rewolwer. Jak Matkę Boską kocha, rewolwer!
W sumie to sam nie rozumiał, czemu się dziwił. Dziadek wszak był żołnierzem, bohaterem spod Verdun, spod Sommy. Rewolwer był częścią jego osoby, takim dopełnieniem. Naturalną częścią Bernarda Gardnera Seniora, tak jak wędka jest dopełnieniem haczyka, a haczyk ryby. Istotą istnienia. Materializacją osobowości. Przedłużeniem męskości.
Przedłużeniem męskości?! Stanowczo musi przestać czytać Freuda...
Wziął do ręki pistolet. Był stary, znać to było od razu. Pewnie jeszcze z zeszłego stulecia. Miał srebrny, bogato rzeźbiony kurek, takiż spust. Śliczną, srebrną, choć lekko zmatowiałą lufę i drewnianą rączkę. Słowem, przedni był. Przynajmniej wedle, bardzo pobieżnej, oceny Heathcliff. Heathcliff bowiem na broni się nie znał, choć strzelać potrafił.
Otworzył magazynek. Nabity.
'Rewolwer powinien być nabity!' - mawiał dziadek. 'Rewolwer to broń dżentelmenów! I tak, jak dżentelmen - zawsze gotów musi być działania! Musi bronić, musi chronić. Zawsze i wszędzie, słabych i chorych." Znaczy, ma być taką prawą ręką dżentelmena. Gotową do wymierzenia surowej, acz zasłużonej kary. Ktokolwiek by na nią zasłużył.
Ktokolwiek.
Heathcliff wyjął pistolet z szuflady i z namysłem położył go na biurku.
* * *
Zdjęcie.
Gdyby tylko dorwał fotografa, skręciłby mu kark...
W tle jakiś malowniczy, a górski widoczek. Ośnieżone szczyty, zabłąkane kozice, zielone pastwiska. I krowy, bynajmniej nie fioletowe. Świstaki, wolne, dzikie i bezrobotne, oraz pojedyncze orły szybujące wysoko nad horyzontem. Spiczaste dachy górskich domeczków, kwadratowe okienka, trójkątne zasłonki i kręgi w zbożu. Słowem: geometryczny ekoland, jak się patrzy.
Na pierwszym planie zaś dziadek Bernard. Młodszy o ponad dekadę, uśmiechnięty, wypoczęty. Ubrany w odświętny garnitur, pykający fajeczkę, pijący herbatę z porcelanowej filiżanki. Spoglądający zamyślonym wzrokiem na śnieżnobiałe szczyty. Z błyskiem w oku, z wiatrem we włosach...
Siedzący koło młodego, lecz utalentowanego austriackiego malarza.
Koło Kanclerza Trzeciej Rzeszy, Adolfa Hitlera.
* * *
Drzwi skrzypnęły cicho.
Heathcliff odłożył zdjęcie do szuflady, dziwnie spokojnie i zdecydowanie. Nie podniósł głowy. Po prostu stał, przygarbiony, ponury. Bez ruchu. Nie musiał się odwracać, by zgadnąć, kto stoi w drzwiach.
Na progu sekretnego pokoiku przystanął Bernard Gardner Senior, bohater spod Sommy i Verdun.
Stał, wsparty o drewnianą framugę. Był już starym człowiekiem, co odbijało się w jego rysach. Czoło miał pomarszczone, zmęczone oczy, spieczone wargi. Nie miał już tych słynnych, sumiastych wąsów, brak mu też było jakiejkolwiek czupryny. Tylko gdzieniegdzie ostały mu się kępki krótkich, siwych włosów.
'Heatchliff' - zaczął. - 'Ja mogę wytłumaczyć...'
Dwudziestolatek pokręcił głową.
Jego wzrok padł raz jeszcze na spoczywające w wyłamanej szufladzie zdjęcie. Na stosy tajnych raportów. Na tajemniczą, metalową maszynę. Na dziadka wreszcie.
A gdy tak patrzył jego dłoń sama gładziła miarowo chłodną lufę rewolweru.
'Chcesz zrobić to sam?' zapytał.
Gardner Senior nie odpowiedział. Spojrzał mu tylko w oczy i poważnie skinął głową.
* * *
'Jestem potworem' - pomyślał Heathcliff, gorzko przełykając kolejną, słoną łzę. 'Jestem potworem' - powtórzył, a jego ręce kurczowo zacisnęły się na oparciach fotela, tak mocno, że na przedramieniu dostrzec było można wyraźne linie żył.
'Jezu Chryste, jak to się mogło stać?!' - spytał sam siebie, a jego oczy znów nabiegły łzami. No, jak to się mogło stać?! Jak mógł zrobić coś takiego? Coś tak... nieludzkiego? Coś tak... potwornego? Coś... coś co trzeba było zrobić?
Heathcliff przełknął ślinę. Takie tłumaczenie nie pomagało...
Może to sobie perswadować do woli, ale tego, co się stało, nie odmieni. Stał tam. Stał, z chłodnym pistoletem w dłoni, na którego lufie odbijało się srebrna, księżycowa poświata. Ta sączyła się przez pobliskie okno, nadając wszystkim cieniom tajemniczą i niezwykłą aurę. Paprotka zaczynała nagle przypominać rozłożystą wierzbę, zaś wiszące na ścianach obrazy zdawały się ożywać i toczyć ze sobą sekretne, nocne rozmowy. Zegar na parterze tykał zaś miarowo, odliczając powoli upływający czas.
Heathcliff zaś pełnił swoją wartę.
Stał tam, wyprostowany, napięty jak struna, niczym żołnierz Gwardii Królewskiej przed Pałacem Buckingham. Wzrok miał utkwiony w przeciwległej ścianie, brwi zmarszczone, usta zaciśnięte w linijkę. Jego pierś unosiła się miarowo, oddech był regularny, głęboki. Niczym więcej nie poruszał, nie drżał i nie załamywał rąk, nie uderzał głową w ścianę, nie rwał sobie włosów z głowy.
I chyba o niczym nie myślał. Po prostu stał.
Stał, a jego dziadek przebierał się na śmierć.
* * *
Drzwi otworzyły się, a dziadek Bernard po raz ostatni opuścił swoją sypialnię.
Ubrany był w swój stary, żołnierski mundur. Najlepszy, jaki miał, defiladowy. Granatowe spodnie, takaż marynarka, krwistoczerwone pagony wyszyte złotymi nićmi. Czerwone lampasy i mankiety, kontrastujące wyraźnie z ciemnym błękitem garnituru. No i medale. Dwa odznaczenia za waleczność, oba przyznane przez Jego Królewską Wysokość. Jeden za Verdun, drugi za Sommę. Obydwa jak najbardziej zasłużone.
Heathcliff spojrzał na ordery, a dziadek pochwycił jego wzrok.
'Nie myślałeś chyba, że umrę w pidżamie?" - zapytał ironicznie i spojrzał wnukowi w oczy. Długo, przeciągle. A potem się uśmiechnął, łagodnie, pogodnie, oczy zapaliły mu się dziwnym, jasnym blaskiem. Na ich dnie zaś - Heathcliff mógłby przysiąc - taiło się zaś trudne do wytłumaczenia szczęście. Nie, może nie szczęście. Ulga.
Młodzieniec odwzajemnił uśmiech. Objął dziadka i powolnym, miarowym krokiem podążył wraz z nim w stronę schodów.
A gdy tak schodzili, ordery dziadka dzwoniły cichutko...
Tak umierają bohaterowie.
* * *
Heathcliff podniósł się z fotela. Podszedł do szafki, przykucnął i podniósł leżący na podłodze klucz.
'Ludzie są jak klucze' - mawiał dziadek 'tak jak one różnią się między sobą, tak i jeden człowiek różni się od drugiego. Są ludzie, którzy w swojej naturze podobni są do kluczy z prawdziwego, szlachetnego stopu. Ci nigdy nie złamią swych zasad, nie ważne jak mocno byliby do tego nakłaniani. Zawsze pozostaną prawi, tak jak klucze pozostają zimne, mimo, że je się pociera.
Ale są też ludzie mali, plugawi, wykonani z pośredniego stopu. Tych łatwo nakłonić do zmiany obozu, łatwo można ich omamić i skłonić do okropnych czynów. Ci podobni są to tych nędznych, miedzianych kluczy, które nagrzewają się przy byle okazji. Wystarczy, że słońce mocniej przyświeci.
Jest jednak i trzeci rodzaj ludzi. Ludzi, którzy czasem zmieniają swoje poglądy, którzy czasem przechodzą z jednego obozu do drugiego. Później jednak trzymają się swego wyboru, wierzą bowiem, że czynią dobrze, że czynią prawie. W takich ludziach, metal szlachetny miesza się z tym zwykłym, pośrednim."
Dziadek znał się na ludziach.
Dwudziestolatek przełożył klucz do lewej dłoni. A potem, patrząc prze siebie, położył na nim prawą rękę i zaczął go trzeć. Najpierw delikatnie, potem co raz mocniej. I tak tarł, długo, wsłuchując się w nocną ciszę, stojąc w srebrnej smudze księżycowego światła. Tarł, by wreszcie, gdy zegar wybijał drugą nad ranem, przyłożyć klucz do swojego policzka.
Klucz był ciepły. Heathcliff uśmiechnął się smutno.
Spojrzał w stronę biurka. Na nim, wsparty jeszcze na starym, dębowym krześle, spoczywał dziadek Bernard. Jego prawa ręka zaciskała się na srebrnym Mauserze, tym samym, który tak niedawno spoczywał w tej sławetnej sekretnej szufladzie. Głowa dziadka spoczywa zaś na blacie. Na blacie, na który z lewej skroni wypływała cieniutka strużka krwi.
Heathcliff podszedł do dziadka i pogłaskał go po czole.
'Kiedy zmieszali twój stop, bohaterze?' - powiedział cicho. - 'Kiedy zmieszali twój stop...'
Zegar na parterze tykał zaś miarowo, odliczając powoli upływający czas.
Union Jack
unionjack@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|