|
Empatia - odcinek 3 Kult
Złociste prominie słoneczne przenikały przez okna pokoju akademika. Na kształt ogniowych języków ślizgały się po twarzy Daniela, zmuszając go tym do podniesienia ciążących od zmartwień i trosk powiek.
Była sobota. Leżał nieruchomo wpatrując się w sufit i wsłuchując się w rytmiczne chrapanie Olka, jego współlokatora. Maciek spał, po jego minie moża było domyślić się, że śni o przyjemnych rzeczach, gdyż na jego ustach gościł delikatny uśmiech.
W głowie Daniela kotłowały się dziesiątki myśli i zdarzeń, które miały miejsce na przestrzeni ostatnich tygodni.
... feralna tabliczka...
... tak intrygująca...
... ornament...
... potrójna spirala...
... mieszkaniec willi...
... ich ojciec...
... kult...
... wyznawcy szatana...
... Kaine...
... raczej Józefów...
... tejmniczy kurhan...
... który znika...
... wszystko znika...
... ogłoszenie Maćka...
... druga tabliczka...
... ludzie w czarnym mercedesie...
... zamieszanie w barze ...
Tego było zbyt wiele. Zadanie powoli zaczynało się komplikować, przerastać rodzeństwo Darecckich.
Daniel wstał z głośnym westchnieniem ze swojego łóżka i podszedł do okna. Poprzez odsłonięte żaluzje spojrzał po raz kolejny na aglomerację Warszawy. Miasto było na nogach. Ono nigdy nie spało. Co najwyżej zapadało nocą w stan lekkiego odrętwienia, które mijało jeszcze przed świtem.
Postanowił zaparzyć sobie kawę. Włączył czajnik elektryczny, po czym szybko udał się do łazienki. W lustrze przywitała go zaspana twarz, z nieco podkrążonymi oczyma. Podrapał się wierzchem dłoni po swoim delikatnym, czarnym zaroście. Sięgnął do znajdującej się obok lustra małej szafki na przybory toaletowe, po czym wyjął z niej jednorazową maszynkę i piankę do golenia. Pewnymi, szybkimi, a zarazem dokładnymi ruchami ostrza ogolił się, a następnie przemył twarz i wklepał w nią tanią wodę kolońską. Powrócił do pokoju, gdzie zalał wrzątkiem czarne ziarenka kawy. Włączył wieżę, z głośników popłynęła cicha i unosząca się po pokoju lekko jak liść na wietrze muzyka. Był to utwór skomponowany przez Mozart'a pt. "Eine kleine Nachtmusik". Sam nie spodziewałby się nigdy po sobie, że wsród jego zainteresowań muzycznych znajdzie się jeszcze miejsce na coś z klasyki. Cóż, człowiek uczy się, przez całe życie, także w kwestiach muzycznych.
Cholera, zaklął Daniel w myślach, Grzyb będzie się upominał o artykuł, który miałem napisać. Powiadomię go, że moje prace nad tą sprawą trochę się przeciągną. Sięgnął do szuflady Maćka i wyjął z leżącej tam paczki Marlboro jednego papierosa. Zaciągnął się dymem. Zakręciło mu się w głowie, dawno już nie palił, prawdę mówiąc robił to sporadycznie. Powiedział kiedyś Nie papierosom, ale one go nie słuchają.
W tym samym czasie, w tym samym akademiku budziło się jeszcze kilkadziesiąt osób. Jedną z nich był Robert Balicki, wysoki niebieskooki blondyn, który uczęszczał do jednej klasy z Julią Darecką. Jego twarz budziła sympatię. Sprawiał wrażenie spokojnego, zrównoważonego, dobrze ułożonego nastolatka. Był lubiany w studenckim towarzystwie.
Obudził go głośny dzwięk dzwonka telefonu. Leżąc jeszcze w łóżku wyciągnął po omacku rękę i wyszukał na szafce nocnej komórkę.
- Halo? - wykrztusił z siebie zachrypniętym głosem.
- Musisz ją zdobyć, jest nam potrzebna - głos w słuchawce był stanowczy.
- Dziś?
- Jak najszybciej. Nim odgadną do czego właściwie służy i co można dzięki niej osiągnąć. Nie możemy dopuścić do tego, żeby tak się stało.
- Oczywiście, zajmę się tym. - odparł skropiony potem Robert. Po plecach przeszedł mu zimny dreszcz. Nie lubił tych rozmów, ten metaliczny, bezbarwny głos napełniał go strachem.
- Tylko nie nawal. - ton jakim zostały wypowiedziane te słowa zdradzał jakie Robert może ponieść konsekwencje, w razie gdyby nie wywiązał się z układu. - Kazimierza już straciliśmy, nie możemy pozwolić sobie na jeszcze jedno potknięcie. Zrozumiałeś?
- Oczywiście, ale...
Dzwięk odłożonej na widełki po drugiej stronie słuchawki nie dał mu dokończyć.
Julia od razu po przebudzeniu była pełna werwy i zapału. Sprawa, którą sie zajmowali co raz bardziej ją intrygowała. Co najważniejsze mieli tabliczkę. To się najbardziej w tej chwili liczyło.
Miała w planach iść dzisiaj z Danielem do prof. Egona Wagnera i pokazać mu owy ornament, który wprowadził ostatnimi czasy tyle zgiełku w ich życiu. Przeciągnęła się jeszcze i szybko wyskoczyła z łóżka. Poleciała do łazienki odświeżyć się, po czym wrzuciła na siebie niebieskie spodnie i przewiewną bluzkę z krótkim rękawkawkiem. Rozglądając się bacznie wyjęła spod materaca mały kluczyk, który posłużył jej do otworzenia metalowej szafki, która kryła w sobie tabliczkę otrzymaną od Maćka. Wrzuciła ją do plecaka i udała się do Daniela. Po paru minutach zapukała do drzwi jego pokoju. Otworzył jej Olek, jak zwykle uśmiechnięty.
- Cześć Julia, dobrze trafiłaś właśnie jemy pyszną jajecznicę przygotowaną przez Maćka, masz może ochotę? - spytał rzucając jej wesołe spojrzenie swoich bystrych piwnych oczu.
- Cześć Olek. Dzięki za propozycję, ale nie jestem głodna. Daniel już wstał? - spytała zaglądając jednocześnie dyskretnie do środka.
- Gdzie moje maniery, nie stój w drzwiach, zapraszam cię do środka - mówiąć to wskazał gestem ręki w kierunku wnętrza.
Julia weszła do pokoju. Odciągnęła brata na bok i zamieniła z nim kilka słów na osobności.
- Mam zamiar iść dziś do prof. Wagnera. Niech obejrzy tą tabliczkę, może się dowie czegoś na jej temat.
- Nie liczyłbym na wiele, ale zawsze można spróbować. - powiedział rezolutnie brat - Chodźmy więc. - rzucił kierując się w stronę drzwi.
Szybkim krokiem przecieli aulę i skierowali się do wyjścia.
Egon Wagner, podeszły wiekiem antropolog, który przyjechał przed kikunastoma dniami z Niemiec siedział od rana u siebie w gabinecie przy swoim pięknym, wielkim, dębowym biurku, zasiadajac w drogim fotelu ze skórzanymi obaciami. W ciszy i spokoju popijał, jak to miał w zwyczaju, mocną gorzką herbatę.
Spędzał czas na porządkowaniu notatek oraz w wolnych chwilach na przeglądaniu starych ksiąg, mając nadzieję dowiedzieć się czegoś więcej o nurtującej go od kilku dni potrójnej spirali. Uporządkowywał wszystkie informacje, jakimi dysponował do tej pory.
Nagle w jego domu rozległ się donośny sygnał dzwonka u drzwi frontowych. Zaciekawiony wstał od biurka aby zobaczyć kto przyszedł do niego o tak wczesnej porze. Spojrzał przez judasza. Ucieszył się, gdy przez wizjer dostrzegł znajome, mimo iż mocno zniekształcone przez soczewkę przyjazne twarze Julii i Daniela. Przesunął ciężką zasówę i zdjął łańcuch, po czym z uśmiechem na ustach otworzył szerko drzwi.
- Ależ witam! Cieszy mnie, że znów mam przyjemność was gościć - powiedział pełen entuzjazjmu. - Dobrze się składa, że przyszliście. Właśnie pracowałem nad waszą historią, ale muszę przyznać, że niewiele jak do tej pory udało mi się ustalić. - oznajmił z kwaśną miną.
- My również serdecznie witamy - powiedziała Julia. - Przyszliśmy do pana właśnie w tej sprawie. Mamy coś co powinno chyba pomóc nieco w rozwikłaniu tej zagadki. - wyszeptała tajmniczo.
Weszli do środka.
Julia delikatnie wyciągnęła z plecaka torbę, w której miała tabliczkę. Wyjęła ją i podała ostrożnie profesorowi.
Nie wiedzieć czemu tabliczka świeciła słabym blaskiem, ornament mienił się kolorami tęczy, to znów nieco przygasał. Zdawał się żyć, oddychać w rękach antropologa. Potrójna spirala pulsując wpatrywała się w nich. Można było zaryzykować stwierdzenie, że posiadała jakieś magiczne właściwości. Profesor zaczął mieć wątpliwości, czy służyła jedynie jako nośnik tekstu modlitwy w nieznanym (prawdopodobnie już dawno zapomnianym przez ludzi) języku.
- Piękna - wyszeptał profesor. - Niesamowita.
Daniel korzystając ze sposobności podszedł do znajdującego się na ulicy odrapanego automatu telefonicznego. Poklepał się po wszystkich kieszeniach swoich spodni i z głupią minął spytał się Julii.
- Mogłabyś mi użyczyć swojej karty? Nie wziąłem z pokoju portfela...
- Och Daniel, kiedyś zapomnisz własnej głowy - odpowiedziała mu wręczajac jednocześnie kartę z wizerunkiem papieża na odwrocie.
- Dziękuję. To zajmie tylko chwilę, powiadomię Grzyba, że spóźnię się trochę z oddaniem artykułu.
Włożył kartę do automatu, wykręcił numer redakcji "PPP" i poprosił sekretarkę o poproszenie do słuchawki pana Grzyba.
- Czego? - spytał jak zwykle w znakomitym humorze naczelny.
- Witam panie Grzyb, mówi Daniel Darecki. Telefonuję w sprawie obiecanego artykułu.
- Więc?
- Chciałem najmocniej przeprosić i powiadomić, że termin oddania trochę się opóźni. Jeszcze raz przepraszam... - powiedział skruszony Daniel.
- Widzę go najpóźniej do środy, zrozumiano? - wycedził przez zęby redaktor Grzyb.
- Oczywiście, dziękuję i jeszcze raz przepraszam za kłopot. Do widzenia. - powiedział uradowany Daniel.
- Do widzenia. - rzucił ostrym tonem rozmówca. - Ach te dzisiejsze dzieciaki. - westchnął głęboko.
Robert ruszył zdecydowanym krokiem przez aulę do schodów prowadzących na korytarz, na którym mieścił się pokój Julii Dareckiej i jej współlokatorki, Natalii. Widział jak wychodzili z akademika, zdawał sobie sprawę, że nie będzie ich przez kilka minut. Myśli kotłowały się w jego glowie. Chciał rzucić okiem na pokój Juli. Jeżeli ma tabliczkę, myślał, to z pewnością trzyma ją dobrze ukrytą w pokoju.
Niepewność przeplatała się w jego głowie ze strachem.
Muszę koniecznie ją zdobyć, pomyślał. - Muszę, nie mogę zawieść.
Zapukał głośno do drzwi jej pokoju.
"Powiem, że dziekan prosił, żeby przyszła do nieg natychmiast".
Nikt nie otworzył.
Ponowił próbę. Korzystając z chwili ciszy, która zapanowała na korytarzu nadstawił uszu i wyłowił z wnętrza pokoju dźwięk wody lecącej z prysznica.
Szczęście mu sprzyjało, Natalka brała kąpiel. Rozejrzał się i upewniwszy, że nie jest obserwowany, wśliznął się do środka. Poruszając się zwinnie, cicho i delikatnie zaglądał na półki, do szafek i rozmaitych zakamarków. Po kilku minutach zdał sobie sprawę z tego, że Julia musiała zabrać ornament ze sobą.
Opuścił cicho pokój.
Miał wyrzuty sumienia, nie chciał już w tym uczestniczyć.
Całe to zamieszanie było w pewnym sensie spowodowane przez niego.
Niepotrzebnie doniosił swoim Przełożonym o znalezisku odkrytym na terenie wykopalisk.
Słońce pięło się popołudniową porą leniwie po niebie. Setki małych obłoczków tańczyło skąpanych w jego przenikliwych, pieszczących promienieach. Wędłowały beztroskie po nieboskłonie nieświadome rzeczywistości, która odciskała swoje piętno na ludziach wegetujących tam w dole.
W tym czasie porucznik Marian Rewski siedział na swojej werandzie, paląc papierosa w cieniu wielkiego parasola. Po raz któryś rozmyślał o Dareckich, o problemach, które przez to pieprzone wykopalisko ściągneli na siebie i na niego. Nurtowała go ta wieś, Józefowo. Wciąż po głowie chodził mu stary, zabytkowy kościół. Czuł, że ma on jakieś powiązania ze spiralą.
- Muszę to sprawdzić. - mruknął pod nosem.
Daniel i Julia zostawili otrzymaną od Maćka tabliczkę u prof. Wagnera, który miał wieczorem zgłębiać tajniki tego tajemniczego wykopaliska.
Udali się do akademika i zajęli się swoimi codziennymi sprawami.
Porucznik kończąc kolejnego papieros i dopijając kawę rzucił niedopałek na podłogę ganku i przygasił go obcasem. Ruszył się z fotela stojącego na ganku, wszedł do domu, sięgnął do szuflady i wyjął z niej służbowy pistolet, kilka dodatkowych kul oraz stalowe, lśniące kajdanki. Wziął jeszcze leżace na lodówce kluczyki od samochodu i wyszedł na dwór.
Wsiadł do auta, zapiął pasy i odjechał. Włączył radio i nastawił swoją ulubioną stację radiową, gdzie nadawali prawie same stare przeboje, muzykę z jego młodych lat.
Od Józefowa dzieliła go niewielka ilość kilometrów. Podczas drogi przez głowę przewijały mu się obrazy minionych dni. Ciągle bolało go prawe ramie, w które został postrzelony podczas zamieszania w barze. Nie powinnien nawet prowadzić samochodu, gdyż manewrowanie kierownicą, czy skrzynią biegów nadwyrężało nie wyleczoną jeszcze rękę.
Kościół był jakby znakiem rozpoznawczym Kaine, gdyż górował wyraźnie nad całą wsią. Był zbudowany w stulu barokowym. Miał dwie wysokie, chude wieże po bokach (pełniące role dzwonnic). Pośrodku, między nimi, umiejscowiona była kopuła, która nie odbiegała zanad to od nich wysokością. W oczy rzucały się wielkie, mosiężne drzwi, prowadzące do obszernej środkowej nawy.
Porucznik zatrzymał swojego wysłużonego garbusa pod bramami kościoła. Życie we wsi toczyło się niezwykle wolno i skrycie (szczególnie jeśli chodzi o podejście miejscowych do nieproszonych gości), toteż Rewskiego nie zdziwiła zbytnio panująca wokół pustka.
Pewnie wszyscy siedzą teraz w domach i odpoczywają po całym tygodniu ciężkiej pracy, pomyślał.
Zbliżył się do frontowej bramy i mocno pociągnął drzwi. Tak jak się spodziewał - były bardzo ciężkie i paskudnie skrzypiały. Takie skrzypienie nienaoliwionych zaiwasów zawsze przyprawiało go o dreszcze.
Mimo lekko popołudniowej pory w środku panował półmrok. Okna nie były zbyt duże, a poza tym umieszczone w nich witraże były wykonane z ciemnego szkła. Na końcu głównej nawy znajdował się pięknie zdobiony ołtarz z tabernakulum, zajmującym jego środkową część. Widać było, że osoba go projektująca włożyła w swoją pracę wiele serca. Pomimo słabego oświetlenia można było dostrzec na ścianach i suficie cudowne freski nawiązujące głównie do motywów biblijnych. W dwóch szerokich rzędach stały złączone ze sobą kilkuosobowe ławki, wykonane z drzewa dębowego.
Po lewej i prawej stronie były ozdobne przejścia do naw. W lewej na samym jej końcu stał mniejszy ołtarzyk, nad którym górował wielki obraz w złoconej ramie przedstawiający Chrystusa. Tuż po wejściu do prawej natykało się na malutki ołtarzyk poświęcony w całości Najświętszej Maryji Panny. Zdobiły go liczne jej wizerunki w formie obrazów i posągów.
W tych okolicznościach wywarły na Rewskim niesamowite wrażenie. Połączenie zachwytu nad pięknem i lękiem z klimatem jaki panował w półmroku.
Porucznik nie widząc nikogo zawołał donośnie:
- Czy jest tu ktoś?
- Proszę nie krzyczeć w świętym miejscu. - odpowiedział mu zachrypnięty głos tuż za plecami. Porucznik podskoczył jak oparzony.
- Przepraszam, nie chciałem pana wystraszyć. - rzekł nieznajomy.
- To ja przepraszam - porucznik zmierzył wzrokiem swojego rozmówcę. Był to ksiądz, jednak jego twarz w jakiś sposób nie pasowała do tej funkcji. Była strasznie blada, z dużą ilością popękanych naczynek krwionośnych na policzkach. Kolor jego gałek ocznych spowodował, że porucznikowi skojarzył się z królikiemn. Wbrew pozorom nie wydawało mu się to teraz zabawne.
- W jakiej sprawie mam przyjemność gościć, panie...?
- Rewski, Marian Rewski - porucznik odpowiedział łamiącym się głosem. Ksiądz napawał go strachem.
Marian odchrząknął, nabrał nieco pewności i powiedział:
- Jestem warszawkim policjantem, mój przyjazd do tego miejsca wiąże się z prowadzonym aktualnie przeze mnie śledztwem.
- Rozumiem. - odparł oschle ksiądz. - Pozwoli pan, że i ja się przedstawię - jestem ojciec Benjamin. Jestem tu proboszczem.
- Witaj ojcze. Czy mógłbym się tu przez chwilę rozejrzeć?
- Nie widzę przeszkód poruczniku.
Rewski ruszył niepewnym krokiem w stronę ołtarza.
- Czy można wiedzieć... - zaczął, lecz urwał nagle, gdy odwrócił się i okazało się, że ojca Benjamina nie ma w miejscu, w którym stał kilka sekund temu. Dziwne, pomyślał, przecież nie było nawet słychać odgłosu kroków.
- Ojcze? - spytał niepewnie.
Odpowiedział mu gwizd wiatru, który wpadał przez uchylone drzwi do środka. Ruszył dalej. Po chwili dotarł do ołtarza, który był wyjątkowko piękny i bogato zdobiony. Jego przepych nie pasował zbytnio do obrazu ubogiej wsi. Koszt wybudowania takiego kościoła musiał wynosić krocie. Wpatrywał się przez parę sekund w tabernakulum, po czym skierował sie do prawej nawy. Nie było tam niczego niezwykłego jak na kościół, ot garść obrazów przedstawiających Niepokalaną Dziewicę, podłoga podobnie jak w głównej części kościoła wyłożona była marmurowymi płytkami.
Odgłos jego kroków roznosił się donośnym echem.
Sześciesięcioletni prof. Egon podniósł słuchawkę telefonu i wykręcił numer. Po chwili do drugiej stronie odezwał się spokojny, stonowany głos.
- Słucham?
- Witaj Wojtku, mówi Egon.
- Ach cześć Egon, jak idą prace nad ornamentem?
- Właśnie w tej sprawie telefonuję do ciebie. Chciałem żebyś przyszedł do mnie. Mogłbyś wziąć ze sobą tą starą księgę, którą ci kiedyś podarowałem? Nie pamiętam już tytułu, obejrzałem ją tylko pobierznie, ale z tego co pamiętam to było tam sporo informacji na temat kultury kształtującej się w okresie średniwiecza, pamiętasz?
- Ach ta. Mam gdzieś ją, będę musiał poszukać. Kiedy mam przyjść? - podekscytowanym głosem spytał Orsewicz. Bardzo go fascynowała ta sprawa, dlatego też perspektywa zagłębiania się w jej tajniki niezmiernie go intrygowała i cieszyła.
- Najlepiej byłoby gdybyś wpadł jak najszybciej. Jestem cały czas u siebie. - odparł głos w słuchawce.
- A więc poszukam tej księgi i zaraz cię odwiedzę. Do zobaczenia.
- Czekam, narazie.
Wojciech Orsewicz wyciągnął się w swoim wygodnym miękkim fotelu. Wpatrywał się w telewizor, myślał intensywnie, gdzie mógł położyć podarunek od Egona. To było tak dawno temu. Prawdopodobnie leży w jakimś zakurzonym kartonie na strychu. Podniósł się i żwawym krokiem ruszył w kierunku schodów prowadzących na górę. Wszedł po nich i otworzył stare drzwi. Przywitały go tumany kurzu uniesione przez powietrze, które wleciało z korytarza. Panował stęchły zapach zglinilzny.
Ładnie, będę musiał tu kiedyś posprzątać, pomyślał z ironią na twarzy Orsewicz. Przeszukał kilka kartonów, lecz jedyne co w nich znalazł godnego uwagi to całe hordy przestraszonych nagłym zamieszaniem pająków. Otworzył kolejny karton, pod zwałami czasopism naukowych różnej maści dojrzał obwolutę książki. Szybko wyrzucił jego zawartość na brudną podłogę. Na wierzchu powstałego usypiska przywitała go księga o wdzięcznym tytule "Kultura i religie europejskich średnich wieków". Dmuchnął na okładkę, w powietrze ulaciało sporo kurzu. Doskonale, pomyślał po czym zszedł na dół. Wziął kluczyki od swojej starej, wyeksplatowanej Toyoty i ruszył do Wagnera.
Dzwonek do drzwi sprawił, że prof. Egon poderwał się od biurka i pogiegł otworzyć. Tak jak się spodziewał, za drzwiami przywitała go dobrze znana twarz jego kolegi Wojtka Orsewicza.
- Ach jesteś! Szybko się uwinąłeś. - stwierdził Wagner.
- Mam księgę, myśłałem, że dłużej mi się zejdzie z jej odnalezieniem. - powiedział nieco lakonicznie Wojciech.
- To świetnie, nie przedłużajmy więc i zajmijmy się lekturą materiałów, które przygotowałem. - rzucił wskazując na nawał książek, które leżały poukładane jedna na drugiej na biurku profesora.
Orsewicz zdjął w pośpiechu narzuconą na siebie w domu szwedkę i powiesił ją w przedpokoju na wieszaku.
- Dużo tego.
- Myślę, że to wszystkie książki z mojej biblioteki, które mogą nam coś powiedzieć na temat tego kultu. Mam coś jeszcze... - powiedział tajemniczo profesor. - Dziś Julia przyniosła mi tabliczkę.
- Niemożliwe! Przecież została skradziona z magazynu! - wykrzyknął podniecony Orsewicz.
- Dla mnie to nie jest istotne. Nie chcę być zanadto wścibski, więc się nie wypytywałem, to nie moja działka. - odparł obojętnie Egon.
Przy jego biurku stał drugi, specjalnie przygotowany dla gościa fotel.
- Może napijesz się czegoś? Herbaty, kawy?
- Jeśli to nie kłopot to z chęcią napiłbym się mocnej kawy, wszak dużo pracy przed nami. Czy mógłbym przyjrzeć się dokładniej tej tabliczce? - spytał zaciekawiony Wojciech.
Wagner podszedł do biurka i dużym kluczem otworzył szufladę swojego biurka. Kluczyk cicho zgrzytnął w zamku. Profesor wziął delikatnie w ręce tabliczkę i podał ostrożnie Orsewiczowi. Ornament wyglądał normalnie, gdzieś zniknęła jego magiczna aura, którą raczyła Egona. Mimo to i tak wywarła na Wojciechu duże wrażenie.
- A więc to jest ta tabliczka, o którą tyle się ostatnio robi zamieszania. - powiedział zamyślony Orsewicz, jakby sam do siebie.
Sprawa dzięki swojej złożoności i otoczce tajemnicy wciągała ich co raz bardziej. Zagłębili się w lekturze.
Po kilku minutach bezustannego i bezowocnego przekopywania się przez stare stronice Egon sięgnął po księgę przyniesioną przez Wojciecha. Otworzył ją, poczuł zapach starości. Przewrócił szybko kilka stron. Przed oczami przeleciał mu znajomy wzór. Przewrócił kila stronic w tył. Tak! Wskazał palcem na pożółkłę kartkę. Oczom dwóch mężczyzn okazał się zamazany szkic. Przedstawiał potrójną spiralę. Szybko zaczęli czytać garstkę zdań znajdujących się pod rysunkiem.
"Za udział w rytuałach mających na celu przywołanie wszelakich diabłów z zaświatów na Ziemię wyznawcy tego skomplikowanego kultu otrzymywali nagrodę w postaci żywota wiecznego. Wierzono, że po śmierci, po tuż przed zstąpieniem do Podziemia ciała ulegają spaleniu, aby dusza mogła się zeń uwolnić. Potem przekraczała próg Otchłani, gdzie czekał ją wieczny Spokój."
- Ciekaw jestem Wojciechu jak to możliwe, że taki na pozór mały kult stworzył wokół siebie taki złożony system, na którym opierało się życie wyznawców... - powiedział zamyślony Egon.
- Widać niewiele jeszcze o nim wiemy. - odparł strapiony Wojciech.
Zmierzch powoli ogarniał okolicę. Na ulicach już od jakiegoś czasu paliły się latarnie oświetlając nierówne chodniki, po którym zmierzali ludzie, każdy w swoją stronę.
Robert Balicki obserwował to wszystko przez brudne okno swojego pokoju. Właściwie to nie skupiał się zbytnio na tym czym raczyła go Warszawa o tej porze. Ciągle myślał o tym metalicznym głosie w słuchawce, który nakazał mu zdobyć tabliczkę. Nie będzie mowy o jakimkolwiek tłumaczeniu, jeśli tego nie zrobi. I to szybko.
Rewski poczuł jak ciarki przechodzą mu po mokrych od potu plecach. Sierował się nerwowym krokiem do lewej nawy. Szedł w stonę małego ołtarza poświęconemu Jezusowi Chrystusowi. Świadczyły o tym licze wizerunki Zbawiciela. Ich apogeum stanowił ogromny obraz w złoconej ramie, który przedstawiał Syna bożego z ręką wyciągniętą w stronę potrzebujących. Z jego serca wypływały dwa stumienie, jednym płynęła krew, drugim natomiast krystaliczna woda. Z lica Jezusa bił spokój i opanowanie, oczy miał spokojne, przepełnione miłością i dobrocią.
- Robi wrażenie... - pomyślał w duchu porucznik.
Podszedł pod sam ołtarzyk, przyklęknął i przeżegnał się. Wciąż bolało go ramię, balansowanie ciałem sprawiał mu tępy nasilający się ból, toteż wstając podtrzymał się zrobionego z mosiądzu posągu Jezusa. W momencie kiedy położył delikatnie dłoń na głowie odlewu do jego uszu dotarł cichy trzask. Z delikatnym skrzypnięciem otworzyły się powoli małe drzwiczki pokryte rozmaitymi wzorami idealnie wkomponowane w jedną ze ściań. Oczom Mariana Rewskiego ukazał się długi niski korytarz, na którego końcu migotała czerwona poświata.
- Co do cholery... - zaklął nie zważając na świętość miejsca, w którym się znajdował.
Zaciekawiony ruszył ostrożnie przed siebie. Aby przedostać się na drugi koniec korytarza, mimo swego niewysokiego wzrostu, musiał nieco się przygarbić by nie zawadzić głową o framugę. Podążając powoli nasłuchiwał, czy ktoś nie czai się w ukrytym pomieszczeniu. Zatrzymał się na moment, wyciągnął z kabury swój służbowy pistolet, wziął głęboki wdech, powoli z zamkniętymi oczami wypuścił powietrze i szybko wkroczył do pomieszczenia. Nikogo tam nie było. Pomieszczenie miało wymiary mniej więcej cztery na trzy metry, sądząc po wyglądzie sprawowało rolę ołtarza.
Być może składają tu ofiaray, przemknęło przez głowę porucznikowi. Na każdej ścianie zawieszone były po dwie płonące pochodnie.
- Skoro ogień cały czas się pali, to musi być tu stały dopływ tlenu. - zauważył Marian Rewski.
Ściany pokryte były jakże dobrze znanym przez niego symbolem. Potrójna spirala była namazana niedbale krwią na każdej ścianie. Centralną część pomieszczenia zajmował mały ołtarz, wokół którego na ziemi porozstawiane były czerwone świece, palące się leniwym płomieniem. Na środku jego podstawy był wykuty w brązie ornament o głębokości kilku centymetrów. Był wypełniony czerwoną posoką, która zdawała się krążyć w nim wolnym ruchem. Porucznik stał osłupiały, nie zdając sobie do końca sprawy z wagi swojego odkrycia. Chciał sięgnąć po telefon, aby zawiadomić komendę o tych wszystkich dziwnych rzeczach dziejących się w Józefowie, gdy za jego plecami rozległ się znajomy zachrypnięty głos.
- Nie masz prawa tu wchodzić. - orzekł oschle ojcec Benjamin. - To może cię drogo kosztować.
- Ojcze! Co to ma znaczyć, co tu się dzieje?! - wykrzyczał zdezorientowany Rewski.
- To nie jest istotne. - odparł. - Nie przywiązuj zbyt dużej wagi do spraw doczesnych, to daremne. Prawdziwe życie dopiero się zacznie. Już niedługo.
Po całym kościele rozszedł się jego donośny, histeryczny i zarazem przerażający śmiech.
- Żegnam poruczniku. Miło mi było pana poznać. - kiedy skończył wypowiadać te słowa w pomieszczeniu rozległ się oślepiający błysk.
Zgasły wszystkie światła. Ojciec Benjamin rozpłynął się w powietrzu. Marian Rewski parę minut spędził oszołominy na zimnej posadzce. Walcząc z ciemnością wstał i skierował się do najbliższej ściany. Dotknął drżącą ręką chłodnej ściany mniej więcej na wysokości, na jakiej znajdowało się wejście do korytarza prowadzącego do lewej nawy. Trzymając rękę na ścianie obszedł pomieszczenie dookoła i ku swemu przerażeniu stweirdził, że wejście do korytarza zablokowane jest przez grube, potężne drzwiczki. Wziął do ręki telefon, wykręcił numer komisariatu, lecz odpowiedziała mu głucha cisza. Spróbował ponownie z innym numerem. Z podobnym rezultatem.
Pot spłynął mu strużką z włosów po plecach.
Elpresidente
puls@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|