Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Jamartin ::::

Niech wygra lepszy



Z niecierpliwością oczekiwałem Międzyszkolnej Wojewódzkiej Olimpiady Gimnazjalistów. Miałem startować w biegu na 5000 m. Wiązałem z tym wielkie nadzieje, jednak tak naprawdę nie byłem faworytem i miejsce na podium byłoby moim wielkim sukcesem.

Trenowałem, wyciskając z siebie siódme poty, jednak lubiłem trenować. Ciężkie treningi i włożony w nie wysiłek dodawały mi wiary w siebie i w to, że stać mnie na wiele. Gdy wracałem do domu zmęczony i zalany potem, byłem dumny i zadowolony z siebie. Wiedziałem, że na zwycięstwo nie składa się jeden start, lecz masa wytrwałych treningów.

Narkotyki, środki dopingujące - gdy o tym myślałem, przechodziły mi ciarki po grzbiecie. Zawsze kierowałem się zasadą fair play, która dla mnie znaczyła po prostu "Niech wygra lepszy". Żal mi było tych, którzy wygrywali nieuczciwie, uciekając się do niedozwolonych środków. Oni tak naprawdę nie wiedzą, czym jest zwycięstwo.

W końcu nadszedł ten wielki dzień mojego biegu. Gdy stanąłem na linii startu, serce waliło mi jak młotem. Myślałem sobie: "Michał, nie denerwuj się. To, że udało ci się zakwalifikować do tych zawodów, to już bardzo dużo. Powinieneś być dumny, że tu teraz stoisz". Ale z drugiej strony wiedziałem, że bardzo ciężko pracowałem nad swoją kondycją i stać mnie na jeszcze więcej.

- Michał - daj z siebie wszystko - szepnąłem do siebie i...

- Start! - Głos startera rozległ się w mojej głowie niczym grom z nieba. Ruszyłem co sił w nogach. Starałem się zawsze już na starcie objąć prowadzenie. Udało mi się to wraz z dwoma wysokimi dryblasami. Przebiegliśmy kilometr, dwa. Przewaga naszej trójki była wyraźna i wiadomo było, że to między nami rozegra się walka o zwycięstwo. Nie myślałem o tym. Starałem się możliwie jak najlepiej rozłożyć siły na cały bieg, by dać z siebie wszystko, lecz tak, aby został mi ich zapas na finisz.

Po czterech kilometrach tempo biegu się zwiększyło. Wydawało już mi się, że biegnę pod górkę, która im dłużej, tym bardziej była stroma. Pozwoliłem tym dwóm biegnącym dotychczas na równi ze mną chłopakom wyprzedzić się o 10-15 metrów.

Ostatnie dwieście metrów. Muszę dać z siebie wszystko. Już jestem tuż za pierwszą dwójką. Jeszcze trochę... Jeden został w tyle.

Do końca pięćdziesiąt metrów. Już jestem na równi z prowadzącym. Słyszę gorący doping. Nie widzę nic oprócz linii mety. Ten bieg przerodził się w sprint. Przeciwnik nie daje za wygraną. Meta!

Zwyciężyłem!

Byłem lepszy od wszystkich!

Byłem najlepszy!


***


Minęło siedem lat. Byłem już trzykrotnym mistrzem Polski, dwukrotnym mistrzem Europy i mistrzem świata. Nigdy nie sięgnąłem po narkotyki. Wszystko wygrywałem dzięki ciężkiej pracy na treningach. Często na konferencjach prasowych wypowiadałem się na temat dopingu. Można by nawet powiedzieć, że prowadziłem z nimi wojnę. Często dawałem pieniądze na badania nad wykrywaniem coraz to nowych anabolików oraz na to, by zwiększono ilość kontroli antydopingowych. Podkreślałem też, że zasada fair play jest dla mnie zasadą: "Niech wygra lepszy". Byłem wzorem do naśladowania dla młodych sportowców. Często dostawałem nagrody fair play. Dzięki mojej postawie miałem niezliczone rzesze fanów na całym świecie.

Za kilka tygodni miały się rozpocząć Letnie Igrzyska Olimpijskie. W pewien ciepły majowy wieczór zasiadłem przed telewizorem i oglądałem wiadomości sportowe.

- Na koniec wiadomość, która dotarła do nas z naukowego centrum badań nad niedozwolonymi środkami dopingującymi, a mianowicie badania trwające ponad dwa lata nad niewykrywalnym dotąd podczas kontroli antydopingowych narkotykiem o nazwie gepard, sponsorowane przez Michała Kłębickiego, zakończyły się sukcesem, co jest równoważne z tym, że już na Olimpiadzie będzie on wykrywalny. Toteż pragnę złożyć panu Michałowi serdeczne podziękowania w imieniu wszystkich kibiców sportowych, za to, że w znacznej mierze przyczynia się do tego, by oglądana przez nas walka na stadionach była fair.

"Szkoda, że nie będzie on wykrywalny już w kwalifikacjach do Igrzysk"- pomyślałem.

Tydzień później odbyły się kwalifikacje do biegu na 5000 metrów. Zdeklasowałem rywali.

Wszystko szło mi jak po maśle. Nie miałem sobie równych i wszystko wskazywało na to, że to, co dla sportowca najcenniejsze, a czego ja jeszcze nie miałem w swym dorobku, a mianowicie złoto olimpijskie, jest w zasięgu ręki.

W noc poprzedzającą mój, jak dotąd, najważniejszy występ w karierze, miałem dziwny sen. Znalazłem się w osobliwym pomieszczeniu, otoczonym błękitną poświatą i właściwie nie mającym sufitu. Przede mną stały dziwne postacie, podobne do ludzi, jednak większe i potężniejsze. Każda z nich była inna. Pośrodku stał ogromny tron, a na nim siedział olbrzymi, większy od wszystkich sędziwy starzec z brodą dłuższą niż ja. W jego władczym spojrzeniu zauważyłem nutkę goryczy i cierpienie.

- Niech wygra lepszy! - zagrzmiał olbrzym, po czym wszystko znikło i się obudziłem.

Domyślałem się, że byłem na Olimpie, a słowa, które usłyszałem, padły z ust samego gromowładnego Zeusa otoczonego innymi bogami. Słowa te znałem od bardzo dawna i zawsze się nimi kierowałem. Domyślałem się, że tym razem mają znaczyć więcej niż zwykle, lecz nie miałem pojęcia, ile tak naprawdę znaczyły...

W końcu nadszedł czas mojego biegu. Miałem startować z trzeciego stanowiska. Właściwie nie miałem sobie równych. Przez jakiś czas dotrzymać kroku mógł mi tylko Amerykanin Colin Kisher. Jeszcze kilka rad od trenera - Roberta i ruszyłem na swoje stanowisko. Moje wejście na bieżnię tłumy zgromadzone na trybunach przyjęły gorącym aplauzem. Podziękowałem im niskim ukłonem i zająłem swoje miejsce.

- Michał, daj z siebie wszystko - szepnąłem do siebie, po czym huk pistoletu wystrzelonego przez startera natychmiast wprawił mnie w ruch.

Biegnąc, wciąż słyszałem w głowie słowa wypowiedziane przez Zeusa i zastanawiałem się, jakie będą one miały w tym biegu znaczenie.

Po dwóch kilometrach prowadziłem, tuż za mną biegli Colin Kisher wraz z jakimś Hiszpanem, a reszta biegu ciągnęła się daleko za nimi. W głowie wciąż kołatała mi jedna myśl: "Co znaczył ten sen?"

Przebiegłem już trzy kilometry. Amerykanin trzymał się dzielnie - biegł pierś w pierś ze mną. Hiszpan nie wytrzymał tempa i w końcu dogoniła go reszta zawodników będąca daleko za nami. Wtem stało się coś, co mnie uspokoiło: Colin Kisher upadł. Przypominając sobie słowa: "Niech wygra lepszy" bez zastanowienia zatrzymałem się i pomogłem mu wstać. Ten gest został przyjęty gorącymi oklaskami. Nasza przewaga nad resztą biegu znacznie się zmniejszyła, lecz nie znikła. Teraz już byłem spokojny o to, że wygra lepszy.

Do końca dwieście metrów. Amerykanin był tuż za mną. Zdecydowanie przyspieszyłem. Już ostatnie kilka kroków i...

- Jest! Proszę państwa! Michał Kłębicki jak najbardziej zasłużenie zdobywa złoty medal olimpijski!

W końcu się uspokoiłem. "Teraz już nic nie przeszkodzi mi w odebraniu medalu. Jeszcze tylko kontrola antydopingowa i za kilka godzin dekoracja zwycięzców" - pomyślałem.

Po godzinie byłem już w wiosce olimpijskiej w swoim pokoju. Postanowiłem, że przed wręczeniem medali jeszcze się zdrzemnę po tak wyczerpującym biegu.

Nagle, gdy drzemałem sobie na kanapie, zbudził mnie telefon. Podniosłem słuchawkę, po czym, gdy usłyszałem pierwsze zdanie, natychmiast ją odłożyłem. Przez chwilę ciszy, która zapanowała, w głowie przewinęło mi się mnóstwo myśli.

"To niemożliwe. To musi być pomyłka. Albo jeszcze się nie zbudziłem. To tylko koszmarny sen".

Uszczypnąłem swoją dłoń najmocniej jak mogłem. Bez pożądanego skutku (jedynym następstwem był silny ból). Telefon zadzwonił znowu. Drżącą ręką uniosłem słuchawkę:

- Słucham? - bąknąłem.

- Panie Michale - też nie mogliśmy w to uwierzyć...

- To pomyłka. Powtórzcie testy.

- Niestety, powtarzaliśmy je trzy razy. Z przykrością muszę stwierdzić, że w takiej sytuacji zostanie panu odebrany medal. Może także pan mieć zakaz występu w następnych Igrzyskach Olimpijskich...

Odłożyłem słuchawkę. Wziąłem telefon komórkowy, chcąc zadzwonić do trenera, lecz zauważyłem, że otrzymałem od niego SMS-a. Natychmiast go odebrałem. Wtedy przeczytałem zdanie, które wszystko wyjaśniało, lecz zarazem pogrążyło mnie w rozpaczy:

Michał, wiem o wszystkim i przepraszam cię za to, że nie wiedziałem, iż gepard jest już wykrywalny. Przez te trzy lata nie był. Ty i tak zasłużyłeś postawą na swoje medale. Uciekam.

Roberto

Gorzko zapłakałem.

Z początku nie mogłem pochwycić oszalałych myśli. To ma być trener?! Przyjaciel?! Dlaczego właśnie mnie to musiało spotkać? Za co? Wiedział o mojej walce z dopingiem - moje stanowisko w tej sprawie znają wszyscy!

Gonitwa myśli ustała, jad zalał serce... to dlatego szło mi tak świetnie... to nie ja wygrywałem... Trzy, cztery lata temu byłem jeszcze bardzo młodym zawodnikiem i choć byłem uważany za talent, to wciąż nie mogłem się przebić do światowej czołówki. Roberto wiedział, że już wtedy byłem głodny sukcesów. Znał także moją niechęć do wszelkiego rodzaju oszustw, a szczególnie środków dopingujących... Dlatego nie poinformował mnie o tym, że je otrzymuję. Znał mnie jednak za krótko, by wiedzieć, iż mimo mojego ogromnego głodu zwycięstwa, jestem wytrwały jak nikt inny i nie zniechęcą mnie nawet bezowocne lata treningów. A ja? Naiwny! Myślałem, że te wspaniałe i coraz to łatwiejsze zwycięstwa zawdzięczam ciężkiej pracy, której nigdy nie zaniechałem...

Teraz zrozumiałem, że zawisło nade mną fatum, okrutny, nieodwracalny los jak los Edypa. Zawsze robiłem, co mogłem, żeby grać uczciwie, lecz teraz to wszystko obróciło się przeciw mnie. Już znałem powody goryczy i smutku w spojrzeniu Zeusa wypowiadającego słowa: "Niech wygra lepszy". To zdanie także już rozumiałem.

Przeczytałem wiadomość jeszcze raz. Szczególnie zastanowiły mnie słowa: ...Przez te trzy lata nie był. (wykrywalny). Ty i tak zasłużyłeś postawą na swoje medale..

- Bzdura! - wybuchnąłem - to czy ktoś zasłużył na medal, czy nie, rozstrzyga się na bieżni. Na medale zasługują tylko najlepsi, a będąc nieczystym jest się najgorszym. Nawet ostatni jest lepszy od nieczystego. - Mówiąc te słowa, podejmowałem niesamowicie trudną decyzję: postanowiłem oddać wszystkie medale zdobyte w ciągu ostatnich trzech lat, a były to moje najcenniejsze trofea: trzy złota z Mistrzostw Polski, dwa - z Mistrzostw Europy i jedno - z Mistrzostw Świata.

***

Minęły cztery dni. Jeszcze nie do końca pojednany z losem przygotowywałem się na jutrzejszą konferencję prasową. Po niej miała zapaść ostateczna decyzja o wymiarze kary. Było prawie pewne, że nie będę mógł brać udziału w następnej olimpiadzie. Byłoby to dla mnie ciosem nie do zniesienia.

Właśnie zdejmowałem zdobiące ścianę medale. Biorąc do ręki ostatni, zauważyłem pośród kilku pozostałych wiszących na ścianie jeden złoty z wyrytymi olimpijskimi sczepionymi ze sobą kołami. Obok niego wisiała fotografia z piętnastoletnim, spoconym i zmęczonym, ale mimo to uśmiechniętym od ucha do ucha chłopcem. Stał on na najwyższym stopniu podium, a na jego szyi, na biało-czerwonej wstążce wisiał złoty krążek. Ten sam, co na ścianie obok zdjęcia.

- Wojewódzka Międzyszkolna Olimpiada dla Gimnazjalistów - szepnąłem sam do siebie z promiennym uśmiechem na twarzy, a w oku zakręciła mi się łza.

"Ten medal to moje najwspanialsze trofeum, bo to złoto jest czyste, a nie splamione oszustwem"- pomyślałem. "Wtedy zwyciężyłem naprawdę, zwyciężyłem, bo byłem najlepszy!"

Na konferencji prasowej ujawniłem treść SMS-a, który otrzymałem od byłego trenera, po czym wyrzekłem się nieuczciwych medali składając je na ręce prezesa PKOL-u.

- Dlaczego pan to robi? Przecież Komitet Olimpijski nie zakazał panu posiadania tych medali. Może pan je mieć bez względu na to, czy je pan zdobył uczciwie, czy też nie. A poza tym przecież, gdy je pan zdobywał, to nie miał pan pojęcia, że jest pod wpływem środków dopingujących. - rzekł jeden z dziennikarzy.

- Oczywiście to wszystko prawda – odpowiedziałem - lecz bez względu na wszystko, zdobyłem te medale nieuczciwie, nie będąc najlepszym. Dlatego w moim posiadaniu zawsze będą one brudne, splamione oszustwem i przesiąknięte grą nie fair. Zdobyty przeze mnie medal powinien mi przypominać, że odniosłem zwycięstwo, byłem najlepszy, a patrząc na nie myślę tylko o tym, że nie powinny należeć do mnie - dodałem.

Po tej wypowiedzi, choć może mi się zdaje, w oczach dziennikarzy ujrzałem podziw.

Padło jeszcze kilka banalnych pytań, po czym konferencja prasowa zakończyła się i mogłem jechać do swojego mieszkania. Wieczorem miała zapaść decyzja o mojej dalszej karierze. Wiedziałem, że ujawniona przeze mnie prawda o tym, że nie tylko teraz nie byłem czysty, mogła wpłynąć niekorzystnie na moje dalsze losy. Mimo to byłem zadowolony z siebie.

Już zapadał zmierzch, gdy zadzwonił telefon. Odebrałem.

- Słucham?

- Czy mam przyjemność z Michałem Kłębickim?

- Tak.

- Panie Michale, otóż zapadła oficjalna decyzja. Jej postanowieniem jest to, iż przez prawie cztery lata, aż do kwalifikacji kolejnych Igrzysk Olimpijskich, nie będzie pan mógł brać udziału w żadnych oficjalnych zawodach sportowych. Wierząc w pana uczciwość i ze względu na pański gest podczas konferencji prasowej, zdecydowaliśmy, że będzie pan mógł wziąć udział w tej najważniejszej dla sportowca imprezie. Jakąś karę, niestety, trzeba było ustanowić, ponieważ faktem jest, iż świadomie czy też nie rywalizował pan pod wpływem środków dopingujących. Do widzenia.

- Do widzenia - mruknąłem i odłożyłem słuchawkę.

Westchnąłem. Cztery lata to dla sportowca bardzo dużo, lecz ja myślałem tylko o Olimpiadzie. Ona była moim światełkiem w tunelu, promykiem na zachmurzonym niebie. To była trudna chwila. Miałem do wyboru: albo się poddać - zrezygnować z kariery sportowej, albo wytrwale trenować. Długo myślałem. Uroniłem kilka łez. W końcu podjąłem decyzję. Postanowiłem iść wytrwale w stronę światełka i nie poddawać się. Rozpocząłem czteroletnie przygotowania do Igrzysk Olimpijskich.

Zawsze powtarzałem, że aby osiągnąć sukces, trzeba wytrwale dążyć do celu. W przypadku sukcesu sportowego tym dążeniem są ciężkie treningi. Tak jak kiedyś, gdy byłem nastolatkiem i trenowałem do Wojewódzkiej Międzyszkolnej Olimpiady dla Gimnazjalistów, tak i teraz treningi sprawiały mi radość. Uświadomiłem sobie, że jest wiele osób, które spotkało gorsze nieszczęście niż moje. Są tacy, którym los odebrał władzę w nogach, a mimo to się nie poddają.

Dzięki swoim oszczędnościom mogłem dalej prowadzić jeszcze bardziej zażartą wojnę z niedozwolonymi środkami dopingującymi. Wspomagałem także finansowo sporty niepełnosprawnych.

Dopiero przez te cztery lata nauczyłem się, czym tak naprawdę jest wytrwałość. Zauważyłem, że bez dopingu wcale nie jestem taki mocny, jak mi się wydawało. Owszem, byłbym może i nawet czołówce, lecz o złoto byłoby bardzo trudno. Wiedziałem, że czeka mnie bardzo dużo ciężkiej pracy. Jednak miałem na nią aż cztery lata. Po każdym przetrenowanym dniu im bardziej się zmęczyłem, tym bardziej byłem zadowolony.

Olimpiada się zbliżała, a moja forma rosła. Przez te cztery lata nabierałem także rozwagi i roztropności. Znakomicie wyćwiczyłem rozkładanie sił na cały dystans.

Na dwa miesiące przed Igrzyskami odbyły się kwalifikacje. Wygrałem je bezkonkurencyjnie. To jeszcze bardziej mnie zmobilizowało. Przecież w olimpiadzie biorą udział tylko najlepsi!

W końcu nadszedł ten upragniony przez mnie dzień. Rozpierała mnie energia i radość. Znów mogłem poczuć sportową atmosferę.

Gdy nadszedł czas, byłem już na linii startu. Znowu na stanowisku obok mnie startował Colin Kisher. Nie on był jednak faworytem, a Nigeryjczyk Emanuel Kaligude.

- Niech wygra lepszy, ale ty, Michał, daj z siebie wszystko - wyszeptałem, po czym sygnał startu automatycznie wprawił moje nogi w ruch.

Już po pierwszym kilometrze było raczej wiadomo, że jeśli nic niespodziewanego się nie wydarzy, to walka o złoto rozegra się między prowadzącym, czyli mną, drugim - Emanuelem Kaligudem oraz trzecim - Colinem Kisherem. Za tą trójką była przepaść.

Po trzech kilometrach wciąż prowadziłem. Miałem znaczną przewagę nad będącym na drugim miejscu Nigerczykiem, jednak bałem się, że nadałem tak szybkie tempo, iż sam mogę nie wytrzymać.

Po czwartym kilometrze czułem, że biegnę już z ostatkiem sił. Wydawało mi się, że mam nogi z kamienia i biegnę pod coraz to bardziej stromą górę. Jednak gdy dotarły do mnie słowa komentatora, że mam kolosalną przewagę nad innymi i biegnę po rekord świata, wstąpiły we mnie nowe, niespożyte siły.

Przebiegłem już cztery i pół kilometra. Czułem, że padnę, ale wciąż parłem naprzód. Nigerczyk zaczął mnie doganiać.

Na dwieście metrów przed końcem przyspieszyłem ostatkiem sił. Emanuel Kaligude deptał już mi po piętach. W głowie miałem szum. Widziałem już tylko linię mety, na którą rzuciłem się, jak drapieżnik rzuca się na swoją zdobycz...

- Proszę państwa! Rekord świata na dystansie 5000 metrów od dzisiaj należy do Michała Kłębickiego! - Echo głosu komentatora obiło się po całym stadionie.


WYGRAŁEM!

BYŁEM LEPSZY OD WSZYSTKICH!

BYŁEM NAJLEPSZY!


Jamartin

jamartin1@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||