Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Royal Gryffin ::::

Matowa czerń



Panoramiczne spojrzenia na okna ukazujące krwawy zachód słońca. Wiatr unoszący firany. Głośna muzyka z komputera. Niedbałe pociągnięcia myszką, wykrywanie min na chybił trafił. Śmierć. Zapomnienie. Wspomnienie. Zwątpienie. Cóż to jest?
Za plecami gracza znajdowało się wejście do korytarza. Nikt jeszcze nigdy nie zmierzył jaki jest długi. Tapeta pokrywająca ściany w osobliwym domu była niejednolita. Z jasnych i wesołych barw przechodziła w szarość do grobowej czerni. Krzysztof żył w swoim świecie. Był uzależniony od komputera, nie obchodziło go co dzieje się wokół. Słowo "nie obchodzi" troszkę zbyt ostro to wszystko opisało. Bardziej pasuje tu określenie: "zapomniał o czymś takim co się nazywa prawdziwym światem." Niewiedza była mu na rękę. Nie musiał patrzeć na wiadomości i słuchać o tragediach i debilnych debatach sejmowych. Nie był narażony na choroby krążące w społeczeństwie. Nie był podatny na te zarazy które szczycą się swymi nazwami: Zwątpienie, Żal, Miłość, Przyjaźń, Smutek, Tęsknota. Na to wszystko było gdzieś miejsce w jego sercu, jednak drzwi do tego zakamarku były szczelnie zamknięte i dobrze strzeżone - tam był postawiony "firewall". Droga prowadząca do tego pomieszczenia była nieużywana od lat, latały tu koty z kurzu, za stropu sypał się tynk, pająki stworzyły sobie tu dom.
Niczego mu nie brakowało. Jedzenie dostarczali mu producenci prosto do domu, rachunki płacił za niego bank. Z rodziną zerwał kontakty. W swoim wirtualno-urojonym świecie miał wszystko czego potrzebował. Nawet imitację Miłości, lecz to była tylko miłość. Na zimnym ekranie stworzył kobietę idealną. Słuchała jego sekretów i opowiadała własne. Żyli tak razem przez czas jakiś.
Jakieś sto metrów od wejścia do pokoju, z oparów mgły wyszła jakaś postać. Jej kontury były na razie zamazane, ale z każdą chwilą była coraz bliżej, można było po jakimś czasie stwierdzić, że jest to kobieta. Po wykonaniu kilku następnych kroków dostrzec można było już w pełni jej sylwetkę. Miała na sobie suknię która ciągnęła się po ziemi, oraz ciasną uwydatniającą jej biust, wymiętą koszulę z postawionym kołnierzem. Na plecy opadała jej długa peleryna sięgająca tak jak suknia aż do posadzki. Całość jej ubioru była w najpiękniejszym na świecie kolorze - matowej czerni. Po upływie kilku sekund stanęła na progu pokoju Krzysztofa, ten jednak nie wyczuł jej obecności. Dopiero gdy nachyliła się nad nim ujrzał jej odbicie w monitorze. Miała zielone oczy i długie czarne rozpuszczone włosy. Potraktował to jak część swego urojonego świata z komputera. Dopiero gdy delikatnie położyła dłoń na jego ramieniu zwrócił na nią swoje przekrwione, zmęczone oczy...

- Dzień dobry! Ma pani może coś Stanisława Leca?
- Hmmm. Poszukam, poczekaj młody człowieku. - powiedziała z uśmiechem bibliotekarka w podeszłym wieku.
- Dobrze.
Po jakiejś chwili starsza kobieta przyniosła zbiór złotych myśli S. Leca i wręczyła go chłopakowi. Ten z kolei powiedział "dziękuję" i wyszedł. Staruszka pomyślała, że jeszcze nie jest tak źle z dzisiejszą młodzieżą. W końcu trafiają się jeszcze tacy, którzy sięgają po książki. Nastawiła czajnik bezprzewodowy i zalała filiżankę z kawą. Z pogodnym, jak zawsze, wyrazem twarzy zasiadła do swojej lektury. Po jakimś czasie zaczęła robić spis rzeczy, które musi kupić w drodze do domu.
- O mało bym zapomniała. Muszę przecież jeszcze zapisać jedzonko dla Aleksa. - powiedziała sama do siebie.
Od śmierci męża mieszkała sama, lecz nie była odludkiem. Raz w tygodniu spotykała się z przyjaciółkami na partyjkę brydża. Plotkowały wtedy, jak to jest w zwyczaju starszych kobiet. Zajmowała swoje mieszkanie na pierwszym piętrze razem z Aleksem - złotą rybką. Skleroza zaczynała dawać się jej we znaki. Rozpoczęła się szykować do wyjścia. Posegregowała karty czytelników. Ogarnęła całe pomieszczenie i ruszyła w stronę drzwi.
- Oj staruszko, a kto za ciebie torebkę weźmie. - skarciła sama siebie za swoje zapominalstwo.
Odwróciła się i podeszła do krzesła na oparciu którego wisiała damska torebka. Już miała wyjść, jak co dzień, z miejsca w którym spędzała osiem godzin dziennie, gdy zobaczyła drzwi, których nigdy tutaj nie było. Otwierały się na korytarz. Poczuła czyjąś dłoń na ramieniu. Odwróciła się i jej oczom ukazał się postać mężczyzny w eleganckim matowo - czarnym garniturze.
- Staszek? Jak to możliwe? - wyszeptała.


Było piękne letnie popołudnie. Słońce przygrzewało. Stary asfalt robił się miękki od nieustannego bombardowania go promieniami. Od podłoża biło ciepłe powietrze. Zaraz ponad gruntem dostrzec można było grę gorącego powietrza. Cząsteczki gazu nerwowo drgały w ukropie. Niebo było cudownie błękitne. Jedyny kontrast dla monotonii nieboskłonu stanowiła biel kilku obłoczków i żółta tarcza słońca. Nieopodal szemrała fontanna. W pobliskim parku na ławkach siedzieli letnicy. Rzecz działa się w nadmorskiej miejscowości. Miasteczko było dość dobrze znane i wczasowicze całymi chmarami napływali tutaj w okresie urlopowym. Całe miejsce było nastawione na turystykę. Ulice były obsypane kioskami z różnymi nieprzydatnymi drobiazgami, gdzieniegdzie stały wózki sprzedawców hot-dogów i gotowanej kukurydzy. W powietrzu czuć było wiatr znad morza. Była to główna ulica miasta. Samochody dość często tędy przejeżdżały. Po drodze chodziło wielu ludzi. W eterze unosiła się wesoła muzyka dobiegająca z plaży. Dźwięki umilały leniuchowanie opalającym się.
- Mamo pójdziemy na obiad do tej restauracji zaraz przy wejściu na plażę? I zamówimy sobie frytki i kurczaka? Co? No zgódź się...
- Dobrze kochanie, ale potem wracamy prosto do taty do ośrodku. Ciekawe czy ma jeszcze tą wysypkę od słońca.
Kobieta koło trzydziestki wraz z córeczką zatrzymała się by otrzepać piasek ze stóp i założyć klapki. Obie miały na głowach słomiane kapelusze. Dziewczynka niosła w ręce wiaderko i foremki. Matka miała na sobie niebieski strój kąpielowy a na biodrach przewiązała długą jedwabną chustę w kwiaty. Chwyciła za rączkę swoją córeczkę i skierowała się w stronę "jadłodajni".
Po spożyciu sporej ilości frytek ruszyły w drogę do domu. Rozbawione i beztroskie wesoło śpiewały. "Tyle słońca w całym mieście" Faktycznie cała promenada, którą teraz szły była skąpana w promieniach słonecznych. Mewy wydawały swoje osobliwe skrzeki i popiskiwania jednoznacznie kojarzące się z morzem.
- Mama ścigamy się, kto pierwszy w pokoju!!! - krzyknęła Kasia i pobiegła przed siebie.
- Zaczekaj!
Dziewczynka jednak nie usłuchała nakazu matki biegła nadal. Zaczęła się zbliżać do skrzyżowania. Jak to dziecko w jej wieku, była tak zaaferowana swoją zabawą, że nie zwracała na nic innego uwagi. Przepychała się miedzy tłumami ludzi. To była chwila. Wyskoczyła na drogę przecinającą promenadę. Pisk opon. Krzyk dziecka. Głuche uderzenie. Tłum gapiów. Pęknięte foremki i roztrzaskane wiaderko. Łzy rodzicielki. Retoryczne pytania.
Nikt poza żywą jeszcze dziewczynką nie zauważył wejścia do długiego korytarza, które teraz się otwarło obok samochodu - narzędzia śmierci. Z korytarza wyszedł mężczyzna w matowo - czarnym ubiorze. Miał szorty i polo, a na nogach sandały. Kasia wyciągnęła w jego stronę ręce aby wziął ją na "barana". Posadził ją sobie na ramieniu i ruszył, przytrzymując jej nogi by nie spadła, z powrotem tam skąd przybył. Matka tuliła teraz już tylko ciało Kasi pozbawione duszy.


Im dłuższy korytarz tym dłuższa droga. Zaraz w momencie narodzin wszystko jest dokładnie zaprojektowane. To On projektuje wszystkie uliczki i zakamarki. Dobrze wie, co się stanie. To Wielki Budowniczy. Spogląda z góry na ten ogromny labirynt. Czasem na drodze Matowo Czarnego Wędrowca stawia przeszkody, ale ten i tak zawsze znajdzie swój cel, choćby miał iść drogą okrężną. Gdy istota się narodzi jej osobisty Wędrowiec zaczyna przemierzać swoją i jej ścieżkę życia. Reakcja łańcuchowa.


Royal Gryffin

phantazm@interia.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||