Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Homek Toft ::::

Milionowy kurz



Blady, chory Księżyc trzymając się za pierś ostatkiem sił rżnął rachityczną chmurkę. Dziwny świat z niebiosami jak z psychodelicznej rzeźni pełnej krwi zamordowanych ptaków. Ludzie chodzili pod szarym sklepieniem od wieków, a czasem odnajdywano tu ślady po trójpalczastych cywilizacjach. Słońce nie dawało tu światła ani ciepła, owoce rodziły się dojrzałe i miękkie, nic nie było świeże i nienaruszone. Łzy dziewic nie miały tutaj racji bytu. Głodne pisklęta ruszały na żer każdej nocy, w ich dziobach lśniły noże dzikiej, prymitywnej nienawiści. Wszystko było tu pocięte i półmartwe, a porządek nie istniał. W wiecznym chaosie, którego nikt ogarnąć nie miał prawa...

[tylko pstryk]

Wspaniałe, świeże, nienaruszone, dziewicze, nieskazitelne, nieskalane butami przechodniów stały przed nimi góry, które odebrać miały ich marne życia. Gdzieś na styku żywiołów powietrza i ziemi trwało drzewo z powykręcanymi gałęziami. Jego nagie, żylaste i czarne palce wyznaczały kierunek poruszania się dusz w odwiecznym silniku. Niedokończone słowa i żałosne pomyłki towarzyszyły im od zawsze. Szli z nimi na bój o własne tożsamości. Dziewczyna strażaka i zarozumiały syn wiedźmy. Jeszcze więcej ich było, lecz niewarci wspomnienia, bo czas ich będzie krótki, ogarnie ich sen, z którego nie ma ucieczki. Wszyscy pozostali wirując, jak wrzeszczące płatki śniegu spadną kilkaset metrów w dół i roztrzaskają się o zielone łąki. Kości rozpadną się na pył dodając cegiełkę do ziarnistych wydm popiołu. Siedział na grubej belce i pojadał czereśnie plując pestkami w śnieg. Bordowe, jędrne owoce były tym wszystkim, co radowało go w tym miejscu. Ludzie byli głupi, powietrze zimne. Było syfiasto w całym tego słowa podniosłym znaczeniu. A kiedy wyszła ona, na lodowate deski werandy poczuł, że rozpoczyna się nowa piosenka. Że to jedna z nich, kobiet, z którymi kojarzy się piosenki. A kiedy dostał od niej w twarz za rozpoczęcie gry, o, wtedy nie wiedział już, czy powinien dalej być zarozumiałym chłopcem, synem czarownicy. Nie wiedział już, czy trzeba, czy musi. Nie wiedział, jakiej słuchać melodii ani jak się ubrać. Nic nie było jasne. Świat wydawał się piękny i wolny od wad, nagle prawda nastała, ukłuła w oczy i już. Wszystko w jednym momencie upadło, spokój został na zawsze pogrzebany, pamięć przeżarta. Zdolność szybkiej masturbacji zatracona na wieki. Niechęć do stałości i szumu, spokoju i lasów została skruszona. Piekło pięć smug na policzku jego ego. Duma została pożyczona powietrzu, krążyła w tym chłodnym świecie. Góry patrzyły na to i nie dziwiły się już niczemu. Nie było ich udziałem to zdarzenie, bo było mało ważne. Nikt poza nim samym nie czuł tego, że palce zostały odgięte, wysypał się z garści, mocno ściskany piach. Tak nagle wywrócił się, że zabrakło mu tchu. Głowa uderzyła w kant okna, zamroczony spadał wirując jak ci nędznicy, jak czarny płatek śniegu, jak kropla ropy w płonącym morzu unikająca płomieni. Oczyszczające uderzenie wygięło go i unieruchomiło. Jak ofiara na ołtarzu, częstował krwią z płuc kamienie. Ręce poprzecierane od grud szorstkiego śniegu odsłaniały fioletowe, zmarznięte linie nerwów. Ból nie do wytrzymania rozrywał serce i mózg. Płakał fizycznie, gdy z nadgarstka bluzgnęła czarna struga dostarczając pożywienia sztyletom mrozu. Szczyty nachylały się nad nim i wirowały w tańcu, którego nikt jeszcze nie zrozumiał. Tak boli, bardzo boli... Roztrzaskuje na kawałki, sięgasz ręką po swoją nogę i przyczepiasz do korpusu, powoli zbierasz się w całość. Dosłownie bierzesz się w garść... czołgasz we własnej ideologii, leżysz w kałuży brudnej odwagi. Charyzma została połamana, jak suchy patyk. Oczy zaszły ci czerwienią? Niedobrze. Setki takich pytań i kręcenia głową. Litości i głaskania. Setki wybuchów i litości tych, których litości nigdy nie pragnąłeś...

[tylko pstryk]

- Nie ruszaj się, będzie spoko - powiedział młody facet zaciągając się fajką. - Aaaa... - zarozumiały syn wiedźmy jęknął cicho. Brudne, zapocone bandaże piekły, kości bolały. Lęk połykany z każdym haustem powietrza przyprawiał go o mnie, o mdłości. Haha, tak właśnie, w końcu nie mógł się powstrzymać, tylko natura i prymitywne odruchy. Młodzieniec uśmiechał się, kiedy poraniony, upokorzony chłopiec rzygał w śnieg, czołgał się krzywiąc się po lodzie. Twardymi rękami podniósł go i rzucił na stertę śpiworów. Przykrył jego zmarznięte ciało kilkoma innymi.
Było ich tu troje. Dziecko czarownicy, teraz nieprzydatny kaleka, dziewczyna strażaka, twarda i zimna oraz młody ratownik, jointer. W całej grocie unosił się błękitnawy dym z tanich, ulicznych blantów. Układał się w oczach omdlałego chłopca we wzory nieśmiertelności i zamiany rtęci w złoto. Gdyby tak choć jedną taką wizję można było sprzedać... ach, iluż byłoby wtedy milionerami.
- Zdechniemy tu... kurwa... - wycharczał z posłania.
- Nie, jeżeli sobie zapalicie - ratownik podał dziewczynie i kalece po skręcie.
- W życiu - odrzekła od razu - mam tu stracić panowanie, tak? Chyba śnisz.
- Nigdy. Chcę zdechnąć trzeźwo - odkaszlał syn wiedźmy.
- Wasza sprawa, ale to ja stąd wyjdę. Was nie zapamięta nic. Jaraj, jaraj ostro, bo inaczej to cię zabije. Przez ten lekki dym nie czujesz nawet tego, że jest tutaj minus 40 stopni. Posłuchaj mnie, bo inaczej zginiesz - podał palenie dziewczynie - Ten tam może powoli odchodzić, bo nie będę ciągnął kaleki przez całe góry. Chcę żyć.
- O czym ty pierdolisz? - jęknął połamany chłopiec - Jak to?
- Tak to. Nie poradzisz sobie. Cały się telepiesz. Nie mogę ci pomóc. W szpitalu może by cię poskładali, ale ja niewiele mogę tu i teraz, rozumiesz? Módl się albo się napal. Słuchaj mnie, bo ja tu jestem a ciebie tu nie ma, kumasz koleś?
- Jak nie ma? Zamknij się... Przestań w końcu chrzanić...
- Ja tu jestem, ona też, może nawet potrzymać cię rękę, może cię pocałować...
- A w życiu!
- ... może cię zabić jednym podmuchem, ale ciebie tu nie ma. Tylko to jeszcze cię trzyma przy życiu. Zapamiętaj to i kiedy będziesz chciał tu być to zapomnij o tym. Masz, zaciągnij się. Proszę, stary. Naprawdę proszę, ostatni raz w naszym życiu.

[tylko pstryk]

Siedział na grubej belce i pojadał czereśnie. Nagle poczuł w zębach dziwny posmak. Coś na języku zaczęło się poruszać. Wypluł ślinę i ugryzł kolejny owoc. Popatrzył w pestkę i ledwo powstrzymał wymioty. W błękitnym dymie oplatającym jądro czereśni wiły się małe, białe robaczki, setki robaczków z czarnymi łebkami, prążkowane, nagie. Wyrzucił wszystkie owoce w śnieg i zaczął panicznie pluć. Trzymał się za pierś, z obrzydzeniem kaszlał, charczał próbując pozbyć się wijących się organizmów ze swego ciała. Tłuste, ruchliwe czerwie przeżerały jego wątrobę, wciskały się w każdy otwór i rozszerzały go boleśnie. Każda dziurka rozpychała się piekąc. Nie było tu jego połamanego ciała, cierpiała tylko jego dusza. Wrzeszczał i płakał gorzkimi łzami, wszystko bolało, każda kropla, każdy eteryczny atom jego astralnej postaci. W drzwiach, na ścianach, wszędzie w powietrzu krążyły twarze jego życiowych partnerek pozostawionych na pastwę losu w tych okropnych górach, pełnych śniegu i oblodzonych kamieni. Wył i biegł. Twarz miał twardą i błyszczącą od zamarzniętych łez. Z brody zwisały słone sople. Na statkach marynarze wyrzucali się za burty chcąc mieć więcej pieniędzy z rejsu dla siebie, a on biegł. Przebierał nogami jak szybko mógł, ale nie potrafił stąd uciec. Żyły uwypukliły się na jego przedramionach. Wszędzie było pełno obrzydliwości i instynktów, bladych robali żrących wszystko i wszystkich, powykręcanych ludzi i ich zwierząt. Kościste bestie jak z koszmarów zasiedlały teraz cały znany mu świat, każdą z planet. Miłość nie istniała, to bolało, ale było tak bardzo niezmienialne. Rubinowe ptaki z różowymi lotkami i czarnymi, paciorkowatymi oczami, w których odbijały się gęste tonie lasów. Głodne, czarne morze zgiełku uderzało w jego uszy, pełno głosów, rozrywało jego zbolałego ducha, łamało jego zmarniałą i zwiędłą psyche. Oddychał głęboko, dyszał wciągając do płuc miejski gaz pełen ślepych, szarych jak popioły pszczół. Blade ryby z narastającą atrofią źrenic zostawiały mleczny ślad w oleistych kałużach neonów Las Vegas. Kości na zielonych stołach obijały się o siebie z suchym trzaskiem i dawały deszcz brudnej forsy, skażonej krwią niewinnych ludzi. Coraz szybciej, szybciej, szybciej, rozmazany na brzegach świat krążył wokół Słońca. Coraz prędzej, prędzej i prędzej orbitował zostawiając za sobą tony kosmicznych śmieci - połamanych wieżowców, anten satelitarnych i balonów bez załogi. Coraz szybciej, szybciej, szybciej, szybciej, szybciej, szybciej, szybciej, szybciej, szybciej, szybcieeej, szyyybcieeeej aż padłyyyy baaaateeerieee teegoo kooooossmooosuuuu... wum, wum, wum, wuuum, wuuuuuum, dum... przedwieczna cisza i boski spokój, koszmar zakończył się.

[tylko pstryk]

Szli wszyscy troje w dół po śniegu twardym jak kamienie. Rozkosznie mroźny wiatr owiewał ich strudzone ciała. Czuł rozkosz bólu, czuł jak płuca ledwo wytrzymują napływ kolejnych urywanych oddechów. Ach, cóż za wspaniały ból. Ból na ciele, a nie na duszy. Teraz już rozumiał. Ratownik dał mu coś, co zabije jego ducha, tak mocno każe mu cierpieć, że wysiądzie, zgaśnie, zapłacze pod naciskiem tych wszystkich widoków i obrzydliwych wizji. Tak zabity duch bolał mocniej niż cokolwiek mogącego zrobić krzywdę ciału. Taka krzywda traciła znaczenie, była nieważna, omijała łagodnym łukiem i można było śledzić ją niemrawymi, transowymi oczami. Już niedługo stanie na pewnym gruncie dworcowych płyt i dotknie dłonią stalowego wagonu.
Błysną z trudem jarzeniówki w przedziałach, a on wydłuży nogi na kanapie, otworzy okno i włączy discmana. Otworzy książkę, przeczyta kilka rozdziałów i zacznie opowiadać sobie, jakby to było wspaniale być w takim momencie kochanym. Rozpłynął się i było mu tak dobrze. Był nieśmiertelny, pełen bram, przez które wiały huragany transcendentnej energii. Nawet gdyby spadł, gdyby tonął w lawinie trwałby tak, trwałby aż zwały śniegu by się roztopiły, nie walczyłby nie, nie panikował, nie robiłby nic. Za oknem rubinowe ptaki na szarym niebie, tak, tak będzie. Będzie z pociągu obserwował ich lot. Amarantowe liście jesiennych drzew, trawy gnące się pod naciskiem wiatru. Tak wspaniale jest przytulić ją do swojej piersi, dać jedną słuchawkę i zasnąć. A niech kradną, niech giną ludziom portfele. Gdzieś tam też niech umierają z głodu dzieciaki, niech wyspy toną w lawie wściekłych wulkanów. Niech wszystko płonie na wsiach, niech plony gniją w potopie powodzi, niech całe państwa umierają z głodu. Niech wszystkie brzuchy staną się jednością z kręgosłupami, miał to gdzieś. Istniał tylko on, ona i turkot kół, obrazy za oknami. Dobrze. Jest tak bardzo, bardzo dobrze, ścięgna nie bolą, nogi też. Ręce są ciepłe i trochę spocone. Na plecach czuć miękkie włókna swetra. Na brzuchu twardym ze strachu i wciąż spinanych mięśni leży dłoń. Jest tak wspaniale i dobrze, nawet kiedy spada się w dół. Kiedy pęknie most i zwali się do rzeki, nawet gdy do przedziału wtargnęła woda niwecząc szkła i zasłony PKP.

[tylko pstryk]

Obłęd się skończył. Wszystkie góry odeszły w dal, śnieg stopniał, a drzewo trwające na pograniczu żywiołów zostało połamane przez ostatni w jego życiu piorun. W końcu wszystko się skończyło. Stał na plaży i patrzył w te fale. Tak wspaniale miękkie i szumiące. Tego dnia starczyło, że kocha i wieje ciepły wiatr znad wydm. Piasek opiekuńczy. Niebo rozmarzone. Woda słona. Proste epitety na wyrażenie prostych zjawisk i korzeni. Sosnowy las, osowlaęł ptraszki, małęęęe robacxzkik pęłżajaźąe pod jego spodnacih stonki biekrdrdronki płąćzący się ze szczęścia jezyk... waspanaaiele... Nagle schylił się powoli i wziął w dłoń trochę piasku. Ziarenka przesypały się przez palce. Spojrzał na nie i odpłynął myślami. Znów zachodziło Słońce. Kolejny raz matka Noc zabierała samotnych mężczyzn na wyspy wiecznej szczęśliwości. Gładka, granatowa suknia okrywała cały znany z map świat, świat z opowiadań i wierszy. Świat pełen jest koszmarnych widoków, wizji, na które jedyną odpowiedzią jest obłęd. Do pewnego momentu w życiu wszyscy jesteśmy szczęśliwymi dziećmi własnej wiary. Nikomu nie przychodzi do głowy, żeby zadać sobie pytanie, zadać komuś wyższemu kwestię, te kilka słów. Co jest za górą, za lasem, za tamtym pagórkiem. Pewnego dnia następuje taki czas, że w końcu sami się dowiadujemy. Młodzi, zarozumiali chłopcy spotykają starsze od nich dziewczyny i uczą się pokory i szacunku. Młode dziewczynki spotykają starszych od siebie chłopców i uczą się milczeć. W nocy, gdy zapada zmierzch ludzie odkrywają drugi świat, świat baśni, pełen koszmarów zaglądających do dziecinnych wózeczków, pobrzękujących grzechotkami swych suchych, drewnianych palców. Niemowlaki płaczą, wołają matkę i ojca, żeby zaskoczyli światłem zmierzch. W ciemności pod górami żyją niemowlęta skał, nastoletnie góry, które dla zabawy spadają, toczą się w szalonych orgiach, zabierają ze sobą ludzi w profesjonalnych ubraniach i z profesjonalnym sprzętem. W nocy nie próbuj poznać niczego zmysłami. Kiedy wieje wiatr, kiedy szare kontury budowli wrzynają się w niebo, kiedy morze jest spokojne i błyszczące nie marnuj nigdy okazji by się zamknąć. Tylko cisza i tylko myśli mogą nas uratować. Setki myśli na sekundę, chaos w jego głowie. Porządek uciekający jak ten morski piach. Nie do wyrażenie na papierze, monitorze ani w słowach.

[tylko pstryk]

Pełnia niepewności okrywała jego głowę. Setka obaw drżała w jego dłoniach. Znów wpadał w szał, kiedy wymykało mu się z rąk całe jego życie. Czas unikał jego wzroku, kiedy patrzał się w twarz kobiety naprzeciwko. Wytarta kanapa w przedziale pociągu, stolik pod oknem, poniżej śmietnik. Zasuwane, szklane drzwi i szmaty zasłon. Delikatne kurze łapki i pajączki w kącikach ust. Stara jak niektóre płyty chodnikowe albo drzewa w parku. Kiedyś... nieważne, kim była kiedyś. Może walczyła z czołgami na ulicach, może kwiatem próbowała pokonać twardą, połyskliwą pałkę rycerzy niesprawiedliwości. Może wszystko to już przeminęło i nie było już nic, co warto wspominać. Może uciekała od życia w kierunku, do którego on siedział plecami. Ta kobieta mogła być wszystkim, tak mało wiemy o ludziach patrząc raz na ich twarz, tak mało, a wydaje się, że tak wiele. Niektórzy od razu pokazują kim są - śmieją się, żartują i każą trzymać się za rozchichotany brzuch - wychodzą na chwilę uśmiechając się jak po udanym występie, żeby zwymiotować w dworcowej toalecie. Są smutni, wyniośli i każą uważać na ich opanowane oczy - wychodzą na chwilę, by w ciemnym tunelu uczynić wiele dobra, którego nikt nie zobaczy, o którym nikt nie będzie nigdy pamiętał, nawet sam nim obdarowany. Są nijacy, szarzy i mdli - wychodzą na chwilę, by spojrzeć w okno, zapalić papierosa, dodać sobie odwagi i wrócić, aby trwać w tej samej szarości. Piją morza wódki, obliczają procenty i kalorie zawarte w butelkach sztucznie drogich win, liczą się ze wszystkim poza sobą. Kochają i boją się samego cierpienia, nie przyjmują go do wiadomości wychowani na uczuciach wiecznie odwzajemnionych, na pięknych kochankach w opiekuńczych splotach korzeni prastarych jaworów. Nienawidzą dla samych siebie, nie ochraniają przed niesmakiem, przed bólem nikogo poza sobą. Usprawiedliwiają swoje marne lęki, zaciskają w niemym gniewie pięści i milczą zagryzając wargi. Gdzieś obok, w którymś w setek przesuwających się równolegle przedziałów, młoda, jędrna kobieta przegryza wargę w niepohamowanym orgazmie. Bordowa kropla spływa do kącika rozwartych ust, gromadzi się by po chwili spłynąć do ucha. Noc patrzy na jej półnagie ciało, piękne i twarde, silne. Patrzy na wiele dla niej znaczący jeszcze seks. Patrzy na poetów z trawą w zębach, z sianem w butach, patrzy na oklaski setek łatwowiernych dziewczyn. Patrzy na zgorzkniałych filozofów, marnych analizatorów kolejnych, mijających w ich oczach społeczeństw i pluje mlecznymi drogami. Za każdym razem, kiedy ludzie wypowiadają życzenie patrząc w spadający meteoryt, nie mają pojęcia, gdzie leci, dokąd ognisty ogon zmierza, gdzie spocznie. W którym domu pogrążonym w mroku, rozświetlonym tylko niebieskawym światłem ekranów, wybuchnie spełnieniem. Matka niesie swoje ukochane pyły po miastach, po lasach, po drogach. Marne pyły, tak inne od reszty popiołu. Krążące, wirujące, latające w powietrzu, sklejające się ze sobą w rzadkie grudki. Drobiny wśród bezpiecznych tłumów, wśród stad, pomiędzy sforami pustych snów i psychodelicznych lotów zmęczonych życiem uczniów. Pyły odbijają się w kałużach, zręcznie unikają uderzeń deszczu, siadają na barierkach mola, na latarni na jego końcu. Trwają oświetlone, niewidzialne dla poetów, bezdomnych, drechów, dla wszystkich. Nikt ich nie widzi. Wszyscy myślą, że kiedy czytają czyjeś opowiadanie widzą ludzką duszę, prześwietlają ją swoim krótkim wzrokiem. Przebudzają się powoli, widzą różne punkty widzenia, a kiedy mają już zrozumieć, kiedy zaczynają czytać coś po raz drugi i trzeci zazwyczaj autor kończy. Niczym Bóg. Tak cicho, szeptem zapadasz w zadziwiony sen. Myślisz tak dużo, twoją twarz oświetla zieleń z ekranu komórki. Piszesz SMSy z setkami pytań, domagasz się wyjaśnień, a po drugiej stronie ktoś równie zagubiony, ktoś równie słaby, nie doczekasz się niczego, musisz sam zostać Bogiem, żeby uwierzyć. Musisz uwierzyć w samego siebie, żeby zacząć coś tworzyć. Tak właśnie jest. Rubinowe ptaki tak bardzo pasują do szarego nieba pełnego chmur, ale nie ma ich tam. Czyżby był tylko jeden Bóg?
Bóg?

[tylko pstryk]

O tym wszystkim myślał na tej plaży zanim przesypał się piasek. Myślał nieporuszony. Jeszcze żył przecież, to było ważne. Chyba. Znaczy ciężko jest po przebudzeniu każdego ranka i każdego parnego dnia, ciężko każdego wieczora i wietrznej nocy bez snów. Ciężko jest każdego spaceru i każdej piosenki. Ciężko, tak jakby grawitacja zaczęła działać na duszę. Jest tak właśnie, płaczesz i nie wiesz czemu, nie masz pojęcia czemu piszesz, dlaczego czytasz, słuchasz, wierzysz i w końcu nienawidzisz nawet swego cienia, który tak bezlitośnie cię opuścił. Umierasz za każdym razem, gdy ktoś kradnie twej miłości usta. Gdy krew w uchu się przelewa w kolejnym, bolesnym spazmie, targnięciu kosmosu wytrącającym z równowagi normalnych, szarych poddanych króla Słońce. Spadają jak płatki popiołu w chłodny, nocny rewir pod parapetem, pod dachem, osadzają się na cegłach, na tynku, na kocach rozłożonych w ciemnym lesie, na strzykawkach i butelkach, na wszystkim. Kurz, wszechmocny pan roztoczy i uczuleń, wszechwładny impregnator ludzkich pomysłów i miłości. W niego trafiają wciąż nowe pioruny, a on nic nie robi sobie z niczego. Oto prawdziwy styk żywiołu powietrza i ziemi, żadne tam powykręcane drzewo spalone pojedynczym piorunem, mijającym grzmotem, błyskawicą szczypiącą granatowe ciało matki Nocy.


Homek Toft

podobny-chmurom-zbieg@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||