|
Bóg kłamstwa
>>"Autor informuje, że ten tekst jest w luźny sposób kontynuacją 'Starej siły', jednakże lektura tamtego opowiadania nie jest konieczna, co by zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Poza tym Autor ostrzega, że opowiadanie to nie jest wolne od błędów, które nie zostały wyeliminowane tylko z czystego lenistwa oraz z powodu zniechęcenia Autora, który uważa to dzieło - mówiąć szczerze - za jedno ze swoich mniej udanych. Jednak to tylko jego zdanie ;)" [Nie ma to jak wiara we własne siły ;) -M. Saint]<<
Prolog
"Muszę".
Powoli, nieustannie przemierzał ten świat, by dotrzeć do jednego celu. Podświadomie, zmierzał do niego, kierując się tylko prymitywnym, zwierzęcym instynktem. On! Taki wielki, potężny. Kiedyś.
Mijał rozmazane cienie. W niektórych mógł nawet rozróżnić co bardziej znane mu kształty. To mu dla przykładu przypominało... Nie potrafił tego stwierdzić. Niemy krzyk wydarł z jego krtani. Próba krzyku. Nie ma żadnej krtani.
"Muszę".
Kołatało mu w resztce pozostałej świadomości. Jedna dziwna, rozmazana forma... druga... Przemieszczają się. Nikną w odmętach innej, większej.
Nagle poczuł konieczność zawrócenia, jakby czyjaś potężna wola wywierała na niego wpływ. Chciał zawrócić, podążać za nią...
"Muszę".
Z trudem powstrzymał się, brnąc jakby pod prąd porywistej rzeki, podążał wciąż do przodu, do swego celu. Swego upragnionego celu. Jednak było mu coraz ciężej. Był słaby, bardzo słaby. Nie to co kiedyś. W niesamowitej mordędze posuwał się dalej i dalej. Kierowała nim tylko jedna myśl:
"Muszę".
Czuł, że się zbliża, teraz nie rozróżniał już żadnych cieni. Był w jednym z nich. Ogromnym, strasznym, martwym. Czuł, że to już niedaleko, wiedział to. Jednak coraz większy problem sprawiała mu dalsza wędrówka. Jakby materia wokół niego powoli mętniała, twardniała. Albo... jakby jego powłoka stawała się bardziej... materialna? Każdy łokieć do przodu równał się z wielkim bólem. Jeszcze jeden, wydawało się, że z bólu krzyczy. Jednak żaden dźwięk nie zakłócił ciszy.
Poczuł jak coś głęboko wbiło się w jego przedramię dosięgając delikatnych nerwów i wywołując spazm bólu. Ból. Jak dawno go nie odczuwał. Skoncentrował się na tym uczuciu i napawał nim. Ból, tak! Nareszcie!
Przedzierał się dalej przez cień, który teraz przybrał bardziej realne kształty. Czarny, twardy, wciąż martwy. Do przodu, do przodu, do celu. Cały czas czuł jak igiełki bólu znaczą jego ciało. Ale to jeszcze nie było to, czego oczekiwał, do czego zmierzał. W tej chwili kochał to własne cierpienie.
Uderzenie i... poczuł jak coś ustępuje pod naporem jego ręki. Gruz posypał się na ciemną, gładko oszlifowaną posadzkę. Tego na pewno nie stworzyła ludzka ręka. Wyglądało to tak, jakby już w Czasie Tworzenia powstało tym, czym jest teraz. Napawał swój wzrok ciałem, leżącym na dużym, wykonanym z kruczoczarnego kamienia, ołtarza, u podstawy którego widniały dziwne, splecione ze sobą linie, razem tworzące swoistą wiadomość. Imię.
Runął na leżącą, martwą postać.
Równocześnie w chwili, gdy wnikał w przegniłe kończyny, wyszeptał słowo, którego już od dawna nie słyszano w tym świecie:
- Vant'hrow.
Nagle uświadomił sobie, że zna dalszy ciąg myśli, która utrzymywała go przy "życiu".
"Muszę. Dla nich."
* * *
Rozdzierający krzyk mieszał się z kakofonią jaką tworzył, pochłaniający z zabójczą skutecznością strzechy chat ogień, trzeszczący przy tym wesoło; z innymi wrzaskami mordowanych oraz pochłanianych przez płomienie ludzi, widzących śmierć swoich najbliższych; zawalania się domostw i wzniesionego wysiłkiem wielu rąk, potężnego muru okalającego miasto.
Przestraszonym wzrokiem zlustrował buszujące wokół "oddziały". Z trudem myślał o tych potworach w ten sposób. To na pewno nie byli ludzie. Puste spojrzenie, sztywne ruchy, zaschnięte kończyny, odór śmierci.
Postaci kroczyły pomiędzy budynkami i bezlitośnie wyżynały niczemu winnych i całkowicie bezbronnych mieszkańców. Widział strach wymalowany w oczach nie potrafiących się bronić ludzi. Obserwował jak jedno z tych... stworzeń rozrywa na strzępy płaczące dziecko. Jak na ziemię spadają krwawe ochłapy, na które bestie rzuciły się by zmienić je w całkowitą breję.
Patrzył na to, a niepewność i przerażenie otwarcie odmalowywały się na jego twarzy, okazując jego wstręt do... samego ciebie - za to, iż zamiast bronić teraz tej dziewczynki, biernie się temu przygląda, czekając tylko na okazję nadarzającą się do ucieczki.
Widząc jak oddział potworów oddala się w innym kierunku, by tam zasiewać ziarno śmierci i od razu zebrać krwawe plony, ruszył przed siebie. Miał plan.
Obojętnie co zrobić, byleby uciec.
Kiedy tylko oddział stworów oddalił się, puścił się biegiem w kierunku południowej bramy. Mijał poszczególne, zniszczone, puste już teraz ulice. Wiedział, że w tej chwili nie żyje już prawie nikt, a reszta przeciwników męczy się z niedobitkami, które mężnie stawiają czoło w ostatecznej walce, która z góry skazana była na klęskę. Nikogo to jednak nie obchodziło, ważne było to, że śmierć nastąpi w godny sposób - w obronie tego, co kochają. Dla każdego jest to wymarzony rodzaj końca - jeśli można mówić o wymarzonej śmierci - i dla każde był wielkim zaszczytem. Co z tego, że nikt się o tym nie dowie? Ważne jest to, że w ostatnich chwilach roztoczy się nad nimi poczucie dobrze spełnionego obowiązku i niesplamionego honoru.
Dotarłszy do południowego wyjścia, bez zdziwienia zauważył kilka stojących przy nim stworów. Stały spokojnie, bez ruchu, bez okazana jakichkolwiek emocji - bezwzględni.
Wiedział, iż nie udałoby mu się przejść obok nich. Dlatego znalazł w murze niewielką wyrwę, z daleka nie było jej widać, znajdowała się tuż przy ziemi, osłaniana przez pokraczny krzak z fantastycznie powykręcanymi gałęziami. Jako dziecko często lubił się tutaj chować. To było jego miejsce. Gdy teraz, po tak długim czasie, znów stał przy nim, w kąciku oka zakręciła się pojedyncza łza. Odkąd dorósł, zapomniał o tym własnym zakątku. Odrzucił go ze swego życia. A teraz dzięki niemu uratuje swe życie.
Wczołgał się pod dziurę, i zaczął pełzać. Mur nie był gruby, toteż szybko znalazł się po drugiej stronie. Dopiero teraz naprawdę uwierzył, że może mu się udać...
Wciąż leżąc, czujnie rozejrzał się wokół. Nie znajdując niczego niepokojącego w pobliżu, ruszył przed siebie, przylegając całym ciałem do marnej resztki muru. Musiał jak najszybciej oddalić się od bramy i nie patrząc na nic, uciekać przed siebie. Byleby tylko nikt go nie zauważył.
Bez pośpiechu, uważając by nie wywoływać zbyt wiele hałasu, który mógłby ściągnąć mu na kark niemiłych towarzyszy, przechodził obok ruin miasta, gdy kątem oka dostrzegł jakiś kształt. Momentalnie odwrócił się w tym kierunku. Nim zdążył się zorientować co takiego się dzieje - coś ciężkiego uderzyło go w głowę. Upadł. Przez chwilę leżał lekko zamroczony, przed oczami miał cienie. Gdy odzyskał świadomość, ciężko i przeciągle westchnął, a potem spojrzał na to, co w niego uderzyło. Na tego kogoś - młodzieńca, na oko dwudziestolatka o jasnej, lekko żółtawej cerze wskazującej obce pochodzenie, brązowawo-rudawe włosy luźnymi kosmykami opadały na czoło, spod którego para zielonych oczu, mętnie wpatrywała się w barbarzyńcę. Chuderlawa sylwetka, patykowate nogi. Nie miał szans, by przetrwać tutaj, na pustyni, obok miasta opanowanego przez... te stwory.
- Dzień dobry panu - niepewnie odezwał się chłopak, w jego głosie można było wyczuć przerażenie i zarazem nadzieję. Bał się tych istot z miasta i... bał się też stojącego przed nim barbarzyńcy. Przeklął własną głupotę - zachciało mu zwiedzać obce krainy! Czy nie dobrze mu było we własnym królestwie? I teraz ma z jednej strony jakieś bezmózgie potwory, z drugiej oblepiony mięśniami barbarzyńca, który zapewne ma tyle samo rozumu co te chodzące trupy.
- Uciekamy... jak ci tam?
- Rimar.
- Spiesz się, zaraz ONE tu będą.
Barbarzyńca chwycił z rękaw Rimara i rzucił się biegiem przed siebie, na pustynię. Z dwoma bukłakami wody za pasem. Z pasożytem u boku.
* * *
W wielkim pomieszczeniu, w którym spokojnie zmieściłby się tysięczny oddział ciężkozbrojnej piechoty w pełnym rynsztunku, przy suto zastawionym stole, siedziało pięć postaci: elf, krasnolud, goblin i dwóch ludzi. Taka mieszanka gwarantowała burzliwe obrady.
- Panowie - rozpoczął jeden z ludzi: mężczyzna o imieniu Metenion. Uśmiechał się przymilnie, a jego małe, chytre oczka bezustannie obserwowały wszystkich członków zebrania, poszukując u nich jakiś zmaz, rys, słabości, które potem, gdy już uporają się z nadciągającym kłopotem, będzie mógł przeciw nim wykorzystać.
- Panowie - powtórzył - dobrze wiecie po co tu przybyliśmy. Musimy podjąć decyzję: atakujemy, czy nie?
- Jestem za - odezwał się po dłuższej chwili milczenia niski krasnolud - Tulhunor - o długiej, chaotycznie spływającej po żelaznym kołnierzu brodzie, zaciętym wyrazie twarzy. Krasnolud bez przerwy lustrował zmrużonymi oczyma stojących w równym szeregu przy drzwiach do komnaty żołnierzy. Nigdy nikomu nie ufał - musimy wyplenić to... zło. Nie można pozwolić, by opanowało...
- Tak, tak! - szybko zapewnił oślizgły, piskliwy głosik należący do Gheexa. Zielonego, wstrętnego, barbarzyńskiego goblina; o kruczoczarnych, długich włosach, prymitywnie związanych w ogon opadający po plecach. Nikt nie chciał tutaj zapraszać goblina. Nikt nie mógł sobie pozwolić, by jego potęga nie zaangażowała się w tą wojnę - Zabijemy, wyprujemy, zniszczymy! To znaczy chciałem powiedzieć, że ruszymy z misją wyzwoleńczą.
- A co ty o tym myślisz, Quertenie? - odezwał się Metenion - czy popierasz ten atak?
- Nie - odpowiedział po długim zastanowieniu drugi z ludzi, stary, łysawy mag o wiecznie strapionym obliczu, pooranej zmarszczkami twarzy. Jego szczęka minimalnie zadrżała, jakby przygryzał zęby. Wrogim wzrokiem spojrzał na siedzących wokół - Nie popieram tego ataku, nie popieram żadnej wojny. Wiem, że przynosi ona zło, śmierć, krew i płacz. Nienawidzę jej. Ale zdaje sobie sprawę, że to co wy zamierzacie jest konieczne. Muszę się na to zgodzić.
Troje osób wypuściło z płuc długo wstrzymywane powietrze. Westchnienie ulgi.
- A... - tym razem Metenion zwrócił się do siedzącego obok goblina Fea'entesa - wysokiego i dumnego elfa o emfatycznym spojrzeniu, w którym kryło się obrzydzenie, na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że do siedzącego obok Gheexa. - Czy i ty elfi królu nas poprzesz?
Elf wstał od stołu. Dumnie wyprostowany, trzymając prosto głowę, patrząc wprost na wielki gobelin okrywający ścianę, jednak jakby omijając go wzrokiem, krótko odparł:
- Nie.
Człowiek, goblin i krasnolud ze zdziwieniem spojrzeli po sobie jakby poszukując sojusznika. Jedynie mag nie wyglądał na zaskoczonego. Nawet uśmiechnął się lekko pod nosem.
- D... dlaczego? - wydusił z siebie Metenion, bardzo liczył na udział elfów w kampanii, przypuszczał, że to zebranie będzie tylko formalnością. Pomylił się srodze. - Czy nie widzisz zagrożenia!? Jeśli ich nie powstrzymamy...
- Żaden z mych leśnych braci nie umrze w tej wojnie - powiedział elf, ignorując zadane mu pytanie. Raz jeszcze przyjrzał się siedzącym przy stole. Mogłoby się wydawać, że mrugnął, gdy jego wzrok prześlizgiwał się twarzy Quertena. Potem uśmiechnął się gorzko i wymaszerował ku wyjściu.
Gdy zatrzasnęły się za nim drzwi, goblin splunął i rozgniewanym głosem oświadczył.
- Głupie leśne czarownice! Zawsze bały się o własne dupy! Kiedyś trzeba będzie ich nauczyć tej cholernej pokory!
- Spokojnie! Nie po to się tu zebraliśmy! Powinniśmy ustalić taktykę, a teraz... trochę ulegnie zmianie, gdy zabrakło...
- Jaka gówniana taktyka! - zdenerwował się Gheex - Zalejemy tą ich cholerną pustynię i zniszczymy ten pomiot! Po co nam jakieś strategie!? Mamy dość siły by zmieść ich i każde inne królestwo z powierzchni tego świata!
- Więc decyzja podjęta? - upewniał się Metenion. Querten spuszczając wzrok przytaknął. Tulhunor poszedł w jego ślady - Dobrze. Trzeba zebrać wszystkie siły a potem...
- Potem będzie rzeź - goblin wyszczerzył nierówne, brudne zęby w okrutnym uśmiechu, ignorując przestraszone miny współrozmówców. To on był tutaj najpotężniejszy.
* * *
- Jak długo jeszcze?
Odpowiedziała mu cisza.
- Ty, barbarzyńca...Therothr, no odezwij się wreszcie! Co tak milczysz!?
Nagle barbarzyńca zatrzymał się, gniewnie spojrzał na swego towarzysza po czym bardzo cicho, prawie bezgłośnie, wyszeptał:
- Mówiąc, tracisz energię. Zamknij się.
Po czym szybkim krokiem ruszył dalej.
Przez pewien czas próbujący go dogonić Rimar był cicho. Stawiał przed siebie kolejne kroki. Jeden, drugi... Piętnasty... siedemdziesiąty. Krótki przystanek dla odsapnięcia i dalej kontynuował marsz. Walczył ze sobą - nie tyle, by nie upaść, a raczej by nie zacząć narzekać. Jeszcze jedno posunięcie nogi i... ile jeszcze można!?
- Daleko jeszcze? - nie wytrzymał.
Therothr gwałtownie odwrócił się ku niemu. Jego twarz wyrażała głęboką złość, z oczu biły pioruny. Stojąc bardzo blisko, wycedził:
- Umarłbyś. Uratowałem cię. Nie musiałem. Odwdzięcz się. Zamilknij!
- Ale...
- Zbliżamy się.
Rimar podjął monotonny marsz. Jeden krok. I kolejny. Jeszcze tylko...
* * *
Rozkoszował się tym zapachem. Zapachem, którego już od tak dawna nie czuł. Życie. Słaba, żółto-zielona trawa poddająca się silnym uderzeniom wiatru, faluje w pomarańczowych promieniach zachodzącego słońca. Czuł jak jego ciało wchłania ciepło. Tak dawno tego nie czuł, dotąd tylko chłód był jego towarzyszem. Nie, to nawet nie był chłód - przez ostatni czas nie czuł niczego. Zupełnie. Otaczało go tylko uczucie tego, iż nie istnieje. Że jest marnym cieniem swej dawnej, potężnej istoty. Przy "życiu" trzymała go tylko jedna myśl. Jedno słowo: "Muszę". Musiał uciec z tego stanu, musiał dotrzeć do swego ciała... Ich resztek zamkniętych w podziemnych krypcie. Pamiętał jaką ulgę i euforię poczuł wtedy.
A teraz udało mu się wydostać i z tej krypty. Znów powrócił do świata żywych i... musi spróbować. Nie ma nic do stracenia. Umarł już nie raz. Cały czas był trupem. Przeklętym przez Stwórcę. Mógł tylko próbować walczyć o siebie. O to, by nie zniknąć ostatecznie. Bał się pustki. I jeszcze walczyć... za nich.
Stał przed malutką wioską, odpędził wszystkie złe wspomnienia. Wolnym krokiem wkroczył do osady. Słońce chyliło się ku upadkowi.
Jeszcze przed zmrokiem nie było żadnego żywego stworzenia w okolicy.
* * *
- Wiesz co widzę?
- Nie - odparł zgodnie z prawdą barbarzyńca. W ogóle nie słuchał co mówi do niego natrętny kompan. Kalkulował ile czasu zajmie im dotarcie do morza.
- Kota.
- Fascynujące - odruchowo odparł mężczyzna, wciąż myśląc o skromnych zapasach, które im pozostały oraz o odległości, którą mieli do pokonania.
- A wiesz skąd wiem, że jest to kot?
- Ze względu na twą niebywałą inteligencję? - sarkastyczny ton aż wylewał się z jego ust...
- To też - ...jednak Rimar widocznie go nie dostrzegał - ale wiem, iż jest to kot, gdyż zachowywał się jak kot, wyglądał jak on, czyli miał spiczaste uszy, ogon, wąsy i takie tam. Tyle tylko, że nie mruczał... W ogóle był jakiś sztywny...
Nikt go nie słuchał. Jedyna osoba, która byłaby w stanie go zrozumieć, przypominała sobie mapy tej pustyni oglądane we wczesnej młodości. Pustynia, taka wielka. W jaki sposób uda im się ją przemierzyć? Choć raczej... czy w ogóle to się uda. Szczerze wątpił w to. Mieli tak mało szans... Może gdyby....
- O, zobacz! Znowu ten kot!
- Zam...
"Kot? Skąd tu by się miał wziąć kot?! Przecież to jest pustynia! Tutaj nie mógłby żyć żaden..."
Nagle dotarło do niego to, czego dotąd nie chciał dopuścić. Czego się bał. Rozejrzał się wokół. Mały kotek, z daleka wydający się zupełnie normalny... Trzy błyskawiczne kroki, skok.
Upadł całym ciałem na biedne stworzenie. Przydusił je... zmiażdżył.
- Co ty...!?
- Uciekamy! Szybko! Obserwują nas...
* * *
Z dumą przyglądał się rzezi, którą dokonywały umarlaki. Jego dzieci, jego kochane... Stworzył je, powołał do "życia", obdarzył mocą, rozumem. Dzięki niemu istnieją, dzięki niemu nie popadły w pustkę po śmierci. Dzięki nim, podbije ten świat. Dla nich!...
Piękno upadających murów, podpalonych strzech chat. Krew. Mordowanie. Wrzask zarzynanych ludzi, którzy nie wiedzieli co stanie się z nimi później. Muzyka dla jego duszy. Niedługo sami będą zabijać, a ci których oni zabiją, zabiją innych. Teraz był szczęśliwy. Nienawidził ludzi, wiedział, że oni doprowadziliby świat na skraj zniszczenia. Wiedział to, jako dawny bóg. Teraz nie posiadał już swej dawnej mocy, a jedynie jej namiastkę. Odkąd jego dusza została rozdzielona z ciałem, wiele z jego dawnej potęgi odeszło w niebyt. Ale to nic, wciąż był silniejszy od jakiegokolwiek człowieka na ziemi. Nie było nikogo, kto mógłby mu zagrozić! Wiedział o tym. Dlatego się nie bał. W końcu będzie mógł tym głupim ludziom pokazać, jacy są niedoskonali. Pokona ich, zabije. Zwycięży. Tym razem.
Pokaże im czym jest doskonałe życie.
Spojrzał po pięknych szeregach swojej armii, była potężna, coraz potężniejsza. Niedługo ten kraj przestanie istnieć.
* * *
Sto siedemdziesiąt trzy statki. Cała flota Zjednoczonych Prowincji. Każdy dumnie zakotwiczony w porcie, z wysokimi masztami, białymi żaglami, mógł pomieścić niecałe cztery setki żołnierzy. Razem na tą wojnę płynie sześćdziesiąt pięć tysięcy wojów. Querten niemo wpatrywał się w tą ogromną flotyllę, smutnym wzrokiem wodził po ogromnych transportowcach i tragarzach mozolących się, by przenieść na pokład zapasy jedzenia, uzbrojenie, mapy... Obserwował żołnierzy, którzy z pogardą patrzyli na tych nędznych niewolników trudzących się, by nosić ich rzeczy. Naśmiewali się z nich, a kiedy jeden próbował im coś odpowiedzieć, skopali go na śmierć. Jednak w przystani było niewielu z wojowników. Większość zapewne siedziała w gospodach, przy suto zastawionych alkoholem stołach. Nieliczni żegnali się z rodzinami. Normalne wojsko.
Mag był smutny. A raczej nie tyle smutny, co zły na siebie. W tej chwili wręcz nienawidził swej osoby. Za decyzję, którą podjął. Wiedział, że zrobił to dla swych poddanych, uratował ich w ten sposób. Ale jednocześnie... postąpił wbrew sobie, wbrew zasadom, które kiedyś ustalił i które miały kierować jego poczynaniami. Złamał je, ale... dla dobrej sprawy. Mimo wszystko był na siebie wściekły. Mimo iż ocalił swój lud, sprawił, że będą mogli żyć w pokoju, to zdawał sobie sprawę, że od tej chwili nie zazna spokoju, zawsze będzie miał wyrzuty sumienia. Zawsze. Nigdy sobie nie wybaczy. Nigdy nie będzie już szczęśliwy. W chwili gdy zarządził, że popiera wojnę... przestał być sobą. To koniec. Dłużej tak nie wytrzyma!
Beznamiętnie popatrzył w dół. Na skały raz wystające, a raz ukrywające się pod falą. Patrzył na ich ostre krawędzie. Będzie boleć, pomyślał.
Wyszeptał krótką formułkę.
Już nie.
* * *
Wędrowali od dwóch dni. Żmudnie, krok po kroku przez morze piasków. Pokonywali kolejne wydmy, łudząc się, że za kolejnymi zobaczą choćby i daleko, ale jednak morze. Zmierzali ku niemu. Jedyna nadzieja.
Trzy razy natrafili na martwiaki. Niewielkie oddziały, zapewne wysłane by patrolować okoliczne tereny. Z odrazą przypomniał sobie, jak rąbał przegniłe kończyny, a potem masakrował ciała, by były niezdatne do jakiegokolwiek ruchu. Inaczej wciąż by za nimi podążały. Za pierwszym razem popełnił właśnie taki błąd. Przed atakiem ostrzegł go Rimar... Po kolei musiał odrąbywać nogi, ręce, głowy... Szczątki rozrzucał jak najdalej od siebie. Był wykończony. Ale jeszcze trzymał się na nogach.
Osada, z której uciekli była dość blisko upragnionego morza. Wiedział, że już niedługo powinni tam dotrzeć.
Krok do przodu. Jeszcze jeden. Byleby tylko dojść do tej wydmy. Może...
Stojąc na szczycie wydmy, niczym zbawienie w milczącej kontemplacji, obserwowali wystrzeliwane ku lądowi słone macki wody, zabierające niewielkie kamyki, po czym wracające w trzewia matki-wszechoceanu. Z cichym namaszczeniem patrzyli jak proces się powtarza.
Rimar uśmiechnął się.
- No, mój znajomy barbarzyńco, chyba nam się udało.
- To jeszcze nie koniec. Musimy to morze przepłynąć.
Ruszyli przed siebie nabrzeżem. Tuż przy omywających plażę falach. Niedaleko, jakby za najbliższą wydmą, nad horyzontem unosiła się niewielką smużka dymu, którą łapczywe podmuchy morskiego wiatru porywały i roznosiły po całym niebie. Therothr uważnie wpatrywał się w firmament, po którym czarny płaszcz wznosił się, a następnie rozpraszał go wiatr. Wyraz jego twarzy stwardniał, z powoli odbijająca się w oczach grozą, przyglądał się czarnym smugom. Nie podobały mu się.
- Atakują ich - wyszeptał - Musimy im pomóc! Szybko!
Szaleńczym biegiem sforsowali pobliską wydmę i ich oczom ukazał się straszny widok.
Grupka nieumarłych forsowała niewielkie mury nadmorskiego miasteczka. Z uporem charakterystycznym dla kogoś, kto nie ma już nic do stracenia, gdyż wszystko zaprzepaścił, zbliżali się do swego celu. Zniszczenia. Zabicia. Gdy któryś z potworów zostawał trafiony przez nieśmiało wypuszczane strzały, mocno już wystraszonych obrońców, zachwiał się przez chwilę, po czym kontynuował pochód niczego nie robiąc sobie z rany, która zabiłaby kogokolwiek innego.
Nie widząc innego wyjścia Therothr rzucił się w typowy dla barbarzyńców sposób w sam środek zawieruchy. Sam przeciw wcale niemałej grupie truposzy. Wściekle wymachiwał swym mieczem, nie dając szans żadnemu z przeciwników. Bez problemu wymijał nieporadne sztychy, pchnięcia i ataki wroga. Mocno już nadpsute kończyny nie mogły się równać ze zręcznością żywego człowieka. Za to liczebność dawała większą przewagę. I prawie-nieśmiertelność. Barbarzyńcy nie udałoby się przeżyć gdyby z miasta nie nadeszła pomoc.
Widzący jak radzi sobie niespodziewanie przybyły wybawca, mieszkańcy ruszyli z nagłą odsieczą.
Therothr z zadowoleniem obserwował, jak mocno przerzedzone już szeregi nieumarłych, zmniejszają się jeszcze bardziej. Lekki uśmieszek malował się na jego ustach. Nagły ból głowy diametralnie zmienił jego nastawienie do świata.
Kątem oka zdążył dostrzec niewyraźną sylwetkę stojącą nad nim. Niezmiernie śmierdziała.
Potem była ciemność.
Poczuł jak ktoś delikatnie klepie go po policzku. Z początku było delikatnie - później ciosy przybrały na sile. Aż w końcu barbarzyńca zerwał się na równe nogi, gdy szczególnie mocne uderzenie spadło na jego twarz - jak się później okazało - mocno zmasakrowaną. Przywitała go zatroskana twarz Rimara, który już na wstępie powiedział: "Jest źle". I nie czekając na odpowiedź Therothra, pociągnął go za sobą.
Wciąż lekko zamroczony barbarzyńca ruszył za towarzyszem, który pospiesznie zmierzał do nadmorskiej osady. Jedno, ukradkowe spojrzenie za siebie dało odpowiedź na to, co dzieje się wokół. Oddział, który ich zaatakował, był zaledwie czołem pochodu, maszerującego ku nim. Blisko czterystu nieumarłych wyłaniało się zza wydm. Maszerowali chaotycznie, bez żadnego ładu i odgórnie ustalonego porządku. Osada nie miała szans, by przetrwać taki atak.
Barbarzyńca widział jak co niektórzy - mniej odważni - uciekają. W tym samym kierunku co on z Rimarem. Przeszedł przez niewielką, drewnianą bramę.
W rozgardiaszu, który zapanował w wiosce próbował odnaleźć swego kompana. Dostrzegł go, biegnącego po pomoście. Therothr ruszył ku niemu.
Po drodze odepchnął od siebie kilka osób, które, równie jak i on zagubione, nieświadomie wpadały na barbarzyńcę. Stanąwszy obok towarzysza przyjrzał mu się dokładnie.
- Odpłyniemy - raczej stwierdził, niźli spytał.
- Tak - odparł równie beznamiętnie Rimar.
- Czy... - barbarzyńca zawiesił na chwilę głos. - Ile oni jeszcze mają łodzi? - pytanie było głupie, wystarczyło się tylko rozejrzeć.
- Spójrz, niewiele.
- Wielu przez to zginie... nie będą mieli jak uciec...
- To dlaczego jeszcze tego nie robią!? - zaperzył się Rimar - Albo my, albo oni, wszyscy nie zdążymy! - próbował sam siebie usprawiedliwić.
- Wszystko co mają, mają tutaj. Chcą ze sobą zabrać choć namiastkę dawnego życia...
- Ale....
- Wiem, my musimy uciec, by sprowadzić pomoc.
- Tak, to dobry pomysł... - jednak w sercu wiedział, że jest to tylko usprawiedliwienie, coś, co sprawi, że choć na jakiś czas będzie się czuł, jakby robił coś ważnego, jakby był do tego zmuszony. Fałszywe myśli nie zakryją rzeczywistości. O tym także wiedział. Wiedzieli obaj.
* * *
- Śmierć Quertena trochę utrudniła całą... - zaczął Metenion...
- Śmierć? - ...jednak przerwał mu niezmiernie zdziwiony i nagle pobladły krasnolud - Jjjak to...? Kiedy?!
- Znaleziono go dziś na nadbrzeżu. Zabitego. Musiał się potknąć przechodząc po pomoście... spadł.
- Dlaczego dopiero teraz się o tym dowiaduję?! Coraz mniej zaczyna mi się ta wojna podobać. Jeszcześmy nie zaczęli zbrojnej operacji, a...
- Uspokój się! - Krzyknął człowiek - My też dopiero przed chwilą się dowiedzieliśmy! Nic na to nie poradzimy, trzeba się zastanowić nad tym co zrobimy teraz. Trzeba znaleźć jakieś rozwiązanie.
- Czego? - Zdziwił się Gheex, który przez całą rozmowę zajmował się dłubaniem w zębach - Teraz będzie nawet łatwiej.
Groźnym wzrokiem uciszył wydawałoby się, oburzonego, a może i nawet przestraszonego krasnoluda.
- A jeśli jego poddani nie zechcą wziąć udziału w...
- Zechcą - odparł goblin z pewnością, która udzieliła się także i Metenionowi wraz z Tulhunorem - on zobowiązał się wziąć udział w kampanii, więc oni go posłuchają. Co z tego, że nie żyje? To nawet lepiej, że umarł, teraz przynajmniej poprowadzi ich któryś z naszych ludzi.
- Co?! Chcesz powiedzieć, że Heneziusz jest waszym człowiekiem? - krasnolud nawet nie próbował ukryć swego zaskoczenia.
- Nie, naszym człowiekiem jest Greunther.
- Ale... - zaczął niepewnie krasnoludzki wódz - przecież wszyscy wiedzą, że to Heneziusz cieszy się największym szacunkiem. Ba, został on nawet mianowany przez Quertena regentem. On na pewno przejmie władzę.
- A jeśli nie będzie mógł? - złowieszczy uśmieszek Gheexa przyprawił Tulhunora o ciarki. Krasnolud zatrząsł się.
- Jutro wypływamy - zadecydował goblin - według planu.
* * *
- Pięć dni w tej parszywej łodzi!
Stwierdzenie Rimara zawisło w powietrzu. Jego towarzysz nie był skory do rozmowy. Zatopiony we własnych myślach, oddalił się, swą świadomość. Często to robił.
- Dziwny jest z ciebie barbarzyńca. W ogóle nie zachowujesz się tak, jak o was mówią.
- Barbarzyńca to tylko słowo. Określenie. Dawno już odeszło z użytku. Kiedyś tacy byliśmy, barbarzyńscy, nieokrzesani, agresywni. Nie powiem, wciąż są w nas te emocje, ale potrafimy je kontrolować. Teraz światem rządzi umysł. A tym bardziej jeśli umysł podporządkuje sobie siłę.
Rimar zamyślił się. Rozglądnął się wokół po bezkresie oceanu, który ich otaczał. Teraz taki spokojny, niewielkie fale chropowato kształciły jego powierzchnię. Wokół, wszędzie.
- Jak myślisz, uda nam się przeżyć?
- Wolę o tym nie myśleć - po długim zastanowieniu odparł Therothr.
Dawno stracił nadzieję. W zasadzie to od początku jej nie miał. Wyruszyli samotnie, bez doświadczenia, w małej łodzi, z niewiadomo gdzie położonej wioski, z małymi zapasami i w ten sposób chcieli przepłynąć morze. Wszystko opierając na przypadku. Ha! Cała ich ucieczka i wyprawa była jak dotąd oparta na przypadku! I tak dotarli daleko.
Odległy, wieczny horyzont zlewał się z ogromem oceanu. Tak naprawdę, było to zaledwie mniejsze morze. Jednak oni tego nie wiedzieli. W tej chwili ogrom tego, co zamierzali przemierzyć był z ich perspektywy przytłaczający. Morderczy. Wieczny. Wiatr dął w niewielki żagiel sprawiając, że łódka powoli posuwała się do celu.
W oddali zaczynały zbierać się ciemne chmury. Jeden obłoczek łączył się z drugim, a te wciąż nieustające w swoim powolnym tańcu zapraszały do niego innych, by razem, pod niewinnym pretekstem i dwuznacznym uśmiechem przymierzać się do siania zniszczenia. Sztormu. Śmierci.
Tylko przyspieszą nieuniknione, pomyślał barbarzyńca. Zapasy się skończyły... nadzieja także.
Spojrzał na wpatrzonego w wodę Rimara. Dotąd uważał go za zbędny balast, przynajmniej tak sądził. Jednak... jednak teraz zrozumiał, że nawet polubił tego wiecznie ciekawskiego i zadającego głupie pytania wędrowca z innego, nieznanego królestwa, który przybył tutaj jedynie żądny wiedzy. Jakoś związał się z tą osobą... Może dlatego, ponieważ... teraz... jak dotąd starał się o tym nie myśleć. O śmierci wszystkich, których dotąd znał. Wszystkich! Śmierć. To było dla niego coś niepojętego. Ten czas końca i... tego co jest po tym. Tej niewiadomej. Nie rozumiał tego. Nie chciał nawet o tym myśleć, by czasem nie dojść do zbyt strasznych wniosków.
Usłyszał przetaczający się grzmot, od którego aż lekko zadrżała ich niewielka łódka. Nawałnica, która wyraźnie przybierała na sile zbliżała się ku nim. A może to oni zbliżali się do niej?
Wokół zrobiło się ciemniej. Woda przybrała ciemnogranatowy odcień, mętniejąc przy tym nieznacznie. Ptaki, które jak dotąd pojawiały się od czasu do czasu, odleciały, hen daleko. Na coraz bardziej zburzonej tafli wody pojawiały się niewielkie półkola, które rozchodziły się, by niknąć w odmęcie morskiego szału. Delikatna mżawka przybrała na sile przemieniając się w potężną ulewę, która nie pozostawiła na dwójce żeglarzy suchej nitki.
Niezmiernie już wystraszony Rimar kurczowo trzymał się prowizorycznego masztu, który - już i tak wykrzywiony pod niezwykłym kątem - chylił się ku upadkowi.
Niebo rozświetliła błyskawica, która na tle strug deszczu i przy jego akompaniamencie sprawiała wrażenie czegoś na znak zapowiedzi, ostrzeżenia przed nadciągającym zniszczeniem, niepohamowanej agresji, czystej nienawiści.
Potężna fala spadła na małą łódź, roztrzaskała swą ciemną, pieniącą i wściekłą konsystencję o burtę. Przetoczyła się po pokładzie porywając z niego kilka sprzętów.
Po chwili kolejne masy wody uderzyły w łajbę, sprawiając, że - już i tak mocno naruszona struktura masztu - uległa kompletnemu zniszczeniu, wpadając do wzburzonej wody, przy okazji robiąc pokaźną dziurę w konstrukcji stateczku.
Rimar, który już nie miał czego się chwycić, z trudem utrzymywał się na śliskim i co chwila atakowanym przez wzburzone morze pokładzie.
Nagle łódka przechyliła się. Resztki zabranego prowiantu, którego dotąd nie wymyła woda, przepadły w granatowych odmętach. Będący na skraju utopienia mężczyźni wymienili spojrzenia, w których krył się strach, uczucie końca i... zawodu. Cholera, w chwili, gdy mieli umrzeć nie myśleli o tym, że nie uda im się ocalić innych, a jedynie martwili się o siebie! Nie zamierzali oszukiwać samych siebie - zresztą, teraz ich przerażenie było zbyt wielkie, by mogli zatajać jakieś myśli - że nie udało im się wykonać heroicznego uczynku: dostarczenia wiadomości o ataku i sprowadzenia odsieczy. W momencie, gdy śmierć zawisła im nad głową nie udawali żadnych herosów, bohaterów, a ich myśli kierowały się jedynie strachem i żalem dla samego siebie. Za to, że ONI zginą. Teraz mogliby poświęcić życie najlepszego druha za to, by ocalić własne. Bo człowiek w chwili gdy ma umrzeć jest egoistyczny, bez względu na to, jakie przedtem powziął postanowienia. A wyjątek potwierdza regułę.
W momencie, gdy oderwali się od pokładu, wędrowali ku śmierci, nie próbowali odgrywać bohaterów. Byli zwyczajnymi ludźmi.
Therothr zachłysnął się słoną wodą, gdy z pluskiem, który jednak zagłuszał przeraźliwy ryk rozszalałego morza, wpadł do wody.
Rimar stracił przytomność...
* * *
Do gabinetu kapitana Orwella wkroczył jego adiutant. Zamaszystym krokiem podszedł do swego przełożonego i czekał na znak, że może się odezwać.
Orwell nieznacznym skinieniem głowy zezwolił mu na wyłożenie sprawy.
- Kapitanie, dziś rano rybacy znaleźli leżącego na wybrzeżu mężczyznę. Niewysoki, słabo zbudowany i... co najbardziej dziwne, jego skóra miała żółtawy odcień! Z początku nie chciałem w to wierzyć, ale okazało się to prawdą. Jedynym wytłumaczeniem jest to, iż musi być to szpieg, tudzież sabotażysta, którego statek zatonął podczas niedawnej nawałnicy.
Kapitan dłuższy czas milczał. Lubił sprawiać wrażenie człowieka roztropnego, który zastanawia się nad każdą odpowiedzią, nie działa pochopnie. To zaledwie pozory, zaśmiał się w duszy. W rzeczywistości udawał taką osobę tylko z tego powodu, iż miał dzięki temu większy posłuch u żołnierzy. Dziwne, ale bardziej ufali osobie, która zamiast niezwłocznie wykrzykiwać rozkazy, rozważa różne możliwości i przedstawia dopiero konkluzję swoich myśli. Tak się przynajmniej niektórym wydawało, a Orwell wcale nie zamierzał zmieniać takich domysłów.
- Uwięźcie go.
- Już wykonane, kapitanie!
Kąciki ust przełożonego wygięły się w niewielki, prawie niezauważalny łuk. Za to lubił Gooknida - rozumieli się prawie bez słów. Ba! Czasami nawet adiutant wyprzedzał myśli swego dowódcy!
- Trza by go w takim razie przesłuchać... zejdę tam za dwie godziny. Tymczasem postraszcie czymś tego szpicla, niech już teraz zacznie się bać.
* * *
Admirał Forten w milczeniu przyglądał się bacznie - niezwykle przy tym skupiając wzrok ze względu na ciemności go otaczające będące zapewne wynikiem tego, że nad światem panowała noc - jak na uprzednio spuszczone szalupy w całkowitej ciszy, po kolei zstępują wojownicy. Nie rozumiał tego "genialnego" planu. Że niby zaskoczą wroga nocnym desantem? Phi, prychnął lekko i podrapał swój sczeciniasty zarost. Teraz za cel obserwacji obrał małą łódeczkę, która z czterema mężczyznami zbliżała się do plaży.
Jeden nocny manewr miałby przechylić szalę zwycięstwa? Absurd, pomyślał.
Miał rację. To nie...
* * *
15 dzień, miesiąca Wyrmy
Rok czwarty po zaćmieniu Syriusza
Raport dot. sprawy jeńca nr 752/b
Schwytany 14 dnia, miesiąca Wyrmy, czwartego roku po zaćmieniu Syriusza jeniec nr 752/b imieniem - wedle jego słów - Rimar, przyznał się do swej winy, po przeprowadzeniu na nim tortur. Miał on jakoby - zgodnie z naszymi przypuszczeniami - przeprowadzić misję dywersyjną. Szczegółów nie podał, jednakże sam fakt takich zamiarów ukazywał go w niekorzystnym świetle. Podczas tortur przekazał nam jeszcze jedną, równie ciekawą informację, jednakże tą sprawę poruszam w kolejnym raporcie ("Raport dot. sprawy NZ (Nieznane Zagrożenie)"). Na jeńca nr 752/b został wydany wyrok śmierci.
Z poważaniem
kap. Orwell
Mężczyzna siedzący na wygodnym fotelu sięgnął ku leżącej obok stercie papierów. Chwilę w niej poszperał, aż w końcu wyciągnął interesujący go wycinek. Zaczął czytać.
15 dzień, miesiąca Wyrmy
Rok czwarty po zaćmieniu Syriusza
Raport dot. sprawy NZ (Nieznane Zagrożenie)
Jak zapewne wiadomo od kilku tygodni dochodzą nas niepokojące wieści, mówiące o Nieznanym Zagrożeniu, które niewiadomo skąd pojawiło się na Barbarzyńskiej Wyspie, skutecznie eksterminując zamieszkałe tam ludy. Samo w sobie jest to dla nas korzystne, jako że już od roku istnieją plany zaatakowania i pozbawienia niewielkiego, barbarzyńskiego królestwa autonomii. Z tego też powodu moglibyśmy podziękować nawet NZ za wyręczenie nas od "obowiązku wobec narodu". I zrobilibyśmy tak, gdyby nie widmo zagrożenia dla nas samych płynące od NZ. Jeżeli NZ tak łatwo pokonało i stłumiło wszelkie powstania wśród barbarzyńców, to nad bezpieczeństwem naszego królestwa zawisło widmo, iż spotka nas podobny los jak mieszkańców Barbarzyńskiej Wyspy. Dodatkowo nasze zaniepokojenie wzrosło, gdy zaczęli do nas przybywać pojedynczy barbarzyńscy uchodźcy opowiadający o straszliwej istocie NZ, które jakoby zyskało władzę nad śmiercią, która "pomaga im zwyciężać oraz powiększać swą siłę", cokolwiek by to miało znaczyć. Niektórzy opowiadają także o "bezdusznych istotach, które zabijają bez zmrużenia oka". Można by to uznać za bredzenie ludzi oszalałych z powodu śmierci całych rodzin i znajomych. Jednakże ilość osób, które podają w miarę podobne informacje jest zdecydowanie zbyt wielka. Dziewiętnaście osób na dwadzieścia wspomina o podobnych sprawach. Należy także odnotować, że wszelkie opisy przytaczane przez świadków wzajemnie uzupełniają się i są zdumiewająco podobne. Szczególnie ciekawe zeznanie złożył jeniec nr 752/b o którym wspominałem w "Raporcie dot. sprawy jeńca nr 752/b". Podczas tortur - których byłem naocznym świadkiem - wspominał o tym, że przeciwnik, z którym zmierzyli się barbarzyńcy, walczył zupełnie bezmyślnie, jakby sucho wykonywał rozkazy, nie myśląc nawet o możliwości straty własnego życia. Wyglądało to tak, jakby wróg był wręcz niemożliwie fanatycznie oddany swej sprawie albo po prostu nie miał umiejętności, by cokolwiek odczuwać. Obie możliwości są dla nas równie niekorzystne. Jeniec 752/b wspomniał także o tym, że NZ to "żywe trupy", w co jednak nie uwierzyliśmy, gdyż wiadome jest to, iż ciało martwe nie potrafi żyć, więc takie stwierdzenie było sprzeczne samo w sobie. Niestety jeniec 752/b umarł podczas tortur. Nie wytrzymał męki, gdy próbowaliśmy z niego wydusić jakie są dalsze plany jego dowództwa (patrz: "Raport dot. sprawy jeńca nr 752/b"). Wszystkie powyższe powody sprawiają, iż należy się dobrze zastanowić, czy zaatakować potencjalne zagrożenie i wyeliminować je, gdy jest jeszcze słabe po wojnie z barbarzyńcami, czy raczej poczekać na rozwój wypadków.
Z poważaniem
kap. Orwell
Mężczyzna - zapewne jakiś władca - skinął na stojącego obok sługę. Przez moment zastanawiał się jak sformować rozkaz, rzekł:
- Przerobić lekko treść raportu. Następnie wysłać do wszystkich znanych nam królów. Zmienić podpis pod dokumentem. Dołączyć zaproszenie na tajne zebranie oraz Raport dot. sprawy jeńca nr 752/b. Wykonać.
- Tak jest, panie!
Nie czekając nawet by służący wyszedł. Metenion wygodnie rozsiadł się w swym fotelu i zastanowił. Jeśli dobrze oceniał to za siedem - góra dziesięć dni rozpoczną się przygotowania do wojny. Gheex, Tulhunor, Querten, a także i Fea'entes nie powinni kazać długo na siebie czekać.
* * *
Miał rację. To nie ten nocny manewr zadecydował o zwycięstwie.
Wojska Sprzymierzonych Armii bez problemu posuwały się naprzód - w kierunku dawnej stolicy tej krainy, gdzie wróg zgromadził, jak donoszą zwiadowcy, znaczne siły.
Przypuszczenia okazały się prawdziwe. Wyglądało na to, iż wszyscy przeciwnicy wycofali się, gdyż armia będąca pod dowództwem Gheexa (mianował się on Królem Sprzymierzonych Prowincji, oczywiście tylko na czas tej zbrojnej kampanii) nie napotykała żadnego oporu podczas swego pochodu. Wyglądało to nawet tak, jakby przeciwnicy sami nie chcieli ujawnić swej natury, taktyki, aż do czasu, gdy rozegra się ostateczna bitwa.
Tymczasem do ojczyzny dochodziły wiadomości o rzekomych spektakularnych zwycięstwach, zupełnym załamaniu obrony przeciwnika i przepełnionym dumą i chwałą marszu wprost na ostatni bastion wroga, wybijając przy okazji niedobitki wrogów.
Mistrzowie propagandy zacierali ręce.
A ostateczna bitwa zbliżała się.
* * *
Martelus pocierał rękoma - dotąd nie sądził, że nocą na tych pustyniach jest tak zimno - przyglądając się ogniskom, które rozświetlają okolicę okrytą płaszczem ciemności. Widział równy okrąg tych bladych punkcików, walczących o utrzymanie się z nocą, okalających gród przeciwnika. Tego wroga. Jedynego w danej chwili, a mimo to nieznanego. Największym paradoksem tej wojny jest to, że jak dotąd nie było jeszcze ani jednej bitwy. Wojska Zjednoczonych Królestw jak w masło wdarły się w głąb terenów opanowanych przez... Właśnie, kolejnym dziwem było to, iż w sumie nie wiedziano z kim toczy się wojnę. Nie spotkano jeszcze żadnego przeciwnika, a tubylcza ludność została całkowicie zgładzona. Marne resztki ludzi, którzy pozostali, wojna jak na razie ominęła - tamci sobie nawet nie zdają z niej sprawy. Nic zresztą dziwnego, preferująca osadniczy tryb życia lokalna społeczność jest całkowicie samowystarczalna i nie utrzymuje stałych kontaktów ze "światem zewnętrznym".
Wojska Zjednoczonych Królestw maszerowały przed siebie - w kierunku, który pokazali zwiadowcy - jedynego skupiska wrogiej armii. Tak przynajmniej sądzono, gdyż nikt nie wychodził poza obręb grodu, a i w nim samym nie zauważono żadnych ruchów. Pewność dopiero zapewniła salwa strzał wypuszczona zza murów.
Jednak nie ukazał się żaden z przeciwników. Albo nie chcieli zdradzić swej marnej siły, albo wręcz odwrotnie. Jednakże jakimż to sposobem mianoby wyżywić ogromną armię nie wychylając nawet głowy poza miasto, pytali się generałowie. Tamtejsze spichlerze nie są zbyt pojemne, dodawali. Argumenty wydawały się przekonywujące.
Jednakże w tym momencie - ostatnich chwilach przed atakiem - zadawał sobie podobne pytanie jak połowa armii: "A co jeśli myliliśmy się?". Szybko jednak odrzucał taką możliwość. Armia mogąca im zaszkodzić nie mogłaby tak długo przeżyć bez zaopatrzenia.
Chyba, że oni nie potrzebowali by żywności.
Chyba, że byliby martwiakami!
A jeśli jednak te pogłoski okazałyby się prawdziwe? Jeśli jednak byliby to..., pomyślał. Uspokoił sam siebie.
- Nie - wyszeptał - to niemożliwe, nie.
- Hy, że co?
Martelus odwrócił się; za nim stał strażnik, który spoglądał na niego ze zdziwieniem zmieszanym z powątpiewaniem.
- Nic, nieważne.
- Aha - odparł nie do końca przekonany do odpowiedzi strażnik, po czym spojrzał w niebo, na nikłe punkciki gwiazd, które ledwo było widać z tej ogarniętej ponurą ciemnością krainy.
Tymczasem Martelus owinął się kocem, który znalazł ukryty obok jednego z namiotów. Dreszcz przebiegł mu po plecach. Wzdrygnął się. Znalazł miejsce dość odległe od ogniska, by nikt go nie zauważył. Usiadł i zamknął oczy.
- Muszę odpocząć - rzekł do siebie.
- Szeregowy Martelus! Co wy do jasnej cholery robicie! Spać się zachciało!? Nie ma tak dobrze, waszym zasranym obowiązkiem jest pilnować tego obozu, zrozumiano?
Szeregowy momentalnie stanął na baczność. Przestraszony, stwierdził, że nie wie kim jest stojący przed nim oficer.
- Tak jest... Kapitanie... - zaryzykował - Yrell? - zabrzmiało to jak pytanie. Miał nadzieję, że nie spudłował.
- Cooo?! Co to ma znaczyć!? Żarty sobie stroicie szeregowy? Dowódcy nie znacie, kurwa!? Jeszcze mnie popamiętacie! Żeby mnie, kapitana służby czynnej Unevesa Gildoya nazwać... jakimś Yrellem? Cholera, co to ma znaczyć, co? Tłumaczyć się! I to prędko!
Martelus zaklął. Oczywiście znał kapitana Gildoya - któż, by go nie znał? Wszyscy wiedzieli, że przed bitwą obchodzi obozowisko, wraz z kilkoma innymi jemu podobnymi, i sprawdza, czy czasem ktoś nie zdezerterował, czy nie zmniejszyło się morale, czy czasem ktoś się nie obija lub nie wykonuje swych obowiązków należycie... Jednak trzeba przyznać, że Uneves był naprawdę podobny do Yrella: obaj w podobnym wieku, prawie tej samem postury... Można ich było pomylić, biorąc pod uwagę towarzyszące temu okoliczności.
- Bo... - zaczął - melduję, że to było tylko przejęzyczenie, kapitanie Gildoy!
- Co wy mi tu pieprzycie żołnierzu? Że niby Yrell a Gildoy są tak podobne, hę!? Wiecie co wam powiem? Gównianie się tłumaczycie! - rzeczywiście, trzeba przyznać, że wymówka Martelusa nie należała do zbyt ambitnych - A jeszcze mnie oszukiwać chcieliście! Za karę, że nie znacie kapitana, pełnicie wartę aż do świtu...! Albo nie, pełnicie ją aż do południa! - Twarz Unevesa wykrzywił złośliwy grymas - Zrozumiano?
- Tak jest, kapitanie Gildoy!
- No! Zaraz pójdę poinformować kogo trzeba o przedłużonej warcie szeregowego Martelusa, żeby wszyscy wiedzieli, że nie mają budzić twojego zmiennika. Na pewno tamten się ucieszy. Słyszysz Martelus, dzięki mnie twój kolega będzie wdzięczny!
- Dziękuję, panie kapitanie! - "Dlaczego, dlaczego musiałem wtedy zaryzykować, przecież wystarczyłoby zwyczajne: panie kapitanie!"
- Odmaszerować.
- Tak jest!
Uneves Gildoy odszedł w odwrotnym kierunku co szeregowy. Tymczasem Martelus oparł się na włóczni (którą przedtem zostawił przy ognisku), spojrzał przed siebie, zamyślił. Przed nim jeszcze długa noc.
Świt powoli, bardzo powoli się zbliżał.
* * *
- Budzić się wy psy jedne! Wstawać! Wstawać! Pobudka!
Okrzykom kaprala towarzyszyły ciche, stłumione przekleństwa dochodzące z namiotów. Co z niektórych nieśmiało wyglądały głowy dopiero co zbudzonych żołnierzy. Jednak nikt wyraźnie się nie spieszył.
- Co to ma, cholera, znaczyć!? - Wykrzyknął kapitan Gildoy, który niewiadomo skąd nagle pojawił się przed jednym z namiotów - Ubierać się! Szybko... Co to ma być? W pełnym rynsztunku, a nie jak jakaś baba! Szybciej!
- Rynsztunku? - zapytał sam siebie jeden z wojowników. Myślał, że nikt go nie usłyszał...
Niedoczekanie.
- A co żeście myśleli żołnierzu, hę? Na wojnę idziemy, a nie pole orać! Szybciej!
- Ale... tak z rana? Przecież jeszcze świt nie nadszedł...
- To wy chcecie kiedy wroga atakować? W południe? Żeby to cholerne słońce was zjarało całkowicie? Ha! To chyba rozumu nie macie! Szybciej! Rozkaz rozkazem!
- Tak jest! - odkrzyknęli chórem - już prawie ubrani - żołnierze.
Przykryty szarym płaszczem świat, towarzyszył formowaniu się równych szeregów Armii Zjednoczonych Prowincji. Odziani w lekkie zbroje pikinierzy wymieszali się z zieloną, goblinią hordą, która stała bez żadnego ładu i składu, co chwila chrząkając, groźne pomrukując i wydając jeszcze inne, trudne do zidentyfikowania dla ludzkiego ucha odgłosy. Co niektórzy z wolna przytupywali z nogi na nogę, jakby już nie mogli doczekać się nadchodzącej wielkimi krokami bitwy albo po prostu rozgrzewali się, jako że przed wschodem słońca na pustyniach panuje chłód... Razem pięćdziesiąt trzy tysiące wojaków. Za nim stał główny trzon i zarazem powód do dumy metenionowej armii: ciężkozbrojna kawaleria - nosząca potężne pancerze wykonane z najlepszej jakości metalu, pięknie zdobione hełmy, przedstawiające paszczę smoka rozwartą w straszliwym wrzasku - w sile dziesięciu tysięcy koni. Natomiast na samych tyłach stał niewielki korpus złożony z ośmiuset magów różnego stopnia wtajemniczenia. Większość z nich potrafiła wykonać tylko co prostsze zaklęcia, choć można i było znaleźć wśród nich prawdziwych mistrzów w swoim fachu. Wśród tej ogromnej masy ludzi i innych stworzeń kręcili się pilnujący porządku oficerowie, przygotowujący się do pracy, której niedługą będą mieć w nadmiarze medycy, czy posłańcy.
Leciutki zefirek omiótł swym oddechem pustynię, która teraz była szara, a może wręcz srebrzysta pod wzrokiem księżyca, który nieśmiało zajrzał zza chmur, które dotąd okupowały nocne sklepienie. Nad nagą, zimną ziemią rozległ się tryumfalny głos fanfar. Na początku jedne, przygrywały dumną melodię, po czym odezwały się kolejne głosy. Po chwili do chlubnego hymnu dołączyły bębny, które powoli całkowicie przejęły inicjatywę w tej, noszącej zwycięskie zmazy, muzyce.
Z gardeł maszerujących równym krokiem wojowników wyrwała się pieśń. Prosta, prymitywna.
Nikt nas jeszcze nie pokonał,
Każdy u naszych stóp skonał,
Pójdziem niszczyć, wroga grabić,
By później go na pal nabić!
- A dziewołchy srogo gwałcić! - rozległ się donośny głos, który na własny sposób dośpiewał kolejny wers, wprawiając tym samym swych kompanów w spore rozbawienie. Gdzieniegdzie rozległ się obleśny rechot.
Rozległ się jeszcze jeden, tubalny głos fanfar, po czym same bębny wyznaczały tempo tryumfalnego - wydawałoby się - pochodu. Cała okolica drżała od tego tupotu kilkudziesięciu tysięcy stóp, które w równym rytmie zbliżały się ku wysokiemu grodowi.
I, kiedy już wojska zbliżyły się dość blisko stolicy, zza murów wyleciała pojedyncza strzała. Trafiła wprost na stojącego w pierwszym szeregu pikiniera. Stojący obok niego mogli zauważyć czarne lotki oraz brud, który na niej osiadł. Przez szeregi piechoty przeszedł szmer. Teraz z chęcią ruszyliby do boju...
Widząc to dowódcy, dali rozkaz do wystrzelenia pocisków z katapult, równocześnie dając pozwolenie na atak. Skutek był natychmiastowy: w powietrzu zaroiło się od głazów, a reakcja żołnierzy przypominała spuszczenie rozwścieczonego psa ze smyczy. Z przeraźliwym, wręcz nieludzkim (co w wykonaniu choćby goblinów nie było trudne) wrzaskiem czoło armii ruszyło z natarciem na - będące dla nich w tej chwili - wcielenie zła całego świata.
Tumany piachu wzbiły się w powietrze przy tym imponującym biegu, sprawiając, że widoczność znacznie się pogorszyła. Z kierunku ginącego w tym pustynnym dymie grodu rozległ się nagle głośny szczęk, a później odgłos podobny do uderzenia. Jakby coś bardzo ciężkiego spadło na ziemię.
Bynajmniej nie ostudziło to wojennych zapałów Armii Zjednoczonych Królestw. Bojowy ryk brzmiał dalej.
Nagle jednak obok tego napełnionego złością krzyku, rozległ się jeszcze jeden, napełniony czym innym. Strachem.
Potem dołączyły do tego żałosne kwiki zarzynanej zwierzyny. W szeregach wojsk sprzymierzonych zawrzało.
Trzymający się z tyłu dowódcy zachodzili na głowę, co mogło się stać.
- Co to ma, do kurwy wędrowniczki, znaczyć?!
- Usłużenie melduję, że, do kurwy wędrowniczki, nie wiem, generale!
- Cholera - pominął uwagę adiutanta - nasz perfekcyjny plan...
- Perfekcyjny?! - wtrącił się kapitan Gildoy - raczej arogancki! Czy wy cholera naprawdę uważacie, że "atak przed świtem" miałby zaskoczyć nieprzyjaciela? Toż to ino jest kpina z waszej strony! Przyznajcie, że liczyliście po prostu na zmiażdżenie przeciwnika.
- Co takiego?! Jak śmiesz! Jeszcze...
- ... jeszcze przegramy tą wojnę! Przez was!
- Wy... - wycedził zupełnie wyprowadzony z równowagi generał.
- ... wy tutaj zostajecie jenerale Hywelu, bo na bitwach się nie znacie!
- Nie wolno ci! - już prawie piszczał - Straż...!
- ... później mi podziękuję - i uderzył Hywela w twarz. - Trzeba wziąć sprawy we własne ręce - dodał patrząc na leżącego na ziemi przełożonego.
* * *
- Dwa tysiące kawalerii na lewe skrzydło! Na prawe tyle samo! Pięć tysięcy - środkiem! Wykonywać! Piechota osłaniać!
- Tak jest, kapitanie!
- Trzeba coś zrobić z tym burdelem, który nam tutaj zapanował.
- Kapitanie? - nieśmiało zapytał.
- Mów sierżancie.
- Cieszę się, że to jednak ty objąłeś dowództwo, a nie ci nawykli do salonowego życia... no... oni - uśmiechnął się lekko.
- Dziękuję - prawie bezgłośnie wyszeptał Gildoy. Wydawać by się mogło, że na jego twarzy zagościł nieznaczny uśmiech. Spoważniał - Wykonać rozkaz!
- Taaak jest!
* * *
Martelus, idący w pierwszym szeregu, mający nad głową piaskową ścianę, był świadkiem tego, co się działo.
Kiedy pierwszy raz zobaczył przeciwnika stanął jak wryty. Jeszcze nigdy nie widział kogoś... czegoś takiego: zniekształcone, brudne, popsute wręcz ciało, ślepe oczy, bezmyślność... Odór...
Odrzucił od siebie pierwszą myśl, która od razu nasunęła się do głowy: uciekać, i mocniej zacisnął dłoń na pice.
Wyciągnął przed siebie drzewce, zamachnął się, zadał cios najbliższemu... trupowi i... nic. Tamten dalej kroczył ku niemu, nie zwracając uwagi na dziurę w brzuchu. Kolejną.
Spróbował jeszcze raz. Okrutnym, brudnym wręcz uderzeniem na odlew odrąbał przeciwnikowi głowę. Na nic to!
Kiedy poczuł na sobie uścisk zimnych rąk, pożałował, że jednak nie uciekł.
Tak jak zrobiła większość.
Jednak i tamtych dosięgła macka śmierci.
Zagubieni w tumanach piachu i kurzu, błąkali się wokoło i zostawali systematycznie eliminowani.
* * *
Uneves Gildoy wpatrywał się w piaskową burzę, którą wywołali walczący - a raczej zarzynani - wojownicy. Krew w nim się gotowała, kiedy słyszał okrzyki bólu, śmierci... Przygarbiony, wyglądający tak, jakby dopiero teraz spadło na niego brzemię prawie sześćdziesięciu lat życia, wysłuchiwał głosu informującego o losach bitwy:
- Ubijają naszych jak kaczki, kapitanie...
- Zamknij się! Przecież widzę! - Gildoy był wściekły.
- Jeszcze trochę i...
- Zdaję sobie sprawę. Trzeba coś wymyślić. Tymczasem nie możemy pozwolić, by nasi ludzie ginęli. Wydaj rozkaz do odwrotu.
- Ale to...
- To jest rozkaz!!!
- Tak jest.
- I jeszcze coś...
- Tak, kapitanie?
- Niech ci przeklęci magowie przydadzą się wreszcie na coś i przepędzą te cholerne piaski! W tej chwili nie dość, że ich nie potrzebujemy, to wręcz nam przeszkadzają!
- Już się robi!
* * *
Przeciągły, żałosny, przypominający lament głos rogu rozległ się nad pustynią, nad którą wchodził nowy dzień.
Trzy razy zabrzmiał ten płacz, a gdy umilkł, nagle nad polem bitwy zrobiło się jakby ciszej. Szczęku broni było mniej, krzyki stały się słabsze. A gdzieniegdzie pojawiali się i żołnierze.
Wycofywali się powoli, osłaniając plecy jeden drugiemu, by uniknąć kolejnych śmierci, a tym samym osłabienia swej armii.
Tymczasem tumany kurzu powoli opadały, odsłaniając smutne pobojowisko. Wielu wojowników Zjednoczonych Prowincji w tej chwili już straciło życie. A to był dopiero początek.
Jednakże równocześnie ukazały się wrogie zastępy. Ich ilość szokowała. W chwili, gdy meldunek o liczebności nieprzyjaciela dotarł do Gildoya, chwycił się on za głowę. Jak to możliwe?! Skąd, w jaki sposób? Przecież to nie do pomyślenia!
- Chcecie mi powiedzieć, że... że ich jest nie więcej jak...
- Dokładnie, proszę pana.
- Ale... - Zdziwienie Unevesa było niepomierne - nie wierzę! Tyle?!
- Jak nie mniej, proszę pana - spokojnie odpowiedział stojący przed kapitanem pułkownik. Dobrze znał wartość Gildoya, który przeżył już niejedną bitwę.
- Chcesz mi powiedzieć, pułkowniku, że siedem tysięcy... tego czegoś... zabiło, wręcz zmiotło dziesięć tysięcy naszej piechoty!? Przecież to się nawet nie potrafi dobrze poruszać! Spójrz na to, co teraz robią! Kiedy kurzawa opadła one wracają do swego grodu, żaden się nawet na nas nie obejrzy! Widzisz ich ruchy? Powolne, niezgrabne... Uniknąć ciosu czegoś takiego, to nie problem!
- Chyba, że jest tego dużo - przytomnie zauważył pułkownik - i jeśli wokół panuje taka zawierucha, że nie widać niczego na pięć metrów przed siebie...
- Taaak... - z twarzy kapitana można było teraz wyczytać zrozumienie - dlatego teraz uciekają. Rozumiesz?! One wiedzą, że nie mają z nami szans w normalnej walce, bez tumanów piachu. Teraz... roznieślibyśmy to! Popędzilibyśmy ten piekielny pomiot aż do ognistych czeluści! Gdybyśmy dłużej byli tak zdezorientowani, gdybyśmy próbowali walczyć w tej kurzawie, to może i by nas pokonali...
- Nie rozumiem czegoś. Dlaczego uciekają? Jak mielibyśmy ich pokonać? Przecież to są żywe trupy, każdy, kto się z nimi spotkał, i przeżył, każdy potwierdzał to: Nie da się ich zabić, chyba, żeby zupełnie poćwiartować... Ale zanim jednego z nich pokroi się na kawałeczki, kilkadziesiąt tych stworów zdąży się zjawić w pobliżu. Dlaczego one uciekają?
- To proste - uśmiechnął się Gildoy. Pierwszy raz od bardzo dawna widziano na jego twarzy taki uśmiech. Uśmiech tryumfu. - Boją się nas, to widać. A ponieważ się boją, to na pewno mają czego. Możemy je pokonać, inaczej by nie uciekały. A ja wiem czego się boją.
Drapieżny grymas przebiegł po twarzy Unevesa.
* * *
Miasto płonęło.
Kilkaset małych, ognistych pocisków zatańczyło po błękitnym niebie - pozostawiając po sobie malutkie smużki, które od razu rozpłynęły się w podniebnym oceanie - po czym spadło za mury otaczające, płonący już teraz, gród.
W pobliżu bramy rozstawiły się oddziały piechoty mające chronić łuczników, którzy z napiętymi cięciwami czekali na pojawienie się przeciwników.
Na tle coraz ciemniejszego, od dymu wydobywającego się znad miasta, nieba kolejny pocisk wystrzelony z katapulty, dumnie poszybował zostawiając za sobą ogniste ślady. Roztrzaskał się o wysoką basztę, wzniecając tysiące małych iskierek, które powoli opadły na ziemię. Niektóre wznieciły kolejny pożar.
Nagle z głośnym trzaskiem rozwarła się brama wjazdowa. Nie, rozwarła to złe słowo - ona runęła pod naporem uciekających z pożeranego przez ogień miasta umarlaków. Niektórzy byli mocno nadpaleni, stwierdził z zadowoleniem Uneves.
Łucznicy wypuścili płonące strzały.
Wróg wpadł w pułapkę. A raczej wróg został zapędzony do pułapki.
Kilku z nieumarłych zatrzęsło się pod uderzeniem ognistego gradu. Ich wysuszone ciała paliły się jak słoma. Z przeraźliwym krzykiem, który bardziej przypominał bulgoczące warczenie kręcili się chaotycznie. Tymczasem kolejna salwa była gotowa to wystrzału.
I jeszcze jedna...
Początkowa przewaga została przełamana. Zastępy trupów, mimo że już mocno przerzedzone, dotarły do szeregów łuczników. Wtedy swą rolę odegrała piechota. Podczas gdy dwóch wojowników skutecznie opędzało się od ataków nieprzyjaciele, trzeci - trzymający w ręku pochodnię - oddalał zagrożenie. Na zawsze. Dobrze zorganizowane wojska Sprzymierzonych Prowincji radziły sobie z wrogiem.
A łucznicy, ukryci za pierścieniem wojaków, dalej razili ze swych łuków.
Kawaleria patrolowała - jeśli można użyć takie sformułowania w wojennej zawierusze - cały teren batalii i, jeśli było to potrzebne, wkraczała do akcji.
Powoli, acz nieubłaganie bitwa zbliżała się do zakończenia. Pomyślnego.
Zwycięstwa...
* * *
Vant'hrow oglądał jak kolejne z jego dzieci giną.
Widział ich cierpienie i jego ciało wypełniał... smutek?... Smutek, po stracie jedynych istot, które naprawdę... kochał. Jego dzieci, jego jedyne, kochane dzieci. Poszły na rzeź, on je tam wysłał, on... je... zabił... Poczuł na sobie parzące piętno odpowiedzialności i winy. Był winny ich śmierci, on...
Dość tego!... Dość bezczynność!
Poderwał się i pobiegł przed siebie, ku bramie...
* * *
Mina Gildoya, obserwującego walki swych podkomendnych, nagle zrzedła, kiedy zobaczył, jak jeden z oddziałów... przestał istnieć.
Z rozdziawioną gębą wpatrywał się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą jego dzielni wojacy bohatersko spisywali się w walce z nieprzyjacielem, a gdzie teraz bezładnie leżą ciała.
Nie mógł wierzyć własnym oczom.
A jednak to była prawda.
Stojący nad tym - chwilowo pustym - pobojowiskiem samotny mężczyzna zabił pięćdziesięciu wojowników. Wiatr rozwiewał jego czarne, skołtunione włosy, które tańczyły w rytm porywistych podmuchów. Wtedy ich spojrzenia spotkały się. Gildoy widział ten wzrok, wzrok przepełniony goryczą, smutkiem, zemstą, zdecydowaniem - tym wszystkim.
Wzrok, który przyprawił go o dreszcze.
Z nabożnym lękiem wyszeptał.
- Boże, uratuj nas proszę, bo oto nadszedł nasz koniec...
* * *
Epilog
... A Bóg jak na ironię się zjawił.
Rozstąpiły się niebiosa skąd on zstąpił na zalany krwią świat, czemu towarzyszył przeraźliwy huk. Niektórzy wzięli to za boskie wołanie, inni - zapowiedź końca. Rację mieli i ci, i ci.
Nagle Bóg skrócił swą niebiańską wędrówkę i zmaterializował się w postaci starca, z długą, białą brodą, krzaczastymi brwiami i surowym wyrazem twarzy.
Obejrzał się wokół, przy czym jego - bijąca wręcz po oczach swą białością - szata rozwiała się i pozostała w takim tańcu, mimo, iż wszelkie wichry wokół ustały.
Kiedy Vant'hrow odwrócił się, nikt poza nim i Bogiem nie poruszył się na całym świecie. Nastała dojmująca cisza. Wszędzie wokół można było dostrzec zastygłe sylwetki ludzi, zwierząt, które zachowywały całkowity bezruch, jakby dla nich czas nagle się zatrzymał.
Zresztą, nie było to odległe od prawdy.
Wtedy staruszek przyjrzał się dokładnie Vant'hrowowi, marszcząc przy tym brwi. Nagle, nie wiedzieć skąd, w jego ręku pojawił się świetlisty miecz płonący białym płomieniem.
Bóg podszedł do nieprzyjaciela, który nawet nie próbował się bronić.
Zamachnął się i wbił ostrze w brzuch wroga. Następnie, bez żadnych emocji pociągnął za klingę i jego oczom ukazała się dziura, którą pozostawił po sobie miecz. Nie poleciała żadna krew. Nie było żadnej krwi.
Uniósł w górę broń...
- Zabiłeś mnie - wyszeptał Vant'hrow - i... ich - spróbował pokazać ręką na nieumarłych, również nie mogących się ruszać.
- Zgadza się - beznamiętny, wyprany ze wszelkich emocji głos Boga przerażał.
- Moje dzieci - cicho stęknął.
- Już ich nie ma - obwieścił Stwórca, po czym pstryknął w palce, niby to w zabawnym geście, a wszystkie trupy wokoło rozpadły się w drobny pył.
Vant'hrow jęknął.
- To ja je stworzyłem... Obdarowałem wolną wolą, wiecznym życiem... To były moje dzieci!... Istoty idealne!...
- Nie, to JA jestem idealny.
- Zabiłeś je, a one chciały mieć tylko własne miejsce do życia... One walczyły o przetrwanie! Chciały się tutaj osiedlić! Normalnie żyć! To były mądre stworzenia!
- Nikt nie będzie wiedział, że były rozumne. Sprawię, że wszyscy będą je pamiętać jako bezrozumne maszyny do zabijania.
- Jesteś Ojcem Kłamstw... - z nienawiścią wyszeptał Vant'hrow.
- Nie - na twarzy Boga po raz pierwszy pojawił się uśmieszek. Okrutny, złośliwy. Straszny - to będzie twoje miano.
Miecz opadł.
Faramir
faramir_13@poczta.onet.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|