|
Przystanek
Piotr stał na przystanku. Przyglądał się kałuży, na której padający deszcz tworzył fale. Wraz z nim stało tam jeszcze kilka osób. Pani z parasolem, pan w czarnym płaszczu, chłopak z plecakiem, młoda, atrakcyjna dziewczyna oraz gruby mężczyzna z cienkim, czarnym wąsikiem. Po ich zniesmaczonych twarzach było widać, że aura nie przypadła im do gustu. Nikt chyba nie lubi jesiennej pluchy. Tak przynajmniej sądził Piotr, który nie znał nikogo, kto cieszyłby się taką pogodą.
Piotr stał tu już od dłuższego czasu, mimo, że obok przystanku przejeżdżały już trzy autobusy. Widocznie na kogoś czekał lub przyszedł za wcześnie a jego autobus będzie trochę później. Tak mogliby pomyśleć ludzie z przystanku lecz Piotr dobrze wiedział, że tak nie jest. Przechadzał się wzdłuż przystanku tam i z powrotem, co jakiś czas patrząc w niebo, na chmury, jakby błagając je o litość nad ludźmi istniejącymi pod nimi. Chmury jednak nie słuchały. Lały deszczem ostro, nie zważając na nic. Tak jakby przygotowywały się od dawna na zrzucenie przepełniającego je balastu i właśnie teraz uderzyły z wielkim impetem.
Deszcz niemiłosiernie kapał na głowy i parasole zabłąkanych przechodniów, umykających w pośpiechu do swych ciepłych, przytulnych mieszkań. Miasto z każdą chwilą stawało się coraz wilgotniejsze. Kamienice obciążone wodą, ociekające potem, wzdychały ciężko. Deszcz nie oszczędzał nikogo. Prawie. Ludzie siedzący w domu, których chmury nie oblały swą przeźroczystą posoką, byli zadowoleni z siebie, że nigdzie się wcześniej nie wychylali.
Piotr nie lubił siedzieć w domu. Uznawał to za marnowanie czasu. Niegdyś. Teraz chętnie usiadłby w jakimś ciepłym kąciku i nabiłby swą ulubioną fajkę. O, tak. Nic nie uspokaja bardziej niż wydychany dym. Nie lubił swojego domu, chociaż był bardzo piękny. Na początku mu się podobał lecz z czasem to co go najbardziej zadowalało, zaczęło budzić w nim niechęć i obrzydzenie. Piotr nie lubił też swojej pracy, którą przecież uszczęśliwiał tak wielu ludzi.
Przyglądał się teraz młodej dziewczynie, siedzącej obok niego. Miała długie, kruczo czarne włosy, czarny sweter, czarne spodnie i glany na nogach. Mimo braku makijażu wyglądała pięknie. Piotr był już za stary na prawdziwą miłość, o czym niejednokrotnie boleśnie się przekonał. Jednak ona robiła na nim duże wrażenie. Piotr kiedyś obawiał się jednego: bycia za starym na miłość. Niepotrzebnie. Teraz, gdy ten stan już przyszedł, nie przejmował się nim. Czasem nawet mu pomagał.
Czas mijał. Każda sekunda była jak wyrok, jak zapowiedź kolejnej, mającej po niej nastąpić. Piotr nie umiał zatrzymać czasu. O, nie. Jedynie Bóg potrafi go zatrzymać i to tylko dla siebie. Nawet nie wiemy kiedy to robi. Czasem tylko zdaje nam się, że ten przedmiot leciał przecież prosto na nas a spadł gdzieś obok albo ten człowiek stał niezupełnie w tym miejscu. Bóg zawsze wie co robi i od jego decyzji nie można się odwołać. Nawet do trybunału w Hadze.
Piotr wiedział, że autobus musi nadjechać. Musi, bo nikt czasu nie zatrzyma. Tak musi być. Ale czy aby na pewno? Piotr nie wierzył w przeznaczenie. Myślał, że wszystko można ominąć. Kiedyś. Teraz nawet nie chciało mu się próbować. Ale autobus i tak przyjedzie, prędzej czy później. To było jasne jak słońce. Ale gdzież w tej godzinie jest słońce? Piotrowi zdawało się, że zapomniał jak ono wygląda. Pamiętał jedynie denerwująco żółty, obły kształt, rzucający swe blade światło na ziemię.
Autobus się spóźniał. Nietrudno było zauważyć poirytowanie na twarzach czekających. Nie przestawało padać. Deszcz ani na chwilę nie uspokoił swego nieustannego maratonu. Widocznie musiało padać.
W pewnym momencie na horyzoncie pojawił się klocek na kółkach, zwany autobusem komunikacji miejskiej. Na twarzach ludzi, którzy nań czekali pojawił się spokój, poprzedzony nikłym cieniem uśmiechu.
"Uff, ciekawe kto dzisiaj?" wyszeptał do siebie Piotr. Popatrzył na ludzi, którzy wstali z miejsc, czekając na zbliżenie się pojazdu. Nagle z przeciwnej strony ulicy dobiegł dziewczęcy głos: "Magdaa, chodź na chwilę!" Na to dziewczyna ubrana na czarno, nie rozglądając się wybiegła na ulicę... Pisk mokrych hamulców rozdarł uszy czekających. Potem usłyszeli głuchy stuk... Piotr wymamrotał coś do siebie. Grubas stojący obok usłyszał: "Cholerna robota."
***
Piotr podszedł do dziewczyny, wychodzącej spod kół. Popatrzył na jej piękną twarz. Nie powiedział do niej nic, ona też o nic nie pytała. Deszcz przestał padać. Zza wychudłych chmur wyjrzało piękne, jasno-pomarańczowe słońce. Odbijało swe oblicze w głębokich kałużach. Piotr wziął dziewczynę pod rękę jak dżentelmen i poszli razem wzdłuż ulicy Wieczności.
Grubas wraz z kierowcą pojazdu wyciągnęli zakrwawione ciało dziewczyny spod kół autobusu a pan w czarnym płaszczu dzwonił z komórki. Koleżanka dziewczyny płakała a chłopak z plecakiem ją przytulał. Pani z parasolem poszła gdzieś w swoją stronę...
Rafał "placeq" Malicki
placeq444@poczta.fm
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|