Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Magdalena "nabuchodonoZorka" Szczubret ::::

Kamień Ziemi
część 5



[Od autorki: Mglisty Rydwan Przeznaczenia objął w posiadanie moje życie. Nic z tego co było nie jest takie jak dawniej. Ale nie to jest ważne... Zadziwiające jak literatura fantasy potrafi wpływać na ludzi - ich marzenia i pragnienia. Zdawać by się mogło, że tak naprawdę w dzisiejszym świecie magia nie istnieje. Nic bardziej mylnego. Ta najbardziej nieprawdopodobna ma prawo bytu. Odnalazłam ją. I już nie wierzę w to, co niemożliwe... nie muszę... JA w tej niemożliwości trwam......]

Fragmenty dalszych losów bohaterów cyklu.



Czarodziejka obróciła się gwałtownie. Z południowego wzgórza nadciągał ku nim oddział uzbrojonych po zęby zmutowanych niedźwiedzi odpornych na magię.
- Co one robią w elfickich lasach?! - krzyknęła Nimaen. - Handirze! Wchodź do portalu!
- Czyś ty oszalała! - wrzasnął Limir - Mowy nie ma. Nie zostawię was tutaj.
- Na litość boską, wchodź! - odparła czarodziejka próbując przekrzyczeć wrzask barhaltów. A widząc, że feantari nic sobie nie robi z jej nalegania chwyciła Mirim za rękę i popchnęła ją w stronę portalu, mrucząc pod nosem formułki w pradawnym języku. Po chwili poczuła gwałtowne szarpnięcie. Turbulencje nie ustawały. Krystaliczna sieć portalu rozmazywała się powoli. Nagle wszystko ustało. Czarodziejka poczuła, że leży na czymś miękkim. Podniosła głowę i ze zdumieniem, pomieszanym z przerażeniem stwierdziła, że portal nawalił. Znajdowała się w międzyczasowym labiryncie kontrolowanym przez wroga.
- Handir! - krzyknęła i poczuła jak serce podskakuje jej do gardła. - Jeżeli...
Zerwała się na równe nogi i przystąpiła do ponownego rozwijania wejścia portalu. Świetlne wrota były już prawie gotowe, gdy poczuła, że ktoś ją łapie za rękę i próbuje przerwać połączenie.
- Mirim, przestań! - krzyknęła czarodziejka, a drzwi zamigotały w powietrzu.
- Mirim, przestań! Mirim, uważaj! - parsknęła kapłanka - Ech... Nimaen. Czy myślisz, że jestem tylko głupim i bezbronnym stworzeniem? Nie, moja czarodziejko.
Zaśmiała się szyderczo, a w jej agrestowych oczach zamigotały niebezpieczne ogniki.
Nimaen nie odzywała się. Całą siłę woli i resztkę sił skupiła na wejściu do portalu, które było jedyną drogą ucieczki z tego miejsca.
- Handir od początku mi nie ufał. - mówiła dalej kapłanka. - I miał rację Nimaen...
Czarodziejka nie zwracała na nią uwagi.
- Koniec z tym! - wrzasnęła Mirim i rzuciła się na dziewczynę. Świetliste wejście znikło pozbawione magicznej energii. Czarodziejka szybko wyswobodziła się z uścisku dłoni Mirim i przygważdżając ją do ziemi dobyła miecza. Była zbyt wyczerpana wyczarowywaniem portalu, aby walczyć za pomocą czarów. Szybko sięgnęła do cholewy buta gdzie trzymała eliksir. Mirim wykorzystała tę chwilę jej nieuwagi i zrzuciła czarodziejkę z siebie. Wyprostowana stanęła naprzeciw elfki i zaśmiała się przeciągle.
- Daegona możesz oszukać, ale nie mnie! Ty jesteś Kamieniem Ziemi! W tobie on tkwi!
- Mirim... oszalałaś... - wyszeptała blada czarodziejka i mocniej zacisnęła palce na rękojeści miecza.
- Możesz mówić co chcesz, ale... i tak umrzesz. - warknęła kapłanka. - Wpadłaś Nimaen. Portal ten został specjalnie skonstruowany na tą okazję. Trafiłaś w moje ręce. Moje i mego pana. Biedna Mirim - powiedziała z goryczą kobieta - No ale cóż, dałaś się nabrać. Jesteś teraz w samym sercu Królestwa Zła i daleko nie uciekniesz.
- Oh... Nimaen - rzekła drwiąco kobieta. - Największa mistrzyni magii na Wentrze zdana na naszą łaskę.
- Raczej niełaskę... - odpowiedziała chłodno czarodziejka.
Kapłanka zaśmiała się przeciągle.
- Bystra jesteś - powiedziała z ironią, mrużąc przy tym swoje piękne, agrestowe oczy. - Magia opuściła cię już dawno temu... Teraz my - Kapłani Laserark - ją praktykujemy.
- Magia? - przerwała jej Nimaen. - Nie macie bladego pojęcia o magii, Mirim.
- O tym się przekonamy. - odparła kobieto uśmiechając się szyderczo.
Złożyła dłonie w Święty Znak i zaczęła wypowiadać formuły magicznych zaklęć.
Nimaen nie czekała na efekty. Skupiła się i przystąpiła do tworzenie portalu.

Nagle tuż za jej plecami błysnęło jasne światło. W powietrzu unosiły się owalne, świetliste drzwi. Ktoś otworzył magiczne wejście...
Czarodziejka nie zwlekała dłużej. Gdy tylko drzwi portalu zostały otworzone, podbiegła do nich i wskoczyła do krystalicznej sieci. Mirim rzuciła się za nią, ale potężny kopniak w brzuch zwalił ją z nóg. Już po chwili Nimaen znalazła się we wnętrzu portalu. Nastąpiło lekkie szarpnięcie.

Wyrzuciło ją gwałtownie. Uderzyła głową o coś twardego. Ktoś krzyczał.
- Nimaen!!!
Dziewczyna powoli otworzyła oczy. Tuż nad nią pochylał się Handir, a tuż obok niego stała...
Czarodziejka zerwała się na równe nogi. Spojrzała w agrestowe oczy Mirim. Po chwili wyciągnęła dłonie w jej stronę i zaczęła wypowiadać formułę zaklęcia paraliżującego. Przerwała. Ktoś z całej siły kopnął ją w nogę; zachwiała się i upadła jęcząc z bólu.
Agrestowe oczy wpatrywały się w nią przenikliwie.
Nimaen chwyciła miecz, leżący na ziemi tuż obok niej i z dzikim wrzaskiem rzuciła się na Mirim. Nie zadała ciosu. Handir podciął ją i przygwoździł do ziemi.
- Czyś ty oszalała?! - wrzasnął. - Co ty wyprawiasz?!
- To służka zła, do cholery! - krzyknęła wściekła czarodziejka, próbując wyswobodzić się z uścisku ramion Limira. - Jeszcze przed chwilą próbowała mnie zabić... A teraz ma ku temu jeszcze bardziej dogodną sytuację!
Feantari momentalnie obrócił głowę w stronę Mirim. Ta ostatnia stała nieruchomo, kurczowo trzymając w dłoniach sztylet. W jej zielonych oczach malował się strach. Handir z powątpiewaniem spojrzał na Nimaen, po czym rzekł z uśmiechem:
- Obudź się, obudź się... obu...
Nagle zawirowało mu w głowie. Powoli osunął się na ziemię jęcząc z bólu.
- A teraz czas wziąć się za ciebie. - syknęła Nimaen. - Gdzie ukrywa się Daegon, Mirim... mów!
- Ja.. nie wiem Nimaen...

---

- Nimaen. Nie dawałaś znaków życia od sześciu godzin! Próbowałaś wejść razem z Mirim w świetlny portal, ale coś nawaliło i wrota znikły. No a ty zemdlałaś...
- CO?!
- Napadły nas barhalty... nastąpiło jakieś dziwne rozładowanie i...
Czarodziejka zwiesiła głowę i powoli usiadła na ziemi.
- Przepraszam. - wyszeptała.


[...]

---

Idąc wzdłuż Złotej Rzeki, opasającej Świętą Warownię, podziwiali mury tej pradawnej fortecy, wysokie na sto stóp, zbudowane z ciemnego kruszcu, wytwarzanego przez ludy północy w zamierzchłych czasach; z setkami baszt i wież majaczących gdzieś w górze. Z najwyższej z nich rozbłyskiwało białe światło - Wieczna Latarnia - dar Najwyższej dla wszystkich wolnych ludów Wentry, źródło poznania, zalążek wiedzy magicznej - Entros.
Główne wrota, do których prowadził zwodzony most, rzeźbione były w dębowym drewnie, przedstawiając najważniejsze sceny z całej historii Limire. Tuż przy nich stali dwaj strażnicy odziani w srebrne zbroje i długie, fioletowe płaszcze; z tarczami w dłoniach, na których widniał herb Świętej Ziemi - złote pióro.
Gdy podróżni zbliżyli się do nich, strażnicy skrzyżowali miecze, a jeden z nich przemówił:
- Terente ponte merno deuse mi?
- Eu none kifnet daurel. - odparł na te słowa Handir.
Wtedy to wartownicy zniżyli broń i krzyknęli coś w swoim języku, i wnet główna brama lekko drgnęła i powoli zaczęła się otwierać.

---

Na ich spotkanie wyszła Annis, służka najwyższej kapłanki.
Ubrana w białą szatę, symbolizującą przynależność do najświętszej grupy i nosząca srebrny diadem na czole, z ametystami ułożonymi na kształt promieni słonecznych.
Widząc podróżnych dziewczyna pochyliła lekko głowę i przemówiła we wspólnej mowie:
- Witajcie w domu Limire. Udajcie się teraz do swoich komnat, posilcie się i odpocznijcie przed wieczorną ucztą. Następnie zwróciła się do Nimaen:
- Jestem ogromnie rada widząc cię tutaj mistrzyni. Moja pani oczekuje cię z niecierpliwością. Racz przybyć do niej przed udaniem się na odpoczynek.
Czarodziejka lekko skinęła głową na znak zgody.
- A więc prowadź. - rzekła po chwili.
- Chodź Mirim. - szepnął Handir. - Witaj w mojej ojczyźnie.
Po czym ujął ją pod ramię i razem odeszli w boczny korytarz. Tymczasem Nimaen i Annis minęły główny dziedziniec i weszły na schody prowadzące do wysokiej wieży.

---

Weszła do okrągłej sali o wysokich ścianach pokrytych freskami przedstawiającymi artystyczne wizje powstania Wentry. Po prawej stronie od wejścia stał ołtarz z kości słoniowej, na którym leżały opasłe księgi; a tuż za nim, na podwyższeniu znajdował się ogromny, biały tron rzeźbiony w drewnie. To właśnie na nim zasiadała najwyższa kapłanka Limire - Lineë.
Ubrana w muślinową, białą tunikę, odsłaniającą krągłe ramiona; przewiązana w talii pasem z topazów. Z jej pleców spadał starannie upięty srebrzysty płaszcz z kapturem. Jej kruczoczarne loki opadały kaskadą aż do stóp, wspaniale uzupełniając się z fiołkowym wejrzeniem oczu otoczonych ciemnymi znakami runicznymi. Skrzydła jej koloru porannego nieba stanowiły uzupełnienie całej postaci - na pół bogini.
Widząc gości kapłanka wstała i podeszła ku nim. Annis po cichu opuściła salę. Teraz były tylko we dwie. Źródło i Przeznaczenie - należące do najwyższych na tym świecie - Wiara i Moc. Obydwie znające największe sekrety. Obydwie obdarzone niezwykłymi zdolnościami. Najwyższa spośród świętej rasy i mistrzyni magii.
- Witaj pani - rzekła cicho Lineë wyciągając lekko dłonie w stronę czarodziejki. Ta ostatnia chwyciła je i rzekła z uśmiechem:
- Penas eterum el konin la illych.
Po czym padły sobie w objęcia.

- Wielka wojna już się rozpoczęła - mówiła Lineë - Od wielu miesięcy słudzy zła przygotowują swe zastępy do walki. Darkaran zgromadził armię najpodlejszych stworzeń na świecie. Służą mu gobliny, gargulce, trolle wszelkiego rodzaju, barhalty z północy, zastępy cieni z podnóży Stalowych Gór, a także wampiry i niektóre plemiona olbrzymów z Chabrowej Doliny. Na dodatek Ciemności stworzyły nową rasę...
Nimaen z błyskiem zdziwienia w oczach spojrzała na kapłankę:
- O czym ty mówisz Lineë?
Kobieta popatrzyła smutnym wzrokiem na czarodziejkę i odparła:
- Kamrony...

[...]

Kapłanka ukryła twarz w dłoniach. Nimaen siedziała wyprostowana naprzeciw niej. Była tak zaskoczona i przerażona, że nie potrafiła nic powiedzieć. Dopiero po dłuższej chwili powoli wstała, podeszła do Lineë, przytuliła się do niej i powiedziała cicho:
- Obiecuję ci Lineë, że już niedługo potrwa ucisk sprawiedliwych. Wentra czuwa nad nami i nie pozwoli, aby zło zatriumfowało...
- Kamień Ziemi...

[...]

- Lineë... ja nie wiem... nie potrafię obudzić w sobie tak wielkiego skupiska mocy. I mimo tego, że... ja... kamień...
- On jest w tobie, czarodziejko.

---

- Brakuje tylko formuły...
- Ale ja jej nie znam! - krzyknęła Nimaen z rozpaczą.
Lineë podeszła powoli do ołtarza i ze stosu ksiąg wzięła największą, a otworzywszy ją rzekła:
- Podejdź tu Nimaen.
Czarodziejka posłuchała.
Kapłanka wpatrywała się w stronę, na której widniała rycina przedstawiająca niewiastę w zielonym płaszczu, w jednej ręce trzymającą różdżkę, a w drugiej kamień - artefakt. Nad jej głową jaśniała gwiazda - symbol Najwyższej, a u jej stóp siedział feantari. Tuż za jej plecami znajdowała się twierdza. Napis pod obrazem głosił: "Or ennaenla aule, tem terranee netrim rinurla fentiri drae nonem, Men tere taren Nim Aen, sicra numdi em im illych or em im illychsa, or kalistrie enér ellen - tem Drene, Greane or Line - menelent or enér aganm.", co we wspólnej mowie znaczy: "I nadejdzie dzień, w którym deszcz zmyje wszystkie doczesne smutki, bo oto zstąpi Dziecię Przeznaczenia, aby zniszczyć to, co jest i to, co było, i odbudować na nowo - w Prawdzie, Sile i Chwale - niepodzielnie i na wieki". I dalej: "Tajemne słowo odnajdzie w sobie, gdy spełni zadanie Złotej Zorzy u Wrót Mintawe."
- Co to oznacza? - spytała cicho Nimaen.
- Ty jesteś Dzieckiem Przeznaczenia. - odparła Lineë. - Złota Zorza... zajęłam się tym, ale... Przetłumaczyłam to na wszystkie znane języki; i tak w elfim znaczy to nimlach, elodeth w limirskim, kenomet w języku Femiru, khumedhad w krasnoludzkim, diperen w mowie niziołków...
- Poczekaj! - przerwała jej czarodziejka zrywając się z miejsca. - Lineë! Przełóż to na limirski, ale z akcentem na drugiej sylabie, przecież te terminy składają się z dwóch członów i wyjdzie...
- Leantrin - wyszeptała kapłanka. - Test Siedmiu Kręgów... czy to znaczy...
- ...że rozwiązaniem będzie udanie się do Leśnego Królestwa Maayi. - dokończyła za nią czarodziejka.
- Ale gdzie są Wrota Mintawe?
- Nie wiem. - rzekła Nimaen. - Może to jakiś przekład z mowy driad...
- Czekaj! - krzyknęła Lineë i przyłożyła palce do skroni, wypowiadając jakieś magiczne formuły. Już po chwili za drzwiami dało się słyszeć kroki i zaraz potem do sali weszła Annis.
- Wzywałaś mnie pani... - rzekła miękko schylając głowę.
- Tak, Annis. Czy ta driada, która przyjechała tutaj kilka dni temu, jest jeszcze w zamku?
- Tak, pani. - odparła kapłanka.
- A więc przywołaj ją do mnie...
Annis skinęła głową i opuściła po chwili salę.

---

Folna szła ze spuszczoną głową. Serce w jej piersi biło w oszalałym tempie. Jej marzeniem było wejść do Świętej Wieży Entros, ale przy tej sposobności... Najwyższa Kapłanka wzywała ją do siebie... Przecież jej oddział nie chciał go zabić... Nie chciała zabijać kamrona, ale on rzucił się na nią i...
- To tu. - usłyszała cichy głos Annis.
Driada nieśmiało podniosła głowę. A więc spełnia się jedno z jej największych marzeń. Oto stoi przed Bramą Entros i za chwilę ujrzy panią Lineë... ale...
Wtem drzwi się otworzyły i jakaś niewidzialna siła rozkazała jej wejść do sali. Szła prosto przed siebie kurczowo zaciskając dłonie. Gdy tylko zobaczyła Najwyższą Kapłankę padła na kolana i zaniosła się płaczem:
- Przepraszam. - wyjąkała. - Ja nie chciałam...
Nagle poczuła, że ktoś dotyka jej ramienia.
- Uspokój się, Folna. - usłyszała nad sobą ciepły głos. Powoli podniosła oczy i ze zdziwieniem stwierdziła, że to nie kapłanka stoi nad nią.
- Pani... ja... - wyszeptała.
- Uspokój się. - powiedział znów głos. - Nie winimy cię za to, że zabiłaś kamrona w swojej obronie. Nie posłaliśmy po ciebie w tej sprawie... Pochodzisz z Leantrinu, prawda?
- Tak. - odparła już pewniej driada.
- Mhm... Jestem Nim. Przybywam z Serife. Ja i pani Lineë mamy do rozwiązania bardzo ważną sprawę i potrzebna nam jest twoja pomoc.
- Zrobię wszystko co w mojej mocy...
- Cieszy mnie to. - powiedziała z uśmiechem czarodziejka. - Pochodzisz z Świętego Gaju, a więc masz pojęcie o Teście Siedmiu Kręgów?
Folna skinęła głową na znak potwierdzenia:
- Tak... Test Siedmiu... - mówiła dalej Nimaen - Jednak nie wiemy czym jest Brama Mintawe...
- Brama Mintawe...

[...]

- Folna! Co ci jest?!
Driada upadła na ziemię trzymając się oburącz za głowę. Lineë rzuciła się jej na pomoc. Chwyciła ją za rękę. Okrzyk przerażenia zamarł jej w gardle.
- Nimaen! Ona nie żyje! Rzucono na nią zaklęcie blokady umysłowej! Po wypowiedzeniu zaklętych słów, dotknięty czarem umiera!
Czarodziejka zbladła.
- Tu nie można używać magii?! Entros ma blokadę antymagiczną?
Lineë potwierdziła.
Nimaen w jednej chwili chwyciła driadę w ramiona i wybiegła z nią z sali. Mimo tego, że ciało dziewczyny ciążyło jej, to dotarła z nim aż do wyjścia, na główny dziedziniec. Chwyciła swą różdżkę w obie dłonie i powoli skupiła myśli, koncentrując się na zaklęciu wskrzeszającym. Ktoś chwycił ją za rękę. Usłyszała głos Lineë.
- Nie rób tego! Jesteś jeszcze słaba... możesz...

Nie słyszała już nic więcej. Wypowiedziała zaklęcie. Poczuła ukłucie w okolicach serca. Bezdech. Jakieś krzyki. Ciemność. Powolne zatapianie. Nicość.

Powolny impuls... jeden... drugi... kolejny...

Światło?

Kopuła sufitu zwieńczona tuż nad głową młodej nimfy, stojącej nad brzegiem bystrej rzeki. Wokół zieleń. Mnóstwo zieleni.
Dlaczego ta ręka tak mi ciąży? Jakby przywiązana była do...
- Pani...
Usłyszała czyjś cichy szept.
Jedna łza... druga... kolejna... morze...
- Odejdź stąd Folna.
- Handirze, weź ją... i Mirim.
To głos Lineë.
- Pani...
A to Annis.
I nic...

---

Zapach fiołków. Jak cudownie. Rześko. Poderwała się leżaka. Co to za miejsce?
- Witaj czarodziejko...
Tuż za nią coś się poruszyło i już po chwili ujrzała młodego mężczyznę, z ciemnymi oczyma.
- Nie znasz mnie... tak, wiem. Ale to nieważne. Nie przyglądaj mi się tak badawczo... i tak niczego nie odkryjesz. Niczego. Przestań rzucać urokami. Jestem i nic więcej nie powinno cię interesować. Ale dlaczego tu jestem? Folna? Nie, to nie ja chciałem ją zabić. Gdybym tego pragnął to nie wskrzesiłabyś jej. O nie... to nic. Ciemność. Noc. Następuje po zachodzie słońca. Tak po prostu. I tak zawsze. Dlaczego drżysz? Nie bój się. Masz moc. Możesz mnie zabić. Ja ciebie też. Ale zanim... Powiem ci coś, czego sama nigdy nie odkryjesz. Zwyczajny brak ludzkich umiejętności. Bo niby skąd... Córka Wentry i wychowanka elfów. Zdziwiona? Tak, płynie w tobie święta krew. Nie jedyna na tym świecie. Jest jeszcze ON. Po co ten gniew? Nie marszcz brwi. Może i masz do tego prawo, ale to nie ten świat. Jestem u siebie i tu mi wszystko wolno. Mogę... przeszło mi, bo i po co cię od razu zniechęcać? Nie odwracaj głowy. Interesują cię wiadomości o tej Bramie... prawda? Znowu zdziwiona? Oto podpowiedź... Do reszty dojdź sama siostro. Nie... nie śmieję się. To nie ja. Gdybym był tym za kogo mnie uważasz, nie pozwoliłbym ci żyć. A ja jestem w tobie, siostro. Resztę dopowiedz sobie sama. O... już wiesz. Tak. Moim ojcem jest Kantrahir.

I znowu ten sam sufit z niebieskooką nimfą.

Ciepły dotyk czyichś palców.
- Nim...
Szept.
Widzę go. Jego zdumione oczy i krzyk...
- Annis! Zawołaj Lineë! Ona się budzi!
Światło.
Szepty.
- Nimaen?
Głos Lineë.
- Nimaen... słyszysz mnie?
Oczywiście.
Ale dlaczego...
I znowu Nicość.
I Nic.

Cicha muzyka. Nie. To szept wiatru. Zapach świeżo skoszonej trawy. Sen.

Nimfa nie stoi już nad strumieniem. Już nie witają ją niebieskie oczy. Jest gdzieś indziej. Ale ładnie tu. Ile to czasu minęło odkąd wiedziała? Znała siebie? Teraz liczy się tylko TEN głos z podświadomości. Choćby mały znak... Jedno słowo i byłaby szczęśliwa.

Głos... jeden... i nic więcej.

Wojna się zaczęła. Bębny. Nie... to deszcz. Krople uderzające o dach - tak sennie i melodyjnie zarazem. Chcę stąd uciec! Na zawsze... Chcę już wrócić!

- Nimaen?!
Czarodziejka wpatrywała się w fiołkowe oczy kapłanki. Blady uśmiech zagościł na jej twarzy.
- Lineë... - wyszeptała.
Limirka położyła dłoń na jej czole.
- Gorączka spadła. - powiedziała. - Jak dobrze, że już jesteś...
Spuściła głowę.
- Jak długo to trwało? - spytała powoli Nimaen.
- Jakieś trzy godziny. Nawet nie masz pojęcia jak się o ciebie martwiliśmy. Nie powinnaś była wskrzeszać... Nie byłaś silna - i nie jesteś! Nim...
- Nie miałam wyboru. - odparła czarodziejka. - Wiesz dobrze, że driady umierają na zawsze po godzinie od pierwotnego zgonu. Nie mogłam pozwolić jej umrzeć..
. - I w tym właśnie tkwi problem. - rzekła oschle Lineë.
- Jak to?! Czy to znaczy, że ty...
- Nie możesz tak się zachowywać. - mówiła dalej kapłanka. - Jesteś odpowiedzialna za nas, za wszystkie wolne ludy Wentry i nie możesz ryzykować dla jednostek. Nie uzyskałaś jeszcze magicznego błogosławieństwa Entros. Nie masz władzy. Ona jest u Najwyższej.
Czarodziejka patrzyła na Lineë z nieukrywaną złością. Nie odzywała się.
- Musisz nauczyć się być obojętną. - ciągnęła Limirka.
- Nigdy. - wyszeptała Nimaen z błyskiem w oku. - Nie wiem czego ode mnie oczekujecie, ale ja nie zdradzę swoich ideałów! - krzyknęła. - Nigdy!
- Och Nim... musisz się jeszcze wiele nauczyć...
Czarodziejka zdenerwowana wstała i skierowała się w stronę wyjścia. "Do celu, po trupach, Lineë, nie będę szła!" myślała gorączkowo. "Wentra składa się z jednostek. One są w niej!".
- Na nic gniew, moja droga. - usłyszała za sobą głos kapłanki. - Błogosławieństwo Najwyższej otrzymasz dopiero za trzy dni. Do tej pory nie możesz narażać się na jakiekolwiek niebezpieczeństwa.
Nimaen dotarła już do drzwi. Położyła dłoń na klamce. Nagle cofnęła rękę. Na jej skórze widniał czerwony, piekący ślad.
- Co to ma znaczyć, Lineë?! - krzyknęła z gniewem.
- Mówiłam już... - odpowiedziała spokojnie kapłanka. - Przede wszystkim bezpieczeństwo. - Po czym spod jej otwartych dłoniach błysnęła srebrna sieć oplatająca główne wyjście.
- Przykro mi. - powiedziała. - Ale to dla twojego i naszego dobra, Nim. Żegnaj.

... i znikła...

Myśli kłębiły się w jej głowie. Na wpół senna. Feantari. Obojętna rasa. Ich wspólne dobro postawione wyżej. Gdyby to był umierający Limir... Lineë sama by go wskrzesiła, a tymczasem... Boją się elfów, gardzą ludźmi, wykorzystują krasnoludów. Żal nad upadłymi. Nienawidzą siebie za ten jeden błąd. Gdyby tylko mogli, zjednaliby kamrony na swoją stronę. Nienawidzą mnie. Obawiają się, że zabiorę im władzę nad Wentrą. Lineë specjalnie opóźnia termin mojego przystąpienia do błogosławieństwa. Strach przed utratą władzy. Zresztą nieważne. Jestem tu tylko po to, aby ich ocalić. Mam misję, którą muszę wypełnić. A potem... Potem odejdę poza obręcz. Do innego świata. Państwa Wielkich - gdzie dni płyną niedostrzegalnie. Tak po prostu. Ale... ja nie chcę tego!


- Witaj Nimaen.
To Handir.
Nieważne.
- Proszę, Nim... opuść ten hipnotyczny półsen.
Dlaczego?
Po co?
Jesteś feantari.
- Nim...
Ale...
Pomógł mi.
Nie raz.
- Dziękuję.
Blady uśmiech zagościł na jej twarzy.
- Witaj Handirze. - rzekła cicho.
Limir zbliżył się do niej i ujął ją za rękę.
- Dlaczego, Nimaen? - spytał. - Dlaczego ryzykowałaś tuż przed błogosławieństwem?
Dziewczyna nie odpowiedziała. Popatrzyła na niego smutnym wzrokiem. Gdzie się podział gniew... Perlista łza spłynęła po jej bladym policzku zatrzymując się przez chwilę na brodzie, by zaraz potem upaść niżej. Limir mocniej ścisnął jej dłoń.
- Wybacz Nim. - powiedział. - Przepraszam za wszystko zło, którego doświadczyłaś tu w Limire. Nie potępiaj wszystkich za słowa jednostki... Ale... - tu głos mu się załamał. - Martwię się o Ciebie Nim... ja...
Zamilkł.
- Niedługo zapewne wyruszysz do Leantrinu, Świętego Gaju Driad...
Czarodziejka nie przytaknęła. Wpatrywała się w krajobraz za oknem, tuż za plecami Limira. Jakie różowe niebo... Handirze...
- Wiem... brakuje ci tego.- rzekł feantari. - Ale... Nim, jeżeli nie masz nic przeciwko, to chciałbym ci towarzyszyć w tej wyprawie. Zgadzasz się...?
- Nie mów do mnie, Nim...


*

A czemu by nie? Nic... A raczej nikt nie stoi na przeszkodzie. Ale... najpierw muszę otrzymać błogosławieństwo. Najwyższy dar od Jedynej. Drugie w historii. Pierwsze otrzymał Zły. Poczekam jeszcze... Przejdę rytuał i stanę na straży sprawiedliwych...


- Witaj...
Lineë.
- Nie porozmawiasz ze mną. Wiem. Przecież mnie nienawidzisz...
Jaka domyślność.
Bez zbędnych słów.
- Ale chociaż wysłuchaj tego co mam do powiedzenia...
Zobaczę.
Boli cię moja obojętność.
Wiem.
Ale jednak...
- Posiadasz moc, Nim...
Nie mów do mnie Nim.
- Nimaen...
Tak lepiej.
Po co ta irytacja?
- Jutro rano przystąpisz do błogosławieństwa. Oto rytuał: musisz wybrać po jednej osobie z trzech odpowiednich ras, oprócz ludzkiej - taki zwyczaj. Przyślę Annis za godzinę. Powiesz jej kogo wybrałaś.


...

- Przykro mi. Pieczęć złamana. Możesz opuścić to pomieszczenie.
Perlista łza.
- Wstydzę się łez czarodziejko, ale żałuję... Żałuję, że cię poznałam...
Szyderczy śmiech.
Nienawiść.


Ciche stąpanie stóp. To Annis.
- Witaj pani.
- Wejdź Annis. Nie bój się. Usiądź.
Blady uśmiech zagościł na twarzy kapłanki. Posłusznie usiadła tuż przy czarodziejce.
- Wybrałaś już przedstawicieli, pani? - spytała Annis cicho.
- Mów mi Nimaen. - odparła z uśmiechem czarodziejka. - Tak. - dodała po chwili. - Odpowiednio: Handir, przedstawiciel feantarich, elf Tarmir i hamadriada Folna.
- Wybacz pani... Nimaen...- rzekła Annis. - Ale... kim jest Tarmir?
- Nie wiem.- odparła czarodziejka. - Ale na pewno przebywa w Limire.
Kapłanka popatrzyła na nią nie ukrywając zdziwienia.
- A więc nie znasz go pani? - spytała.
- Nie. - odparła pewnie Nimaen.
Annis nic na to nie odpowiedziała.

---

- Dlaczego Tarmir?
Handir chodził nerwowo po komnacie, trzymając ręce splecione na karku.
- Tak po prostu. - odparła czarodziejka z uśmiechem. - Przecież go nie znasz. - rzekł feantari z wyrzutem.
- Oh, Handirze...- zaśmiała się Nimaen. - Trzy plemiona! Kogo miałam jeszcze wybrać?
- Akurat musiałaś jego. - odparł Limir z nieukrywaną złością.
- Znasz go, prawda? - spytała czarodziejka.
Feantari zatrzymał się.
- Tak. - powiedział i popatrzył na nią ze smutkiem. - Przepraszam Nim. Nimaen. Znam go od dawna...
- Nie przepadasz za nim... - przerwała mu dziewczyna.
Limir nic na to nie odpowiedział.

---

Lubiłem patrzeć jak rozmawia z drzewami. Zawsze szczęśliwa, przepełniona dobrocią... piękna Dinei. Jej zielone oczy przywodziły mi na myśl najpiękniejsze dary natury, a złote włosy kojarzyły mi się z falującymi łanami zbóż. Pamiętam jak pewnego dnia powiedziała mi, że chciałaby ujrzeć świat z lotu ptaka. Może to była dziecinna zachcianka, ale wziąłem ją w ramiona i razem podziwialiśmy piękno matki Wentry, z tej drugiej perspektywy. Tak, kochałem ją i byliśmy razem szczęśliwi, aż pojawił się On - elf. Nie mogłem się z nim równać. Pokochała go, a on złożył święte śluby, których dotrzymał. Odeszła na zawsze. Umarła ze smutku, a ja zostałem z bólem. I wydawać by się mogło, że już nigdy nie zaznam ukojenia...

---

Nadszedł wieczór pełen żywicznych zapachów. [...]
- Jesteśmy świadkami spełnienia się wielkiej przepowiedni. - przemówił król. - Już jutro nastąpi to, co napisane w Świętej Księdze Wentry. "I nadejdzie dzień… bo oto zstąpi Dziecię Przeznaczenia". Powitajmy je z należytym szacunkiem. Oto Nimaen, mistrzyni magii, córka Mellanor i Eregona.
Drzwi się otworzyły i do Wielkiej Sali wkroczyła czarodziejka witana burzą oklasków. Handirowi serce zabiło mocniej na jej widok, elf Tarmir przerwał rozmowę z piękną nieznajomą i z podziwem przyglądał się Nimaen...
... Ubrana była w muślinową, lawendową suknię, marszczoną w biuście, z krótkimi, koronkowymi rękawkami; wyszywaną w maleńkie stokrotki. Włosy jej, spięte w ciasny kok na karku niżej puszczone były miękkimi falami, ozdobionymi kwiatami. Ona nie szła, tylko płynęła na skrzydłach magii. Pokłoniła się przed obliczem króla, który odpowiedział jej takim samym ukłonem, po czym zasiadła na wolnym miejscu, tuż po jego lewej stronie. Zabrzmiała muzyka i już po chwili uczta się zaczęła. Pierwsze pary zaczęły wirować na parkiecie.
- Handirze... zatańczymy?
- Nie... pani. - odparł cicho feantari.
- Przestań bawić się w te tytuły. Mów mi Nim - powiedziała ze śmiechem.
- Ale...
- Przepraszam. - usłyszeli nad sobą niski, melodyjny głos. - Czy mogę prosić?
Nimaen obróciła głowę w stronę mówiącego. Był to Tarmir. Niebezpieczne ogniki zamigotały w oczach Handira. Czarodziejka milczała. "Dlaczego nie idziesz Nim? Przecież kochasz tańczyć..."
Blady uśmiech.
Skinienie głowy.
Muzyka.
Wkroczyli na parkiet. Przy cichych dźwiękach cytr, harf i lutni wirowali wśród innych par.
- Chciałbym o coś zapytać, pani. - rzekł cicho elf, jedną ręką obejmując ją w pasie, a drugą okręcając.
Przedstawiciel najpiękniejszej z ras.
Ciemne oczy.
Szlachetne rysy twarzy.
Blada cera.
Długie, jasne włosy.
Smutny uśmiech.
- Tak. - odparła figlarnie czarodziejka patrząc mu prosto w oczy. Tarmir uśmiechnął się.
- Dlaczego akurat mnie przypadł ten zaszczyt udziału w błogosławieństwie. Nie znamy się przecież, mistrzyni... prawie...
- A jeśli ci powiem... - odparła Nimaen. - Że tylko dlatego, iż w zamku nie znalazłam przedstawiciela żadnej innej rasy...
- To nie uwierzę ci. - rzekł elf zadziornie.
- Wybacz, ale zdziwiło mnie to. - rzekł po dłuższej chwili. - Mimo wszystko cieszę się.
Właśnie nastąpiła krótka przerwa w muzyce i elf odprowadził czarodziejkę na miejsce. Chwilę jeszcze razem rozmawiali. Handir badawczo się im przyglądał. Elfka nie potrafiła ukryć rumieńców.

---

- Poznałam Tarmira w Serife dawno temu. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, a raczej nie zdawałam sobie sprawy z tego, że jestem Wybrana. To było na obchodach corocznego Święta Zieleni, poświęconego Matce Elfów. Stałam nad brzegiem rzeki Mandy oglądając ukwiecone łódki pełne bogactw natury, słuchałam dźwięków harfy... woda w rzece miała turkusowy kolor. Nachyliłam się by zerwać lilię wodną. Nabrzeże było muliste. Poślizgnęłam się i z krzykiem wpadłam do wody. Wszyscy myśleli, że coś mnie zaatakowało. Tylko jedna osoba skoczyła mi na pomoc. - tu dziewczyna przerwała opowieść, dostawszy ataku śmiechu.
- Reszty się domyślam. - rzekł sceptycznie Handir.
- Tak, to był Tarmir. - mówiła dalej czarodziejka. - Gdy okazało się, że wpadłam do wody przez nieostrożność nazwał mnie nieokrzesanym dzieciakiem, co wprawiło mnie w taką złość, że wymierzyłam mu niezły policzek... Na co on wepchnął mnie z powrotem do wody.
- Prawdziwy elf. - mruknął Handir.
Nimaen popatrzyła na niego z ukosa.
- Znając ciebie na tym się nie skończyło... - dodał po chwili.
Dziewczyna wyszczerzyła do niego zęby.
- Złośliwy jesteś. - powiedziała. - Ale masz rację... Tarmir nie zauważył, że zdążyłam się wynurzyć... no i po chwili też znalazł się w wodzie. Potem porozmawialiśmy i więcej go nie widziałam. Aż do wczoraj, kiedy dowiedziałam się, że przebywa w Limire.

[...]

Nimaen usiadła na swoim miejscu i z zaciekawieniem zaczęła obserwować zgromadzonych gości. Przy drugim stole naprzeciw niej siedział feantari o ciemnych oczach i chabrowych włosach. Zdawał się nie zwracać uwagi na swoją sąsiadkę, kobietę o płomienno rudej grzywie, która starała się go zająć rozmową. Czarodziejka oderwała od nich wzrok i przeniosła go w stronę, gdzie zasiadali wysłannicy ościennych prowincji. Jak zaskakująco różnili się od siebie przedstawiciele tej samej rasy! Feantari mieszkający u podnóża gór mieli jasne, proste włosy i bladą cerę. Tak samo rzecz się miała z tymi mieszkającymi na wyżynach, z tą tylko różnicą, że włosy ich były lekko kręcone. Tych zamieszkujących rozległe niziny, tak rzadko spotykane w tym bądź co bądź wyżynnym kraju, cechowały zaskakujące kolory skóry i włosów. Wszyscy przedstawiciele Świętej Rasy mogli mieć tylko jedną z dwóch barw tęczówek: mlecznobiałą lub ciemną, prawie czarną. Wyjątek stanowiła Najwyższa Kapłanka - Lineë, której oczy miały fioletową barwę, symbol poznania wiedzy tajemnej, przyszłości i przeszłości. Jednakże wszystkich feantarich charakteryzowała jedna, niepowtarzalna cecha: ciemne, runiczne znaki wokół oczu.
Nimaen skierowała teraz swój wzrok ku gościom honorowym. Wśród nich znajdował się Tarmir. Czarodziejkę zalała fala gorąca, gdy ich spojrzenia spotkały się. Uśmiechnęła się blado, na co elf odpowiedział takim samym uśmiechem. W pewnej chwili usłyszała cichy szept za swoimi plecami. "Przybył..."

[...]

- Chciałbym prosić wszystkich zgromadzonych, aby zachowali pełny spokój. Przybył do nas członek Bractwa Laserark.
Nimaen zamarła. Uważnie spojrzała w stronę Mirim. Ta ostatnia blada jak ściana kurczowo zaciskała ręce na poręczy krzesła. Kątem oka, czarodziejka dostrzegła jak Lineë nieznacznym ruchem ręki nakreśla znak w powietrzu i tworzy barierę antymagiczną. Dziewczyna skupiła się i już po chwili wspomogła starania Najwyższej Kapłanki, na co ta ostatnia odpowiedziała jej lekkim uśmiechem. Król Drenholm mówił dalej:
- Przybywa tu w pokojowych zamiarach, ale...
Wielkie, dębowe drzwi się otworzyły. Przybyły w towarzystwie czterech królewskich gwardzistów wszedł do sali. Nimaen usłyszała jak Mirim wydaje z siebie cichy jęk: "To niemożliwe." Czarodziejka skierowała swój wzrok na przybysza. Szedł wyprostowany i pewny siebie. Ubrany w ciemną, połyskującą w świetle świec, zbroję. Wysoki, szczupły, z krótko przystrzyżonymi, czarnymi włosami, lekko nastroszonymi i takiej samej barwy oczyma. Przystanął na samym środku sali i przykładając pięść do piersi, skłonił się nisko przed obliczem króla. Następnie przenikliwie spojrzał w stronę czarodziejki i wyjął miecz z pochwy przy pasie. Nimaen uważniej przyjrzała się twarzy nieznajomego. Niewątpliwie był przystojny; o mocno zarysowanych kościach policzkowych. Uroku dodawały mu sterczące na wszystkie strony, włosy. Z jego postaci biła duma, a zarazem i pogarda.
Mężczyzna powoli schylił się i położył miecz na ziemi. Król Drenholm powstał z tronu i przemówił:
- Witaj w Limire...
Zamilkł. Nieznajomy uśmiechnął się, a w jego oczach zamigotały niebezpieczne ogniki. Spojrzał znacząco w stronę bladej Mirim, która wpatrywała się w niego z przerażeniem. Następnie zatrzymał swój wzrok na Nimaen i rzekł:
- Witaj Panie, Władco Złotego Dworu, Nazywam się Greanleaf...
- Nimaen! - krzyknął Handir rzucając się na pomoc czarodziejce.
Wszyscy zebrani spojrzeli w stronę Limira, który przytrzymywał oburącz nieprzytomną dziewczynę. Król jednym ruchem ręki uciszył hałas na sali.
- Handirze... wyjdź z nią... - rzekł do syna.
Na te słowa powstała Lineë. Odrzuciła kruczoczarne loki do tyłu i rzekła do przybyłego:
- A więc jesteś... w końcu...
Kapłan spojrzał na nią przeciągle.
- Jestem. - odparł cicho.
Limirka zwróciła się do króla:
- Myślę, że to już koniec uczty. Trzeba stąd koniecznie zabrać Nimaen. Na dodatek... - tu Lineë ściszyła głos. - Nie potrzeba nam teraz rozgłosu. Zwłaszcza teraz... gdy przybył ON.
Drenholm pokiwał głową na znak zgody. Kapłanka mówiła dalej:
- Każ im się rozejść. Niech Mirim, Handir i Annis zabiorą czarodziejkę do jej komnaty. Greanleaf idzie ze mną do Entros.

[...]

Komnatę oświetlały tylko cztery świece stojące na ołtarzu. Lineë stała oparta o krzesło i badawczym wzrokiem przyglądała się dwóm postaciom stojącym po przeciwległej stronie sanktuarium. Ciszę panującą dokoła przerywał tylko cichy syk topniejącego wosku.
- Jesteś skończonym idiotą. - syknęła Lineë zwracając się w stronę Greanleafa. - Czyś ty oszalał?! - krzyknęła. - Tuż przed błogosławieństwem! Nie wierzę, żeby takie były instrukcje od Desire.
- Zapominasz o tym, że ja podlegam Welgenowi. - odrzekł spokojnie mężczyzna.
- Nie ważne kto komu podlega. - odezwał się Tarmir. - Ważne jest, jak to wpływa na nasze wspólne dobro. Na dobro całego świata.
Greanleaf zmierzył go niechętnym wzrokiem.
- I kto to mówi. - powiedział z nieukrywaną ironią. - Wcale to nie ty próbowałeś ją zabić...
Tarmir uśmiechnął się smutno i rzekł:
- Wiesz dobrze, że chodziło mi tylko o ...
- Tak, wiem! - odparł mężczyzna ze złością. -Ale czarodziejka nie jest pierwszą lepszą kandydatką na żonę. Zapamiętaj to sobie!
- Przestańcie! - syknęła Lineë. - Musisz się stąd wynieść, Greanleaf! Dla dobra Nimaen. Widzisz co się dzisiaj stało, gdy usłyszała twój głos?
- Do jasnej cholery! - wybuchła. - Po coś tu dzisiaj przyszedł!? W samym środku uczty, kiedy pół Limire było na sali. - Niezły masz słownik jak na Najświętszą, nie powiem... - powiedział mężczyzna ze śmiechem.
Kapłanka uśmiechnęła się blado.
- Tak szczerze mówiąc to nie wiem jak Limirczycy nie zorientowali się, że Ty to nie Ty... - powiedział Tarmir.
- Wystarczyła odrobina magii... - odpowiedziała kapłanka. - Zresztą sam wiesz jak prawdziwa Lineë była nastawiona do czarodziejki. Nienawidziła jej i zrobiłaby wszystko, aby uzyskać władzę nad Wentrą... a miała możliwości.
Tymczasem teraz jest... że tak powiem - nieszkodliwa.
- Co z nią zrobiłaś? - spytał Greanleaf.
- Jest w fortecy Gramer na Wyspie Czarodziejów pod czujnym okiem Irist... od wczoraj.
- A my tymczasem... - zaczął mówić Tarmir. - Zrobimy wszystko, aby dopomóc Dziecku Przeznaczenia.
- Prawie wszystko... - przerwała mu kapłanka.
Greanleaf spojrzał badawczo w jej stronę.
- Uważaj Raya...- po chwili zaś dodał. - Co teraz zrobimy?
- No właśnie! - odparowała Lineë. - Co teraz?! Jakbyś nie pakował się w sam środek uczty, nie byłoby problemu... Ale nie! Ty musiałeś akurat przyjść i jeszcze stanąć przed nią, i zacząć mówić, nawet nie zmieniwszy głosu...
- Uspokój się Raya... to znaczy Lineë. - powiedział elf. - Nie czas teraz na kłótnie. Trzeba wymyślić...
- Nie trzeba. - przerwał mu Greanleaf. - Jutro z samego rana wyjadę. Trzeba dać tylko instrukcje postępowania Drenhlomowi.
Lineë ze złością cisnęła w niego opasłym tomiskiem.
- Nie mogę!!! - krzyknęła z furią. - Jak myślisz, co my jej teraz powiemy?!?!?!
- Raya... jakby cię teraz Drenholm zobaczył, to dopiero by było... - powiedział Tarmir dusząc się ze śmiechu.
Kapłanka usiadła na drewnianym krześle i bębniąc palcami w oparcie, zamknęła oczy. Greanleaf patrzył z wyrzutem na Tarmira, który trząsł się ze śmiechu.
- Przepraszam Raya. - rzekł po chwili. - Nie mogłem się powstrzymać, ale...
- Nie zaczynaj. - przerwała mu dziewczyna.
Greanleaf pokręcił głową z niezadowoleniem, po czym powiedział:
- Dlaczego nie pozwoliłaś przyjść Mirim?
Lineë patrzyła na niego ze zdziwieniem.
- Wiesz co Greanleaf... kiedyś myślałam, że jesteś inteligentny... Zamknij się Tarmir!
Elf usiadł na kamiennej posadzce i płakał ze śmiechu.
- Nie... ja nie mogę... - powiedziała Raya z wyrzutem. - Spotkamy się jutro. Z samego rana. - po czym wyszła z komnaty trzaskając drzwiami. Greanleaf karcąco popatrzył na elfa:
- Widzisz... ja jestem nieinteligentny, jak to powiedziała Najświętsza... - przerwał, a w jego oczach zamigotały wesołe ogniki. - Za to ty Tarmir... jesteś nienormalny.

[...]

Sufit z nimfą. Kolorowa łąka. Morze stokrotek.
- Nimaen...
Usłyszała czyjś cichy głos. Obróciła głowę w bok i spojrzała w kierunku mówiącego. Tępy ból rozsadzał jej głowę. Przyłożyła dłoń do rozpalonego czoła. Handir podszedł do niej i podał jej wodę do picia.
- Jak się czujesz... Nim... - szepnął z troską.
Dziewczyna zamknęła oczy.
- Dobrze. - odparła. Starała sobie przypomnieć wydarzenia ostatniego wieczoru. Bal... Tarmir... i ten nieznajomy... jego głos.
Czarodziejka zwróciła się w stronę Limira:
- Handirze... wczoraj na uczcie... ten człowiek...
Feantari popatrzył na nią ze zdziwieniem:
- Kto?
- Greanleaf. - szepnęła dziewczyna.
Handir podszedł do okna. Spojrzał n strzelistą wieżę Entros. Nie mógł jej oszukać, ale polecenia Lineë były wyraźne. Wszystko dla jej dobra...
- Nie wiem o kim mówisz, Nim. - wykrztusił Limir.
Czarodziejka wyczuła wahanie w jego głosie.
- To było on. - powiedziała miękko. - Ten, który przyszedł do mnie we śnie...
Feantari nic na to nie odpowiedział.

---

Promienie wschodzącego słońca oświetliły szczyt Entros. Lineë siedziała na swym tronie, misternie rzeźbionym w białym drewnie i przeglądała książkę z zaklęciami. Greanleaf stał przy otwartym oknie i tęsknym wzrokiem spoglądał na malownicze ogrody otaczające Złoty Dwór. Tarmira jeszcze nie było.
- Zastanawiające. - szepnął mężczyzna. - Jak mało potrzeba, aby być prawdziwie szczęśliwym...
Lineë spojrzała na niego kątem oka.
- A więc nie jesteś sam... - powiedziała powoli.
Greanleaf uśmiechnął się pod nosem.
- Myślisz, że nie uda mi się? - spytał, a w jego głosie dało się wyczuć dumę - palącą dumę i pewność siebie.
- Nie wiem. - odparła kapłanka. - To zależy od niej, a nie ode mnie...
Główne drzwi zaskrzypiały i do sali wszedł Tarmir w towarzystwie Mirim. Powoli podeszli do ołtarza i zasiedli na krzesłach wokół niego. Lineë krzywo patrzyła w stronę elfa. Ten widząc jej wzrok wyszczerzył zęby i porozumiewawczo mrugnął okiem do Greanleafa.
- A więc co robimy? - rzekła kapłanka po chwili.
Cisza.
- Powiedzmy jej prawdę... - odparła Mirim. - Wyjedź Greanleafie... - dziewczyna schyliła głowę. - Nie możemy jej okłamywać... a to czy skojarzyła ciebie, to nieważne... jeśli opuścisz Limire.
Mężczyzna spojrzał w jej stronę.
- Mirim... - szepnął. Dziewczyna zwróciła na niego swoje zielono - agrestowe oczy. Skąd mogła wiedzieć po co tu przyjechał... Nikt nie wiedział prócz niego samego i Lineë. Zresztą teraz nie to było ważne, bo zobaczył tą, dla której ma poświęcić życie.
- Myślę, że to jedyne dobre rozwiązanie. - powiedział Tarmir.
Greanleaf odwrócił się w stronę elfa i powiedział z nieukrywaną złością:
- Dobre wyjście z sytuacji... ale nie jedyne.
Usłyszał cichy głos Lineë przywołujący go do porządku. Zmarszczył lekko brwi.
- Wyjadę... - powiedział po chwili. - Jeszcze dzisiaj...
Po czym skierował się ku wyjściu i opuścił salę trzaskając drzwiami.

[...]

Pierwsze promienie wschodzącego słońca oświetliły okrągłą salę na szczycie Entros. Pośrodku niej ustawiono kryształowy ołtarz, na którym leżała Święta Księga, a także kilka flakonów z eliksirami i magicznymi ziołami. W sali znajdowało się tylko kilka osób. Przy ołtarzu stała kapłanka Lineë odziana w biel, z magiczną laską w ręku. Naprzeciw niej znajdowali się: Tarmir, Handir i Folna. Po prawej stronie pod ścianą stała ława, na której siedział król Drenholm i kapłanka Annis... oraz Nimaen.
Krystaliczny dźwięk dzwonka.
- Podejdź Nimaen. - powiedziała Lineë. - Nadszedł czas.
Czarodziejka opanowując drżenie nóg zbliżyła się do ołtarza. A więc już za chwilę posiądzie moc Matki Wentry...
- Teraz telepatycznie połączę się z Najwyższą. Drugi raz w historii. Jeżeli... a zresztą...
Lineë chwyciła oburącz laskę w dłonie i poczęła wymawiać formułę. Błysnęło jasne światło, oślepiając zebranych. Nimaen poczuła lekkie zawroty głowy. W pewnej chwili zdała sobie sprawę, że odrywa się od ziemi. Niewidzialna obręcz skrępowała jej kostki i nadgarstki. Światłość. Drżenie rąk. Głos Lineë. Dotyk. Głos Handira. Szarpnięcie. Mdłości. Szept Folnej. Migoczące barwy. Konwulsje. Ciemność. Tarmir. Wirowanie. Szarość. Krzyki. Ciepło rozpływające się po ciele. Przedwieczna moc. Tak... czuję ją. Ziemia. Świat przestaje się kręcić. Kropla. Coś do wypicia. Połykam powoli. Zapach kwiatów. Lekki podmuch wiatru. Powracam. Uderzenie z góry. I... tak... to ON.
- Nimaen... witaj siostro. Otrzymałaś błogosławieństwo naszej Matki. Są w tobie dwie części... Ale gdzie jest trzecia? Tak. Zły już wie. Rozpoczął poszukiwania. Dawno. Nie... to tylko ostrzeżenie. Żegnaj siostro. Czas nagli.
Koniec.

---

Obudził się. Przetarł dłonią czoło mokre od potu. Znowu ją widział. Dziecko Przeznacznia. Jakieś błogosławieństwo. Rozmawiali... Dlaczego znowu nie pamiętał o czym?

---

Koniec.
Cisza.
Dotyk. Szept.
Dziewczyna powoli otworzyła oczy. Nad sobą ujrzała zatroskaną twarz króla i dziwne spojrzenie Lineë.
- Nimaen...
Poczuła ukłucie. Podniosła się i oparła na ręku. Usłyszała tuż nad sobą głos Handira:
- Nim... twoje oczy...
Czy coś było nie w porządku?
- To znak, że otrzymała błogosławieństwo. - powiedziała Lineë.
- Co z moimi oczami?! - spytała zdezorientowana dziewczyna.
- Nic... po prostu... - zaczął się plątać Limir.
Dziewczyna gwałtownie poderwała się z miejsca i dopadła szklanego okna. Gdy zobaczyła co się stało, to z zachwytu aż klasnęła w dłonie. Jej tęczówki zmieniły kolor - przybrały barwę ciemnego fioletu z małymi refleksami srebra.
- Tak wyglądają oczy wybranych. - rzekła Lineë.

Nimaen czuła, że została obdarzona. Magiczne impulsy mocy w palcach, wyostrzone zmysły i uczucie takiej dziwnej lekkości.
- Masz w sobie dwie części artefaktu, czarodziejko. Jedną nieuaktywnioną, ale jednak...

---


- Witaj Lineë.
Czarodziejka weszła do sali cicho zamykając drzwi. Kapłanka stała przy ołtarzu i przeglądała leżące na nim księgi. Spostrzegłszy Nimaen odłożyła rękopisy i podeszła do niej z bladym uśmiechem na ustach.
- Witaj Nim.
Czarodziejka przyglądała jej się badawczo. Nagły przypływ serdeczności niezmiernie ją dziwił. Jeszcze przedwczoraj dziewczyna mogłaby przysiąc, że Limirka jej nienawidzi, a teraz...
Lineë jakby czytając jej w myślach zarumieniła się. Nimaen zaczęła mówić:
- Wczoraj na uczcie stało się coś dziwnego. Pamiętasz jak mówiłam ci o nawiązaniu łączności przez magiczne widzenie z... - tu dziewczyna głośno przełknęła ślinę. - Z Darkaranem... Jego głos... a wczoraj ten, który przyszedł i... - czarodziejka przerwała. Lineë uśmiechnęła się blado.
- Greanleaf, jeden z kapłanów z Chabrowej Doliny, członek Bractwa Magii Laserark. Tak, Nim?
Dziewczyna zmrużyła lekko oczy, przenikliwie wpatrując się w kapłankę.
- Lineë... - powiedziała powoli. - Powiedz mi... czy możliwym jest, aby kapłan złamał barierę w magicznym widzeniu?
Kapłanka w jednej chwili zbladła. Kryjąc zmieszanie odparła:
- A jak myślisz Nim? Welgen nie potrafił. Desire też się to nie udało...
- A jednak. - przerwała jej czarodziejka. - Jemu się udało!
Lineë wybuchła głośnym, nieprzyjemnym śmiechem.
- Po wskrzeszeniu driady twoje siły uległy znacznej redukcji. Jak myślisz... do czego prowadzi niedotlenienie mózgu? Impulsy magii... tak Nim... widzenia! Niemożliwym jest przerwanie blokady portalu...
Czarodziejka nie odzywała się. Podeszła do północnego okna i popatrzyła tęsknym wzrokiem na ukwiecone ogrody. Po chwili obróciła się w stronę kapłanki, uśmiechnęła się i podeszła do niej, a złożywszy pocałunek na jej rumianym policzku, powiedziała:
- Dziękuję, Raya.
Po tych słowach opuściła komnatę. Kapłanka powoli osunęła się na ziemię.

---

Czarodziej przerzucił pierwsze strony rękopisów i zaczął czytać:
"Ukryta wiedza drzemie w niej - dar od Jedynej. Jak liść danego drzewa przyjmuje cechy charakterystyczne od rdzenia życia, tak i ona posiada zdolności matczyne; możliwość poznania dobra i zła, przeszłości jak i przyszłości. Wystarczy tylko jeden powiew wiatru, a wspomnienia odżyją..."

---

[...] Przy stole siedzieli już wszyscy z wyjątkiem Daegona, ale po chwili drzwi się otworzyły i przybyły kapłan usiadł na krześle tuż obok Zili.
Cisza.
Po chwili odezwał się Greanleaf:
- Zadziwiające jak wiele niezbadanych możliwości tkwi w nas...
Przerwał i spojrzał po twarzach zebranych. Welgen i Desire siedzieli w milczeniu u szczytu stołu. Raya bawiła się małym amuletem w kształcie róży, Daegon i Zila rozmawiali cicho, a Milka i Salogel wyczarowywali malutkie bańki zawieszone w powietrzu.
- Magiczne widzenie jest zablokowane. - rzekł po chwili i uśmiechnął się z ironią. - To zależy od tego kto chciał żeby tak było. Dlaczego ogłoszono upadłość ścieżki? W jakim celu?
Usłyszał cichy głos Welgena:
- Magiczne widzenie jest zablokowane.
Greanleaf wybuchł głośnym, nieprzyjemnym śmiechem. Daegon spojrzał na niego z nieukrywaną złością.
- O co ci chodzi? - wyszeptał przez zaciśnięte zęby.
- O to, że dzisiaj w nocy nawiązałem kontakt z ...
Nie dokończył. Welgen w jednej chwili rzucił na niego zaklęcie paraliżujące. Wszyscy ze zdziwieniem patrzeli na czarodzieja. Nieprzytomny kapłan osunął się na ziemię.
- Koniec spotkania. - powiedział grobowym głosem mag.

[...]

- Greanleafie... - rzekł cicho czarodziej. - Jak to możliwe, że udało ci się nawiązać kontakt z Wybraną?
Kapłan nie odzywał się, utkwiwszy wzrok w ścianie tuż za plecami Welgena.
- Greanleafie...
- Nie wiem. - odparł mężczyzna z błyskiem w oku.
Czarodziej westchnął.
- Musisz nam to opisać. Dla jej dobra...
- Wymówiłem formułę. - zaczął mówić mężczyzna. - Trzy znaki Kręgu i pięć Entros. Kontakt nawiązał się od razu. Usłyszałem jej głos wołający mnie po imieniu. Chciałem z nią porozmawiać... I... jakaś siła mną zawładnęła. Poczułem, że tracę kontrolę. Wiedziałem, że do niej mówię, ale nie miałem pojęcia co! To tak jakby ktoś mną kierował...
Welgen przyglądał mu się uważnie.
- Greanleafie. - powiedział. - Nie wiem jak tego dokonałeś, ale złamałeś barierę. Nikt, nawet ja, nie mogę nawiązać kontaktu przez magiczne widzenie, a tymczasem Tobie się to udało…

[...]

- Desire... - przemówił starzec. - Wiem, że nie powinienem wtrącać się w twoje sprawy i zamierzenia, ale... - Tak, Welgenie... - odparła powoli czarodziejka. - Nie zamierzałam tego ukrywać. Lineë, Najwyższa Kapłanka Limire szykuje opozycję wobec Wybranej.
- Szykowała. - przerwał jej starzec.
Czarodziejka uśmiechnęła się mrużąc oczy:
- Taaak... Dwa dni temu był u niej komitet pożegnalny. Ja, Tarmir i Raya...
- Mhm... Raya zajęła jej miejsce. Dobrze, że jest elf...
Uśmiech. Zrozumienie bez słów.
[...]
- Nie wiem czy to dobra decyzja. - rzekła kobieta po chwili. - Wiesz co zrobiliśmy? Zlikwidowaliśmy Najwyższą. Kto da Nimaen błogosławieństwo?
Czarodziej popatrzył na nią ze zdziwieniem:
- Nigdy nie zastanawiałaś się dlaczego żadne z nas - Kręgu Sześciu - nie może przyjąć Kamienia? Przecież mamy potencjał... Wystarczyło by błogosławieństwo. A Nim? Ona sama jest Najwyższą i bez błogosławieństwa uaktywni Kamień. A cała ta gra ma miejsce tylko dlatego, aby źle nie użyła swojej mocy. Niech myśli, że jest ktoś nad nią...

[...]


- Musimy zachować ostrożność, Nimaen. - mówiła Lineë. - Jak najmniej osób powinno wiedzieć kim jesteś. Już dawno o to zadbałam. Tylko nieliczni wiedzą o twoim potencjale...
- Cieszy mnie to. - odparła dziewczyna.
Limirka odpowiedziała bladym uśmiechem.
- Lineë... ja... Chciałabym cię przeprosić za tamto. - dziewczyna spuściła wzrok. - Wiem, że chciałaś dla mnie jak najlepiej, a ja... zachowałam się jak... sama wiesz... - Nie mówmy o tym, Nim. - odparła kapłanka. - Nie chowam do ciebie urazy. Zdenerwowało mnie tamto zajście, bo... Nie ufałam ci i ty dobrze o tym wiesz. [...] Czarodziejka uśmiechnęła się do niej szeroko.




[I mimo tego, że losy Dziecka Przeznaczenia toczą się dalej, to póki co wasz udział w nich się kończy. Bo nic nie jest takie jakie było... Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do odnalezienia mojej Ścieżki. Ie im melin le Ezrtoip.]


nabuchodonoZorka

nzorka@poczta.onet.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||