Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Willow ::::

Fałszywe światło



Karmazynowa tarcza słońca zanurzała się w głębinach wody. Morze błyszczało czerwienią, żółcią i pomarańczą. Łagodne fale spokojnie uderzały o piaszczysty brzeg, urozmaicony tu i ówdzie kamieniami.
Patrzył zauroczony. Jakże piękne są zachody słońca, pomyślał. Jak dobrze, że wziąłem urlop. Spojrzał na żonę trzymającą córkę za rękę. Uczucie dumy, radości i miłości rosło w nim do ogromnych rozmiarów. Wiedział, że nigdy nie był tak szczęśliwy. Odetchnął z ulgą, że nie musi już pracować, że nie ściga go żaden termin. Był wolny. Telefon w futerale, przyczepionym do paska był wyłączony, więc nikt nie mógł przerwać tej jakże wspaniałej chwili.
- Jejku... Ale to piękne... - Szepnęła córka. Wpatrywała się w słońce, powoli niknące za horyzontem.
Trzeba iść, pomyślał z niechęcią. Wstał, podpierając się dłonią obalonego pnia, na którym siedzieli. Żona spojrzała na niego, w jej oczach był wyrzut.
- Kasiu, już zmierzcha - powiedział łagodnie, dotykając jej policzka. Uśmiechnęła się przepięknie, spojrzała na córkę.
- Chodźmy.
Droga do ich letniego domku wiodła przez las, w którym nocą drzewa przybierały dziwaczne kształty. Chciał iść, kiedy było jeszcze w miarę jasno, aby dziewczynka się nie bała, i nie miała w nocy koszmarów, ale cóż. Chwycił wolną rękę córki, tak, że teraz szli razem trzymając się za ręce.
Było ciemno. Wprawdzie nie całkiem, bowiem docierało tu światło z kempingów, domków letniskowych i hoteli, ale i tak musieli iść niemal po omacku. O dziwo, dziewczynka nie zdradzała żadnych objawów zdenerwowania, czy też strachu. Szła spokojnie, choć trochę sztywno. Za to on, ojciec, mąż, głowa rodziny, trochę niepokoił się na widok cudacznych, fantastycznych cieni czających się w mroku. Nie wiedział dlaczego, ale zawsze trochę się bał ciemności. Tym bardziej dziwił się i denerwował, że inni się nie bali.
Mrok przed nimi trochę zrzedł, weszli na niewielką polankę, gdzie znajdował się ich skromny domek.

Długo jeszcze leżał w łóżku, tuż obok żony, wpatrując się w mroczne kształty, czające się w małym pokoju.


***



Blask słońca, piękna pogoda, tak, to był jego żywioł. Cała rodzina wstała rano, pospiesznie zjadła byle jakie śniadanie i zaczęła przygotowywać się do wyjścia na plażę. Spakowali czerwony koc, trzy duże, plażowe ręczniki, olejek do opalania, kanapki, kilka książek. Ojciec jak najszybciej chciał znaleźć się na plaży i zagłębić w książce, matka wyciągnąć się i opalać, natomiast córka drżała z niecierpliwości na myśl o spotkaniu z zimną wodą. Ruszyli ścieżką przez las. Dziewczynka, będąc w siódmym niebie, zasypywała ich potokiem słów, mówiących o szkole, koleżankach i zabawkach. Matka słuchała i od czasu do czasu wtrącała swoje komentarze.
Ojciec szedł z tyłu, rozmyślał. Przyglądał się drzewom, oświetlonym przez lipcowe słońce. Wydawało mu się niezmiernie dziwne, że teraz nie odczuwał żadnego strachu. Już kilka razy zdał sobie sprawę, że to nie ciemności się boi, ale tego, co się w niej czai. Teraz, za dnia, dziwił się sobie, jak mógł się bać czegoś, co czaiło się tutaj. Przecież tu nic nie ma, tłumaczył sobie.
Przerwał te rozmyślania na widok piaszczystej plaży i niebieskiej, niemal gładkiej tafli morza. Ten widok zawsze zapiera dech w piersi, pomyślał.
Rozłożyli koc w miarę daleko od wody, jednak nie za daleko, aby mieć córkę na widoku. Dziewczynka od razu zrzuciła ubranie i w stroju kąpielowym pobiegła na spotkanie z morzem. Matka rozebrała się, posmarowała olejkiem, założyła okulary przeciwsłoneczne i położyła się na plecach. Ojciec zdjął koszulę, usiadł, wyjął z torby książkę, położył się na boku i zaczął czytać.
- Mamo! Mamo! - rozległ się krzyk. Kobieta na kocu błyskawicznie usiadła, zdjęła okulary i rozpaczliwie zaczęła się rozglądać.
- Mamo! Mamo! - krzyczała córka - Mamo, choć do wody! Bardzo ciepła!
Matka roześmiała się, spojrzała na męża.
- Popilnujesz koca? - spytała.
- Jasne.
Pobiegła lekko w stronę córki. Patrzył w ślad za nią, myśląc jakim jest szczęściarzem, że poznał tę kobietę.
- To pana żona? - dobiegł go głos zza jego pleców. Odwrócił się błyskawicznie.
Stał tam niski mężczyzna w garniturze. Miał przystojne rysy twarzy i krótkie włosy koloru blond. Niezwykle jasne, niebieskie oczy wpatrywały się wprost w niego.
- Pan Artur Witkiewicz? - spytał człowiek w garniturze. Jak zauważył mężczyzna na kocu, jego rozmówca wcale się nie pocił.
- Tak, to ja - odparł Artur Witkiewicz - A z kim mam... hm... przyjemność?
Mężczyzna w garniturze zaśmiał się głośno i spytał, czy może usiąść.
- Oczywiście.
- Jak mnie pan poznał? - spytał po dłuższej chwili Artur Witkiewicz. Przyglądał się swojemu gościowi, ale za nic nie potrafił go skojarzyć.
- Och, czytałem pana książkę - odparł beztrosko zapytany - Tę fantastyczną, o elfach. Proszę mi wybaczyć, ale nie pamiętam tytułu.
Uśmiechnął się przepraszająco.
- Bardzo mi się podobała - ciągnął - mimo trochę skomplikowanej fabuły i przydługawych opisów przyrody. Naprawdę nie spodziewałem się, że pana spotkam. Niestety nie mam żadnej kartki, ani długopisu, więc nie poproszę o autograf.
Witkiewicz zaczerwienił się. Od dawna nikt nie prosił go o autograf.
- Zamierza pan napisać jeszcze jakieś książki? Podoba mi się pana narracja...
- Skończyłem z pisaniem - przerwał Artur. Chyba trochę za ostro. - Przepraszam.
- To ja przepraszam - odparł nieznajomy - Nawet się nie przedstawiłem. Nazywam się... Lucyfiks.
- Dziwne imię - zauważył Witkiewicz.
- To nie imię - uśmiechnął się serdecznie Lucyfiks - Na imię mam Filip. Więc skończył pan z pisaniem? Mogę spytać, czym się pan teraz zajmuje?
- Cóż... - z reguły nie odpowiadał na takie pytania, gdyż uważał, że nie musi się dzielić swoim życiem prywatnym z postronnymi, jednak Filip Lucyfiks miał w sobie coś dziwnego. To coś mówiło: "możesz mi zaufać, stary". - Jestem kierownikiem marketingu w firmie zajmującej się produkcją, sprzedażą i naprawą lamp górniczych.
- To urlop, prawda? - spytał Lucyfiks - Albo może delegacja?
- Nie, nie. Urlop. Chyba bym dostał szału, gdybym musiał pracować w taką pogodę - zaśmiali się oboje. - A pan czym się zajmuje?
Mężczyzna w garniturze milczał przez chwilę, spoglądając w morze. Artur podążył wzrokiem za nim.
Dzień był bardzo słoneczny i na plaży było mnóstwo ludzi. Dzieci, bawiące się z rodzicami tuż przy brzegu, trochę starsze dzieci pływające już na większej głębokości. No i ludzie, których eks-pisarz nie potrafił zrozumieć, to znaczy ci, którzy całe dnie wylegiwali się na słońcu, żeby potem móc pochwalić się opalenizną. Do takich ludzi zaliczała się jego żona, tylko, że ona opalała się z braku innych zajęć. Ale chwalić się opalenizną lubiła.
- Piszę felietony do gazet - Lucyfiks spojrzał mu prosto w oczy - A poza tym interesuję się filozofią, psychologią, literaturą, malarstwem i, tak jak pan, szeroko pojętą fantastyką.
Witkiewicz spojrzał na niego z niekłamanym podziwem. Zainteresowania, oprócz malarstwa, pokrywały się.
- Idzie moja żona - powiedział.
Filip Lucyfiks wstał powoli, spojrzał na sylwetkę nadchodzącej kobiety.
- Obawiam się, że muszę już iść - powiedział patrząc na zegarek. - Może jeszcze się spotkamy?
- Chętnie - odrzekł Artur - Jutro o szóstej, tutaj. Co pan na to?
- Zgoda - Filip uśmiechnął się i odszedł.
Tuż za nadchodzącą panią Witkiewicz biegła sprintem córka. W końcu zrównały się krokiem i powoli zbliżały do koca, rozłożonego na piasku.
- Kto to był? - spytała żona Artura, patrząc w ślad za odchodzącym mężczyzną.
- Och... stary znajomy - powiedział szybko Witkiewicz.
Posiedzieli na plaży jeszcze trochę. Tym razem nie czekali na zachód słońca, ponieważ Artur tłumaczył się, że musi pracować. Niespodziewanie poparła go córka, twierdząc, że jest zmęczona i chce iść do domu.
Ruszyli. Artur Witkiewicz, były pisarz, który zaprzestał pisania, ponieważ stracił wiarę, że ktoś czyta jego książki, dziś odzyskał motywację. Czuł, że nowy znajomy, znawca literatury, mógłby pomóc napisać mu nową książkę.
Spotkanie fana bardzo motywuje.
Szli przez las, a pan Witkiewicz rozmyślał o tym, jak to spontaniczność i przypadek kierują naszym życiem.


***



- Arturze, chyba musimy porozmawiać.
Siedzieli przy stole, naprzeciwko siebie. Starał się unikać jej wzroku, wpatrując się w talerz z jajecznicą. Ona, choć jeszcze nie zjadła, wcale nie kwapiła się do kończenia śniadania. Wpatrywała się prosto w niego, jak zauważył kątem oka.
- O czym? - mruknął cicho.
- Mamusiu, spójrz, jaki ładny motylek! - przez otwarte drzwi do domu wpadła jak grom ich córka, Alicja.
Ich skromny domek, nie dość, że skromny, był jeszcze bardzo mały. Właściwie to składał się tylko z dwóch pomieszczeń: sypialni z dwoma łóżkami, która była oddzielona ścianą od kuchni - przedsionka. Trochę problemu sprawiał im brak łazienki, ale uporali się z tym. Po prostu myli się w misce z wodą.
- Nie teraz, Ala. Ja i tatuś musimy porozmawiać.
Córka, nauczona, żeby nie przeszkadzać rodzicom, posłusznie odeszła.
Milczeli przez chwilę, Artur wpatrując się w jajecznicę na talerzu, a jego żona, Kasia, patrzyła wprost w swego męża.
Powoli, ostrożnie i jakby z wahaniem, podniósł głowę.
- O czym chcesz ze mną rozmawiać? - powtórzył. - Tak, wiem, wczoraj mogliśmy zostać do zachodu słońca. Wiem, że tak bardzo je lubisz...
Zaczerwieniła się. Nigdy mu się nie zwierzała, że lubi zachody słońca. No cóż, dobra małżeństwo rozumie się bez słów.
- Ale musiałeś pracować - przerwała mu - Pamiętasz, jak się umawialiśmy? Żadnej pracy.
Milczał przez chwilę, obserwując jej zgrabne łydki.
- No dobrze - powiedział w końcu - Kłamałem. Nie zamierzałem pracować, przynajmniej nie w marketingu. Piszę.
Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia, usta lekko rozchyliły.
- Piszesz? Myślałam, że masz już dość.
Podniósł głowę, spojrzał jej głęboko w oczy.
- Pamiętasz tego człowieka w garniturze? - potwierdziła skinięciem głowy - Myślę, że ten człowiek dodał mi trochę motywacji. On przeczytał moja książkę.
Widząc jej nie rozumiejące spojrzenie, ciągnął dalej.
- Kłamałem też, mówiąc, że znałem go wcześniej. Poznaliśmy się wtedy, na plaży.
Zaśmiała się głośno.
- Zawsze miałeś łatwy kontakt z ludźmi!
Uśmiechnął się. Do wspomnień.
- No dobra, jedz szybko i idziemy popływać.
Skrzywił się mimowolnie.
- Nie rób głupich min. Albo będziesz pływał z nami, albo się z tobą rozwiodę!


***



Plaża, pięć minut po osiemnastej.
Stał na piaszczystym brzegu, wpatrując się w morze. Zamyślenie malowało się na jego twarzy, kiedy tak stał, smagany przez morskie wiatry. Rozwiane kosmyki włosów rozpełzły się po twarzy, on nie zwracał na to uwagi. Czekał na umówione spotkanie, z człowiekiem, któremu zaufał już po pierwszym spotkaniu. Ów człowiek, każący nazywać się Filipem Lucyfiksem, w niewiadomy sposób budzący zaufanie, budził także respekt, szacunek, ale i ciekawość.
Spojrzał na zegarek. Dziesięć po szóstej.
Obrócił głowę w lewo, ujrzał zbliżającego się powoli mężczyznę ubranego we flanelową koszulę i dżinsy. Na jego widok Artur Witkiewicz uśmiechnął się mimowolnie.
- Witam - powiedział Lucyfiks, podchodząc bliżej. - Może pójdziemy się przejść, przecież nie będziemy tu stali.
Bez słowa ruszyli.


***



Kilka dni później, niedziela, godzina dziesiąta trzydzieści.

- Artur - poderwał wzrok znad książki, którą pilnie czytał już trzeci dzień.
Jego żona, Kasia, weszła do sypialni.
- Artur, ja cię wszędzie szukam, a ty się tu zaszyłeś - powiedziała z uśmiechem - No, kochanie, ubieraj się. Idziemy.
- Gdzie? - spytał Artur nieprzytomnie.
Kasia spojrzała na niego ze zdziwieniem.
- Jak to, gdzie? A słyszał choć raz waćpan - powiedziała szyderczo - że się w niedzielę do kościoła chodzi? A może waćpan nawet o nim nie słyszał?
Zaśmiał się krótko.
- Ja nigdzie nie idę - powiedział dźwięcznie i głośno.
Jego żona zamarła. Wpatrywała się w niego niedowierzająco.
- Co?
Spojrzał na nią wyzywająco.
- Nie idę do kościoła - powtórzył spokojnie.
Usiadła na łóżku, tuż obok niego.
- Artur, co się z tobą dzieje? Dlaczego nie chcesz iść z nami?
- Nic się ze mną nie dzieje. Nie chcę iść, bo nie mam czasu.
- Nie wierzysz? Zawsze wierzyłeś. Byłeś wzorowym katolikiem, to od ciebie ja, ateistka, zaraziłam się wiarą. A teraz ty te wszystkie ideały, które wyznawałeś dawniej odrzucasz?
- To nie całkiem tak. Kiedyś w to wszystko wierzyłem. Jednak teraz moja wiara w nieomylność Biblii i nauk chrystusowych została mocno zachwiana. Mówiąc krótko, nie wierzę już w Boga.
Kasia zamilkła.
- Dziwię ci się. Ale to twój wybór - powiedziała. I odeszła.


***



Kilka dni wcześniej.

Siedzieli w jednej z niewielu kawiarni w miasteczku, w którym przyszło im tymczasowo mieszkać. Artur Witkiewicz, były pisarz, obecnie szef marketingu i Filip Lucyfiks, człowiek zagadka. Kufel z piwem, należący do Artura był w połowie pusty, natomiast Filip nawet nie tknął swego kufla.
- Wierzysz? - spytał Witkiewicz swojego znajomego, siedzącego naprzeciwko.
- Słucham? - powtórzył Lucyfiks, sprawiając wrażenie wyrwanego z zamyślenia - Co mówiłeś?
- Pytałem, czy wierzysz w Boga.
- Ogólnie rzecz biorąc... wierzę - odpowiedział Lucyfiks - Ale go nie czczę.
- Nie? - zdziwił się Artur - Dlaczego?
Lucyfiks tylko zaśmiał się w odpowiedzi.
- Przejdźmy się - powiedział krótko.
Artur postanowił tak łatwo nie rezygnować z odpowiedzi.
- Powiedz dlaczego - zarządzał.
- Przejdźmy się, a przedstawię ci moją filozofię. Poza tym chyba zaraz zamykają.
Rzeczywiście, po zaledwie chwili podszedł do nich jeden z pracowników, prosząc o opuszczenie lokalu. Posłusznie wyszli.
Artur spojrzał na zegarek, była równo dziewiętnasta. Za około półtora godziny będzie zachód słońca, później zapadną ciemności. Witkiewicz wzdrygnął się w duchu.
- Dokąd teraz? - spytał swojego towarzysza - Wszystkie sklepy, kawiarenki i temu podobne będą już pozamykane.
- A może poczekamy na zachód? - spytał Lucyfiks.
Eks - pisarz bez słowa skinął głową, ruszyli na plażę.

Siedzieli na pniu jakiegoś drzewa, obalonego zapewne trafieniem pioruna. Przed nimi, w dość dużej odległości było morze, natomiast za nimi wznosiła się stroma wydma. Witkiewicz lubił tu przychodzić, i podziwiać piękno przyrody. Nagle jednak przypomniał sobie swoje teologiczne pytanie i przypomniał o nim Filipowi.
Lucyfiks zamyślił się.
- Jakby ci to... hm... Powiedzmy, że odrzuciłem czczenie Boga, na rzecz Szatana.
- Dlaczego? - spytał całkowicie zaskoczony Witkiewicz. Spodziewał się człowieka wierzącego, ale nie praktykującego, w najgorszym wypadku ateisty. A tu satanista. Poczuł oburzenie i obrzydzenie, pomyślał, że musi za wszelką cenę przekonać Filipa Lucyfiksa do chrześcijaństwa.
- Dlaczego? - powtórzył za Arturem Filip - Pewnie poczułeś do mnie obrzydzenie, z resztą nie dziwię ci się. Nieznane budzi lęk, to normalne.
- Nie oto chodzi... - powiedział Witkiewicz.
- A więc o co? - przerwał spokojnie Lucyfiks.
Zamilkli przez chwilę.
- Wiem - powiedział Lucyfiks - Zapewne myśląc o satanizmie masz na myśli kult zła, krwawe ofiary, czarne msze i tym podobne. Na takie zarzuty mam jedną, niezwykle krótką, ale jakże treściwą odpowiedź: brednie. Satanizm to nie jest moim zdaniem kult Szatana, ale kult człowieka.To znaczy, jego pragnień i przyjemności. Satanizm głosi wolność, czynienie tego, co uważamy za przyjemne, a nie to, do czego jesteśmy zmuszani "Bo tak trzeba" lub "Bo tak nie wolno". Na przykład, jeśli satanista poczułby pożądanie w stosunku do jakiejś kobiety, to dążyłby do przyjemności, do seksu z nią, jednym słowem do tego, na co ma ochotę. Natomiast katolik lub chrześcijanin, nie bardzo się orientuję, starałby się wyrzucić z głowy te "wstrętne myśli". Tłumaczyłby się sam przed sobą, że takie czynienie uczyni go lepszym i pójdzie do nieba, czy do raju. Dlatego uważam katolików za zgraję masochistów, lubujących się w okłamywaniu samego siebie. Przepraszam, jeśli uraziłem twoje uczucia. Co o tym sądzisz?
- No, cóż...
- Tak właśnie myślałem - zaśmiał się satanista - Większość ludzi uważa satanizm za kult zła, a satanistów za psycholi, demolujących cmentarze i składających kolegów w ofierze, a to nieprawda.
Zamilkł na chwilę. Artur wpatrywał się w morze, zasłuchany w szum fal. Rozmyślał o tym, co powiedział Filip. Jako katolik powinien zmieszać teorie satanistyczne z błotem i do tego wyśmiać. Natomiast jako człowiek inteligentny, myśliciel i filozof, powinien się przynajmniej nad tym zastanowić. Teraz, po wyjaśnieniach Lucyfiksa, satanizm nabrał większego sensu. W tym czaiła się jakaś pokusa, zauważył.
- Religia chrześcijańska uważa Szatana za symbol zła i takoż ukazuje satanizm. Ale żeby dobrze poznać jakąś rzecz, trzeba poznać ją z każdej strony. Tak głosili kubiści. Aha, zapomniałem, że nie interesujesz się sztuką.
Witkiewicz zaśmiał się głośno.
- Nigdy nie pociągały mnie bohomazy Picassa.
- Nie wiesz, co tracisz - powiedział z uśmiechem Filip - A więc składam ci propozycję: czy chcesz zgłębić teorie satanistyczne?
- Nie.
- Po prostu przeczytaj jedną książkę! Bóg cię za to nie potępi.
- Nie.
- Składam moją propozycję po raz ostatni. I nie kieruję jej do katolika, ale do filozofa. Po prostu zgłąb filozofię satanistyczną, nie musisz zmieniać wyznania, ani swoich poglądów. Satanizm to wolność wyboru. Wybierz.
Artur Witkiewicz, katolik od urodzenia, zawahał się.
- Co to za książka?
- "Czarna Biblia" autorstwa La Veya. Polecam.
Witkiewicz zawahał się. Szybka decyzja. - Spotkamy się jutro? Przyniesiesz mi tę książkę?
- Oczywiście. O której?
Witkiewicz spojrzał na zegarek. Robiło się ciemno. Tak się zagadali, że przegapili zachód słońca.
- O czwartej.

Pożegnali się i odeszli, każdy w swoją stronę. Artur, choć mieszkał niedaleko, znów musiał iść przez las. Wiele by oddał, aby teraz ktoś szedł z nim, wtedy strach był mniejszy. Rozmyślał o tym, czy iść naokoło, ale bolały go nogi i był strasznie zmęczony. Powoli i niechętnie ruszył do domu.
Szedł mroczną ścieżką, wpatrywał się w cienie otulające drogę przed nim. Drzewa. I inne maszkary, wychodzące na powierzchnię dopiero po zmroku, czaiły się tam, w mroku. Wiedział to. Czuł na sobie ich wzrok, na karku czuł oddech, lecz nie starczało mu odwagi, by się odwrócić.
Przyspieszył kroku.
Demony mroku, niezbadane, tajemnicze istoty, pędziły za nim. Odwrócił się i ujrzał poczwarę zlepioną z mroku, wpatrującą się prosto w niego. Pobiegł sprintem ku polanie, oddalonej najwyżej o pięćdziesiąt metrów, mamrocząc w myślach modlitwę.
"Ojcze nasz, któryś jest w niebie... niebie... niebie... kurwa, pomocy!"
Gnał co sił. Był już bardzo zmęczony, ale nie zwracał na to uwagi. Już, już widział upragniony cel: dom. Paliło się w nim niemrawe światełko, a w środku czekało ciepło, ratunek i przede wszystkim, bezpieczeństwo. Przyspieszył, choć poczuł ból w boku i udach. Wiedział, że dościgną go, kiedy tylko się zatrzyma.
Wreszcie dopadł drzwi. Otworzył je z hukiem i wpadł do środka, niczym huragan. Kasia, siedząca na krześle i czytająca gazetę, zerwała się z krzykiem. Szybko jednak opanowała się i zakryła usta dłonią, spoglądając kątem oka w stronę sypialni.
Artur, zlany potem i okropnie dyszący, zamknął drzwi i usiadł na najbliższym krześle.
- Jezu, Artur, wyglądasz, jakby wszyscy diabli cię gonili.
Z trudem złapał oddech.
- Bo gonili.
Jej źrenice rozszerzyły się wyraźnie.
- Chyba żartujesz.
- Nie.
Kasia wstała. Podeszła do niego, pochyliła się nad nim, z bliska spojrzała mu w oczy.
- Wyjdę i pójdę zobaczyć.
- Nie! - wrzasnął i zerwał się z krzesła.
- Ciiicho - syknęła, patrząc wymownie w stronę sypialni.
- Nie możesz tam iść - powiedział, siląc się na spokój.
- Dlaczego?
- Ponieważ...
- Widzisz, nie masz żadnych argumentów. Idę.
Chwycił ją za ramię. Delikatnie, aczkolwiek ze stanowczością. Odwróciła się, spojrzała mu w oczy.
W drzwiach sypialni stanęła mała Alicja.
- Mamo... tato... Co się dzieje? Słyszałam krzyki...
Kasia podeszła do niej, klękła tuż przed nią, tak, że zrównały się wzrostem. Pogłaskała dziewczynkę po głowie.
- Nie martw się, dziecko.
- Mamusiu... boję się...
- Nie ma czego. Idź do łóżka, zaraz tam przyjdę.
Alicja, chyba jednak nie do końca przekonana, udała się do sypialni.
- Jutro porozmawiamy - Artur w milczeniu skinął głową - Niezłego stracha mi napędziłeś. Jak widzisz, nie tylko mnie. Ja idę spać. Dziś będę spać z Alą, mała jest cała roztrzęsiona. Dobranoc.
- Dobranoc, Kasiu. Jesteś kochana - powiedział i pocałował żonę. Spojrzała na niego ciepło.
- Mamo! - dobiegł głos z sypialni.
- Już idę.
I poszła.
Został sam, stojąc w półmroku, bowiem lampka stojąca na biurku wiele światła nie dawała. Podszedł do okna, spojrzał na las.
Otulony przez mrok, wyglądał złowieszczo, ale nie strasznie. Z gęstwiny nie wypadł żaden potwór i teraz, patrząc na swoje przeżycia z odległości czasu, strach przed ciemnością wydawał mu się śmieszny. Demony mroku, w dodatku ścigające jego, były teraz dziwnie nierzeczywiste, chociaż przed chwilą przysiągłby na wszelkie świętości, że ścigały go siły nieczyste.
Usiadł. Po chwili jednak wstał, wziął miskę, nalał do niej wody i przemył twarz. Nie chciało mu się myć porządnie, więc poszedł do sypialni, przebrał się w piżamę i położył, tuż obok łóżka, na którym leżała jego żona i córka.
Po tych wszystkich przeżyciach liczył na szybki i głęboki sen. Nie zawiódł się.

Szli lasem, który jeszcze wczoraj mroził w nim krew w żyłach. Zamiast złowrogiej ciszy, do jego uszu dochodził przyjemny szum morza. Zamiast mrocznych cieni, widział gęstwinę krzaków, wysokie, postrzępione drzewa. Słyszał śpiew ptaków i jakieś tajemnicze szelesty, z pewnością należące do leśnych zwierząt. Nie było się czego bać.
Tuż obok niego, trzymając go za rękę, szła jego żona, Kasia. Nie mówiła nic, nie rzucała żadnych komentarzy w stylu: "A widzisz? Tu nic nie ma!". Po prostu szła i Artur był jej za to ogromnie wdzięczny. Poza tym czuł się niezmiernie głupio, że on, głowa rodziny, jest nękany przez dziecinne lęki. On, to on powinien opiekować się Kasią, a nie Kasia nim. Cóż, życie nie zawsze toczy się tak, jak tego pragniemy.
Wyszli na plażę. powoli, przedzierając się przez sterty piachu, udali się w stronę wody. Kasia zdjęła buty, on zrobił to samo. Stali na mokrym piasku, wpatrując się w niebieską otchłań, a fale spokojnie obmywały ich stopy.
Artur poczuł się niesamowicie szczęśliwy. Wiedział już, że tu jest jego miejsce, nie we wielkim świecie. Ten świat to jedna wielka groteska, zauważył. Piękno rodzi się w bólu i nędzy, a przyjemność znajdujemy w nudzie. Hehe.
- Wiesz co? - powiedział do Kasi - Pomyślałem, że powinniśmy tu zostać na zawsze. Ty i ja. Razem się zestarzejemy, razem będziemy patrzeć na naszą dorastającą córkę. Co o tym myślisz?
- Myślę, że to utopia - powiedziała. - Z czego będziemy żyli? Nie, nie tu jest nasze miejsce. Nie możemy rujnować życia Ali.
- Masz rację - powiedział niechętnie - Ale ja... ja się boję.
- Może twój przyjaciel ci pomoże?
- Nie - powiedział stanowczo - Nikt nie może mi pomóc. Chodźmy już.
Poszli.


***



Siedział na łóżku, obok niego leżała książka z czarną okładką. Zastanawiał się nad tym co przeczytał. I głęboko wierzył, że wreszcie zakosztował prawdziwego owocu poznania. Tak, teraz jestem człowiekiem. Znam dobro i zło. Wstał. Pytanie tylko, co jest dobrem, a co złem? Co prawdą, a co kłamstwem?


***



Szedł sam przez las. Było ciemno, ręce trzymał wyciągnięte przed sobą machając nimi na oślep, jakby odganiając się od natrętnej muchy. Szedł między drzewami, stojącymi tuż koło siebie. Gałęzie zaczepiały się o jego sweter i boleśnie haratały twarz, sprawiając wrażenie demonów leśnych, pragnących za wszelką cenę zatrzymać go tutaj. Jednak on uparcie szedł do przodu.
Nie pamiętał, jak się tu znalazł, ani dlaczego musi iść. Nawet przez chwilę o tym nie pomyślał. Po prostu szedł. Wiedział tylko to, że musi się stąd wydostać. Bał się jak cholera, ale próbował nie zwracać na to uwagi. Szedł, z zamkniętymi oczami i bolesnym grymasem na twarzy. Do głowy nie przychodziły mu normalne, werbalne myśli, tylko nieuporządkowany ciąg obrazów. Młode małżeństwo z dzieckiem nad morzem, wpatrujące się w zachód słońca. Nie wiedział, kim oni są, ani skąd ich znał. Samotny mężczyzna w lesie, wśród ciemności, zupełnie jak on. Jak... on...
Nie zwrócił na niego uwagi od razu, musiał się bowiem dobrze przyjrzeć, by odróżnić kontur człowieka od konturu drzewa. Tak, bez wątpienia tam stał człowiek, przypatrujący mu się. Chciał podejść bliżej, ale mężczyzna (po chwili bowiem zauważył, że to mężczyzna) powstrzymał go gestem dłoni. Człowiek, przed chwilą niedbale opierający się o drzewo, teraz znajdował się tuż obok niego. Nawet nie zwrócił na to uwagi.
Chciał coś powiedzieć, byle co, po prostu przerwać tę złowrogą ciszę. Jednak słowa zamarły mu w gardle, gdy ujrzał przed sobą, zamiast lasu, morze.
Po prostu westchnął.
Nagle uświadomił sobie, kim jest i jak się nazywa. To uczucie było nie do opisania, tak jakby ktoś włożył mu "to" do głowy. Zapomniał o tym, kiedy ujrzał mężczyznę stojącego przed nim.
Był niski, odziany w czerwony garnitur. Krótkie blond włosy były zaczesane do przodu. Oczy, tak, oczy miał niezwykłe. Miały niesamowity odcień, taki jakby błękit intensywnie rozmieszany z bielą. Efekt był niesamowity.
Świdrujące spojrzenie spoczęło na nim. Ten mężczyzna... był jakoś dziwnie znajomy.
Lucyfiks.
Filip Lucyfiks uśmiechnął się obleśnie, jakby słyszał jego myśli.
- Pan Artur Witkiewicz - powiedział Lucyfiks szczerząc zęby - Znów mamy okazję się spotkać. Żałuję co prawda, że w takich okolicznościach...
- O co tu chodzi?! - ryknął Witkiewicz - Najpierw, nie wiem skąd, znalazłem się w jakimś lesie...
- A ja cię z niego wyciągnąłem - przerwał zimno Filip. Uśmiech zniknął z jego twarzy. - Wiesz, czym był ten las? To miejsce odwiecznej głupoty, w której błądzicie wy, ludzie. Ty ujrzałeś to i zostałeś oświecony przeze mnie.
. Ciemnoty i głupoty? O czym on mówi?
- Bóg, Bóg, ach, ten oszust! On zsyła na was niewolę, a wy się na to godzicie. Od wieków nauczałem ludzi, lecz oni nie chcieli mnie słuchać! Bowiem kim ja jestem przy wspaniałym Bogu?
No właśnie, kim?
Pytania rosły w jego głowie jak grzyby po deszczu.
...czyżby...
Lucyfiks zaśmiał się. Śmiał się długo, nienaturalnie głośnie i piskliwie. Ten dźwięk wwiercał się w mózg, prowadził do szaleństwa...
Filip przestał się śmiać.
- Chodź - powiedział. W jego głosie zabrzmiała przyjemna nuta, obiecująca wiele.
Właściwie... jeśli mu odmówię, to pewnie mnie zabije...
Chodź, mówił głos w jego głowie. Wyrwij się z ciemnoty, zakłamania, odrzuć Boga. Spełnij swe pragnienia. Chodź za mną, za moim światłem.
Padł na kolana, trzymał się oburącz za głowę. Powoli uniósł oczy.
- A co z nią? - spytał. Wiedział, że niepotrzebnie pyta.
Lucyfiks, choć właściwie Lucyfer, patrzył na niego obojętnie.
- Mogę ją zabić - powiedział bezbarwnym głosem - Oszczędzę jej cierpień.
- Co?!
- Ona popełni samobójstwo. Jutro, kiedy dowie się, że znaleźli twe martwe ciało na brzegu morza.
On był już stracony. Wiedział, że Szatan zabierze jego duszę ze sobą, ale ona...
Oczami wyobraźni ujrzał jej radosną twarz, najpiękniejszą na świecie... tak czy inaczej ją straci...
Była jeszcze Ala. Nie, rozstanie z nimi wykraczało poza jego możliwości.
- Nie - powiedział stanowczo - Nie pójdę z tobą. Odejdź.
Lucyfer zrobił krok do przodu.
- Odejdź! W imię Jezusa Chrystusa, Pana Naszego!
Diabeł zatrzymał się. Uśmiechnął straszliwie.
- Odejdę. Ale nie sam.
Artur już wiedział. Jakiś głosik, bardzo cichutki, wewnątrz głowy powiedział mu. Tylko imię. Wystarczyło.
- Nieeee!! Nie pozwalam!!! Stój!!!
Rzucił się do przodu, chcąc chwycić Lucyfera w ramiona, ale tam, gdzie przed chwilą stał diabeł, nie było nikogo. Stracił równowagę, przewrócił się. Stracił przytomność.
Kiedy ocknął się, w głowie pulsował nieznośny ból. Coś mówiło mu, że nie ma po co wracać do domu. Zaczął płakać.


***



Stał na zboczu stromej skarpy. Patrzył w dół bez lęku, było w nim tylko zdecydowanie.
Ciekawe, gdzie trafię. Do Nieba, czy do Piekła? Mam nadzieję, że do Piekła, wtedy policzę się z tym sukinsynem.
Zaśmiał się. Ostatnia wesoła myśl. Zachód słońca, ona, Kasia. Trzyma ją za rękę. Ciepło. Jej wilgotne usta, jej zimna skóra.
Lot był krótki.


***



Kobieta, lat około dwadzieścia. Siedzi, czyta gazetę. Czeka na męża. Ale nie martwi się o niego, przecież on wróci na kolację. Córka, Ala, leży na łóżku obok jej krzesła i czyta komiks. Chyba "Kaczora Donalda".
Nagle dzwoni telefon, jej komórka leżąca na stole. Kto to może być? Może Artur, dzwoni, że zaraz wróci? Albo któraś z jej licznych koleżanek, przecież jest powszechnie lubiana.
- Dobry wieczór - obcy głos. Kto to może być?
- Dobry wieczór - odpowiada wesoło. Może wygrała jakiś konkurs i chcą ją powiadomić telefonicznie?
- Tu komendant Nowak. Naprawdę przepraszam, że przeszkadzam...
Niepokój. Policja?
- O co chodzi? - pyta zniecierpliwiona.
Odpowiada jej milczenie w słuchawce.
- Jakby to... - odzywa się głos, trochę niepewny - Pani mąż...
- Czy coś mu się stało? - krzyknęła. Z łóżka przyglądała się jej Ala.
- On... spadł z klifu...
Dalsze słowa już do niej nie dotarły. Patrzyła na córkę, która wpatrywała się w nią pytająco.
Nie. Nie, nieee. To niemożliwe. To nieprawda. Niee!!
Rzuciła telefonem przez okno i wybiegła na dwór. Odprowadził ją krzyk przerażonej córki.
Zamknij się.
Pobiegła lasem. Szybko, byle zostawić to za sobą. Te przeklęte miejsce.
Pieprzony los.
Usiadła na ścieżce. Ukryła głowę w ramionach, zaczęła cicho łkać. Nikt nie słyszał.
W jej głowie zaświtał pomysł. Gorączkowo zaczęła grzebać w kieszeniach w poszukiwaniu TEGO. Jedynej drogi.
Wyjęła go. Delikatnie pogładziła jego stalowe ostrze, lekko się przy tym kalecząc. Uśmiechnęła się pod nosem. Zabrałeś mi go, Boże. Więc weź i mnie.
Krew powoli kapała na leśną ścieżkę.


***



Ciemny duch, jego czerwone oczy wpatrują się w mrok z wyraźną satysfakcją. Teraz odlatuje, by znów zwodzić swym fałszywym światłem.


Willow

aq151@interia.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||