|
Niezatytułowany
Fragment znaleziony w "niebieskim zeszycie" gdzieś w kartotekach Arkham Asylum.
"Budzę się. Znowu. Po raz kolejny psychoza rozdziera chmury moich myśli. Widzę jakby spaczoną geometrią krzywych i prostych linii galopujących na przemian z przerażającym plugastwem, po kątach pomieszczenia, kwadratowego pokoju o ścianach wyłożonych kremowymi, lekko sfatygowanymi materacami. Szszzsz. Kaftan nie daje za wygraną. Ale się nie poddam. Nie wiedzą, On przyjdzie, po mnie, ale to oni zginą [...]. Zasypiam.
Tymczasem paraliżująca czerń wlewa się przez moje oczy do umysłu. Znowu wizje. Znowu Heksagonalne Piramidy leżące gdzieś na Nieznanej Gwieździe, hen poza znanymi horyzontami zdarzeń. I czerń. Khrrr. Jakieś zachrypłe modły. Mantra?
"Rya sy'lszz, ftagn, ftagn! Ftagn! [...]". Dźrrrr!. Piorun rozdziera smoliste chmury, widzę to: Setki [...] istot w neurotycznym pląsie gra na bębnach. Dum dum dum. [...]. Ogromne piramidy, Heksagonalne Piramidy Ra. Nie wiem skąd, ale znam tą nazwę. I lustra. Jakby bramy do wymiarów nieistniejących w naszym pojmowaniu tego słowa. Widzę jakby wypaczone karykatury własnej parodii tej gigantycznej makabry. To istoty, przechodzą przez lustra niosąc za i ze sobą rozkład i paraliżującą grozę. Smoliste chmury znowu rozdziera grom. Widzę TO! Ta rzecz. Nie przypomina czegokolwiek, co zostało stworzone czy też powstało samo z siebie. To czysta esencja plugawej nierealności, nieistniejące istnienie, o tysiącu pragnień i stukroć większym głodzie światów. Żadnymi słowami nie jestem w stanie oddać wierności wypaczonej groteski, jaką jest ta zdająca się być pierworodną konfuzją Kula Czerni. Te gromy rozdzierające chmury. To początek i koniec. To oś zniszczenia.[...] Synowie tej bestii, tej nieskończenie obrzydliwej rzeczy, krzyczeli ku nieistniejącym gwiazdom. Jeden czarny, o karykaturalnej sylwetce zdeformowanego promieniowaniem niedźwiedzia i jego bliźniaczo brzydki brat-karykatura sokoła. I inni, swoją brzydotą i nieopisywalnością dorównujący niemal ich protoplascie. [...]
Ra był raczej łagodny z usposobienia. Prowadziłem z nim nawet dyskusje na temat gwiazd. Jego wyniosła sylwetka i postura rzeźbionego w marmurze władcy zdawała się przeczyć jakimkolwiek regułom transformacji. Pod tą postacią dał się znieść. Może poza śmiertelnie głęboko niebieskimi oczyma, które patrząc zdawały się zamrażać ofiarę i wysysać z niej jakiekolwiek emocje i uczucia. Stajesz się po prostu posągiem, kolejną rzeźbą w Ogrodzie Ra.
Ra ponadto był bardzo inteligentny. Nie przejawiał tej plugawej nierealności i nieskończenie wielkiego głodu światów, co w postaci Niszczyciela. Zdaje mi się, że byłem jakby jego nową maskotką, maskotką smiertelnie groźnego i spaczenie inteligentnego dziecka. Ra nie był dzieckiem.
Nie wiem jak długo rozmawiałem z Ra. Nauczyłem się od Niego wielu ciekawych rzeczy o geometrii i symetrii światów. Ra nauczył mnie znajdować punkty przecięć linii życia. Nauczył mnie jak czerpać energię z otaczającej przestrzeni. Ra umie nauczać poprzez sny.
Kilka razy nawet Ra zabrał mnie na międzygwiezdne podróże. Do niewidocznych z Ziemi gwiazd. Widziałem, co się stało z światami, które zjadał Ra. Miałem dane sczęście nie widzieć tej okropności.
Jednak Ra w swej nieskończonej mądrości znajdował jakąś plugawą przyjemność w doprowadzaniu istot na skraj bezszelestnej psychozy i galopującego szaleństwa. Jego głód nowych emocji był wielki.
Ra w końcu znudził się mną. Przekazał mi wiele wiedzy, jednak tak naprawdę nie poznałem go choćby w najmniejszym stopniu. Nawet go polubiłem. Jednakże on nienawidzi wszystkiego, co przejawia jakiekolwiek objawy normalnego życia i zdrowia psychicznego. Wtedy zobaczyłem jego prawdziwe oblicze. Bezkresną plugawość, zapisaną gdzieś w zgniłych początkach istnienia.
Krzyczę:
"Niee! Proszę Nie! Nie znowu!!!!".
"Proszę się uspokoić, zaraz podamy środki uspokajające" - Głosy. Głos? Jeden???
Już widzę. To znowu ten idiota, pieprzony sukinsyn w za dużych brylach. Hrrr. Czuję rozluźnienie. Środek zaczyna działać. Cholerne psycho[...]. Nie wiedzą, nie widzieli jak czerń wylewa się z galopujących horyzontów nienazwanych wypaczeń. Nie wiedzą.
Tik tak, tik tak, tik tak. Umysł w zabójczej precyzji odlicza czas. On się zbliża. Tik tak tik tak.
Środek przestaje działać. Krzyczę:
"AAA! Pomocy!"
Drzwi miękkiego pokoju ponownie otwiera doktorek, wchodzi z czarnuchem i mulatem. Kolejni idioci. Strzykawka. Próbuje znowu. Kaftan puszcza. Czerwona, słodka i ciepła posoka zalewa pomieszczenie. Doktorek już. Cięcie. Cios, obrót, cięcie, piruet. Szkło jak zwykle niezawodne. Skok. Piruet i gruchotane kości. Wszystkie ciała kładę obok siebie. [...] On się zbliża, coraz szybciej. Krzyki, słyszę krzyki i czuję atmosferę nieprzeniknionej perwersji z najczarniejszych otchłani nieskończonej plugawości. On już jest. Znowu Mantra, głosy. Dum dum dum dum dum. Bębny, bębny, bębny. Ktoś błaga o litość, słyszę wyważane drzwi. Dość. Już niedaleko. Do wyjścia! Do wyjścia! Bębny. Bliżej. DUM DUM DUM. Światło gaśnie. "Podać kod. Podać kod". "Kod niepoprawny" Kolano, łokieć. "Bzrrrr! Kkoood przyjj bzlrlrlr" Urządzenie daje za wygraną, jeszcze tylko jedne drzwi. Hrrr. Znowu! Wizje! Jest bardzo blisko. Ra, Kula Nieskończoności, Niszczyciel Światów! Jezu ratuj, nie mogę tego opisać. On mnie zniszczy! Już mnie zniszczył.
Wyjście. Klap, klap, klap. Deszcz. Coś jeszcze???? Mlask mlask mlask... Ostatnie ciała..."
Khaoi
khaoi@tlen.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|