|
Przygody we Wszechświecie - epizod trzeci: Wolny Wszechświat
"Liberty" wyskoczyła z nadprzestrzeni wraz z podczepionym "Pieszczochem" w pobliżu Wolnej Ziemi. Ogromny pięćsetmetrowy okręt obrał kurs na Wielki Las. Przebijając się przez cienkie warstwy niewielkiej atmosfery, obniżał pułap zbliżając się do celu. W końcu zawisnąwszy w powietrzu i ustawiwszy się w odpowiedniej pozycji, opadł delikatnie na ziemię. Kiedy silniki przestały pracować, opuszczona została rampa, po której wyszli Fervanie, a za nimi Człowiek, pies i Elf. Owiał ich letni wiatr, czasem krążący po ciepłej planecie, a powietrze było świeże, czyste i pachniało wiosną, jak zwykle. Wielka Gwiazda świeciła jasno na bezchmurnym niebie, a dalej dookoła szumiał las. Dokładnie jak przed dwoma laty, gdy Anderson przybył na Wolną Ziemię w poszukiwaniu domu dla Elfów. Po przyjacielskim pożegnaniu, kiedy Mark podziękował leśnemu ludowi za pomoc w uratowaniu go z rąk Pana Mroku, Fervanie udali się do swego domu, którym jest Wielki Las. Faltor, Mark i Astro powrócili na pokład w drodze do Lasu Życia, gdzie dwa lata temu zamieszkali Elfowie. U wejścia do Lasu Życia znajduje się lądowisko zbudowane specjalnie dla "Liberty" należącej teraz do Elfów. Faltor pilotujący okręt standardowo przymierzył się do lądowania i z gracją przystojącą Elfowi postawił jednostkę na ferrobetonowej płycie. Po chwili statek został wyłączony, a po opuszczonej rampie zszedł Mark Anderson wraz z psem. Za nimi wyszło dwudziestu czterech Elfów. Wszyscy udali się na wschód do Lasu Życia. Faltor, najbardziej poważany Elf, szedł na początku konduktu tuż obok Człowieka, któremu jakieś 12 godzin temu możliwe, że uratowali nawet życie. Po obu stronach ścieżki wysoko w górę wznoszą się potężne drzewa, których nazw Człowiek nie znał. Mają grube pnie, są wysokie, a ich korony jakby tworzą sufit korytarza. Na ich gałęziach siedziały dziwaczne ptaki wydając z siebie niespotykane dźwięki. Jeden z nich o niebieskim brzuszku i zielonych mieniących się skrzydełkach przeleciał tuż przed pochodem poćwierkując przejmująco. W pogoń za skrzydlatym mieszkańcem lasu wyskoczył Astro, ale po drugiej stronie ścieżki ptak wzbił się znów w górę i usiadł na gałęzi ponad pięćdziesiąt metrów nad ziemią. Psiak wrócił więc do plątania się swojemu właścicielowi pod nogami. Mark również nie mógł przejść obojętnie obok bogactwa przyrody Lasu Życia. Lecz prawdziwe cudo natury miał dopiero zobaczyć. Anderson nigdy nie był w Elfim Pałacu. A oto i ujrzał wreszcie niesamowicie piękną komnatę zdobioną błyszczącymi liśćmi, które pełnią rolę lamp w bądź co bądź mrocznym lesie. Sala ma około 70 jardów w obwodzie, a najwyższy punkt kopułkowatego sufitu wznosi się jakieś 25 jardów nad ziemię.
- Teraz my uratowaliśmy Ciebie - powiedział Faltor. - Byłeś na Ziemi? Jak tam teraz wygląda sytuacja?
- Było jakieś skażenie. Nikt nie przeżył.
- Bardzo nam przykro. Co teraz zrobisz? Zakładamy, że nie chcesz zostać na Ziemi, skoro wróciłeś do Gaweranu.
- Nie mam co ze sobą zrobić - przyznał Mark. Pod jego nogami zaczął plątać się Astro.
- Byłoby nam miło, gdybyś zamieszkał z nami.
- Pomyślę o tym. I tak na razie daleko nie polecę, bo zepsuł mi się generator hiperprzestrzenny.
- Nie ma problemu. Zapraszamy na wspólny obiad, a później wyślę kogoś z Tobą do Mevanu po nowy generator dla Ciebie.
Faltor zaprowadził Marka wraz z psem do drugiej przestronnej sali, na środku której stoi długi stół. Nad stołem wiszą dwa żyrandole ze srebrnymi liśćmi, a ściany pomieszczenia zdobią freski przedstawiające las. Elf zajął miejsce na jednym z końców stołu, zapraszając gości obok siebie. Nawet Astro, chociaż był psem, usiadł na krześle przy swoim właścicielu, czego ten zupełnie nie mógł zrozumieć.
- To jest magia tego miejsca - rzekł Elf z tajemniczym uśmiechem.
Na dwa klaśnięcia Faltora stół zapełnił się najdziwniejszymi potrawami w całym Wszechświecie, a kiedy wszyscy się najedli, puste naczynia znikły, a na ich miejscu pojawił się deser, na który złożyły się rozmaite ciasta z owocami z dalekich planet, cukierki z drzew cukierkowych rosnących tylko w Wielkim Lesie, soki z księżycowych kwiatów, a na koniec podano herbatę z szarych liści. Podczas posiłku słychać było rozchodzącą się idealnie w przestrzeni elficką muzykę ludową przywodzącą na myśl odległe morskie klify i czyste zielone lasy, takie jak kiedyś były na Wyspach Brytyjskich i w Skandynawii na Ziemi.
Po cudownym obiedzie, jakiego Mark nie jadł nigdy w życiu (jak sam powiedział, ta kuchnia może się równać tylko z kuchnią jego matki), Faltor poprosił Vincenta, by ten poleciał z gościem do Mevanu po nowy generator hiperprzestrzenny do "Pieszczocha". Myśliwiec stał teraz w leśnym hangarze. Obok niego stała 40 razy większa "Liberty". Na jej pokład wszedł Mark i Vincent. Astro został w Lesie Życia zwiedzając wszystkie drzewa, o ile to możliwe. Wkrótce ogromny okręt wzniósł się ponad korony drzew i podnosząc pułap przebił atmosferę planety. Od Wolnej Ziemi do Mevanu są cztery godziny czasu uniwersalnego lotu w nadprzestrzeni. Mevan położony jest w centrum Gaweranu. Składa się z jednej większej gwiazdy Ane, dookoła której krąży 14 planet będących najważniejszymi miejscami w galaktyce. Znajdują się na nich między innymi serwisy techniczne, hotele i kasyna, a także siedziba rządu i służbowe mieszkania polityków. Planeta, na którą podążała "Liberty" to Echator, galaktyczne centrum technologiczne. Można tu kupić statki niemalże każdej klasy, za wyjątkiem chyba tylko kolosalnych stacji, bowiem takie wykonuje się na zamówienie na orbicie planety. Są też dostępne wszystkie części nowe i używane, najnowsze i stare, a także systemy nawigacji, obrony i wszelkie programy używane na pokładach jednostek latających od osobowych przez służbowe po naukowe. Istniało duże prawdopodobieństwo, że z tej szerokiej gamy produktów uda się dopasować coś do ziemskiego pojazdu. "Liberty" wyskoczyła z nadprzestrzeni i skierowała się w stronę orbity Echatoru. Vincent zameldował się i po otrzymaniu zgody na lądowanie zbliżył okręt do powierzchni planety, by znaleźć miejsce na parkingu. Na pierwszym, największym jaki chłopak kiedykolwiek widział, stało pięć pojazdów wielkości "Liberty", 20 większych jednostek osobowych i ponad pięćdziesiąt mniejszych. Po kwadransie poszukiwań, wreszcie udało się znaleźć miejsce dla 550-cio jardowego kolosa. Okręt wylądował obok trzyjardowego statku i z burty wysunęła się rampa, po której zeszli Elf i Człowiek. Vincent powiedział, że do sklepu jeszcze trochę drogi i pokonają ją taksówką.
- Pewnie jeszcze nie leciałeś Planetarną Taksówką - uśmiechnął się i poprowadził w stronę postoju znajdującego się pod jakąś dziwną konstrukcją ciągnącą się daleko w górze. Otwarł Markowi drzwi pierwszej z brzegu, a wszystkie były takie same, żółte. - Do Wehikułów Gaweranu - powiedział do taksówkarza i pojazd uniósł się kilka centymetrów w górę i coraz wyżej. Taksówka leciała wysoko, na życzenie Vincenta i za większą opłatą, między ulicami planety stanowiącej jedno wielkie centrum technologiczne. Lecieli właśnie ponad wieżowcami, skąd wspaniale widać ulice i zabudowania w dole. Wszędzie dookoła wznoszą się strzeliste kolumny o kosmicznych kształtach, a wolne przestrzenie zagospodarowane są tak zwanymi wiszącymi parkingami, czyli wysokimi konstrukcjami przeznaczonymi do lądowania. To właśnie pod nimi znajdują się postoje taksówek. Niesamowite, że na tych kilkukilometrowych placach w powietrzu mieści się sto średniej wielkości maszyn i wszystko wygląda tak stabilnie i solidnie i takie też jest. W przestrzeni nad powierzchnią planety zawsze frunie niezliczenie dużo pojazdów różniących się od siebie tym czym zwyczajne samochody, czyli kształtem i karoserią. Latają pospolite osobowe pojazdy i eleganckie limuzyny, a także sportowe bryki i jednostki służbowe oraz inne taksówki. Mark dowiedział się, że na latanie na określonych wysokościach trzeba mieć zezwolenie, tzn. prawo jazdy kategorii od A w chmurach do H po powierzchni planety. Taksówkarze często łamią prawo lecąc ponad dozwoloną wysokość, ale takie manewry też słono kosztują pasażerów, więc nawet w razie gdyby przyszło zapłacić mandat, kierowca wychodzi na plus. Obniżyli pułap lotu i zbliżali się do ogromnego budynku Wehikułów Gaweranu. Zaparkowali na dużym parkingu przed gmachem i opuścili taksówkę. Vincent poprowadził chłopaka do wejścia do sklepu.
- Właścicielem sklepu jest Werranin Ghazel Stenner, trochę sknera, ale znajdziesz u niego najlepszy sprzęt w galaktyce i z pewnością dopasujemy coś do Twojego myśliwca. - Jednak słowa Elfa rozwiały się gdzieś dookoła, gdyż Mark nie wiedział nawet który z członów jest nazwiskiem tegoż osobnika. Widząc jego zagubienie, Vincent wytłumaczył - Werranin, bo pochodzi z Werranu, takiej planety z Trzeciej Strefy Galaktyki. - Elf widział jak w głowie chłopaka rodzi się następne pytanie i wyprzedził je odpowiedzią - Galaktyka jest podzielona na cztery strefy w kolejności odległości od środka. Czwarta leży najdalej, potem trzecia, Wolna Ziemia leży w drugiej, a my - w tym momencie weszli do sklepu - jesteśmy teraz w pierwszej. Wewnątrz znajdowało się dużo istot. Dziwacznych stworów, zapewne ze wszystkich Stref, ale nie było w tym nic dziwnego. Wszyscy zachowywali się normalnie, dziwadła pochłonięte, jak każdy, załatwianiem swoich spraw. Elf i Człowiek podążyli razem w stronę jednej ze ścian, przy której za ladą stała postać trochę nawet przypominająca Człowieka, gdyby tylko nie te dwie pary rąk i czułki na głowie. Vincent przemówił do niego po elficku pytając o generator hiperprzestrzenny do Socketa SY25485, po czym wyjaśnił Markowi, że taki typ jest najbardziej zbliżony do hiperkieszeni jego myśliwca. Sprzedawca poprosił aby zaczekali i zaczął stukać w klawiaturę komputera podobnego nawet do ziemskiego i oznajmił, że jest taki w magazynie za cenę 40200 Kredytów. Na twarzy Elfa odmalowało się zaskoczenie i niezdecydowanie, ale nakazał sprzedawcy iść po generator. Sprzedawca wrócił z szarym kartonem, który otworzył w obecności klienta i wytłumaczył jak należy zainstalować generator. Tak wytłumaczył, że gdyby nie fakt, że Vincent jest świetnym mechanikiem, a Mark po prostu się znał na montażu, jeszcze tego samego dnia wróciliby zapytać o coś. Wyszli ze sklepu. Na parkingu czekała żółta taksówka. Wpakowali duże pudło z generatorem na tył pojazdu i polecieli na parking już nie piratując między budynkami Echatoru. Vincent zapłacił rachunek za taksówkę wynoszący 50 Kredytów i udali się do "Liberty". Po dłuższej chwili okręt oderwał się od powierzchni planety i wzleciał na orbitę, skąd ruszył w nadprzestrzeni na Wolną Ziemię.
Podróż zakończyła się ponad błękitną kulą zawieszoną w kosmosie, dookoła której zgromadziła się istna armia. Ponad ogromnym kontynentem, na którym mieściły się Las Życia i Wielki Las, a także wiele niezbadanych miejsc, wznosił się ogromny okręt należący do Pana Mroku, władcy zła. Nieopodal zawisła ogromna stacja kosmiczna, a ponad Wolną Ziemią latało ze dwieście mniejszych jednostek. Od razu dostrzegły "Liberty", która wyskoczyła z nadprzestrzeni tuż obok nich. Sześć małych samolocików ruszyło na ostrzał kolosa. Vincent strącił trzy z nich za pierwszym podejściem. Drugie tyle zbliżyło się na niebezpieczną odległość i oddało kilka strzałów do "Liberty". Okręt trochę ucierpiał. Pilot włączył pole ochronne i manewrował by trafić w atakujące jednostki. Po ostrym odbiciu w prawo zestrzelił dwa. Został jeszcze jeden i zawrócił, a na "Liberty" rzuciła się cała eskadra. Dwa zostały załatwione pierwszym strzałem. Pozostałe dziesięć atakowało, a Elfowi było niezwykle trudno prowadzić taką ciężką maszynę. Trzeba było jak najszybciej wrócić na planetę. "Liberty" z impetem przebiła się przez grupę dziesięciu wrogich statków rozbijając jeden na swojej powierzchni i poobijana rozpoczęła lądowanie lotem spadającym, czyli najszybszym. Wróg nie leciał za nimi.
- Przygotowują się do ataku - powiedział Vincent. - Muszę porozmawiać z Faltorem.
Pobiegli do sali, w której zwykle przebywa najważniejszy Elf, tej gdzie przyprowadzono Marka po wyratowaniu go z rąk Pana Mroku.
Niebo nad Wielkim Kontynentem pociemniało gdy wrogie siły przesłoniły dużą część światła gwiezdnego, temperatura spadła do 17°C, co jest prawdziwą rzadkością, gdyż zwykle nie spada poniżej 19°C. Vincent i Mark wpadli jak burza do Sali Konferencyjnej, gdzie zebrali się wszyscy Elfowie dyskutując w niespotykanej jak dotąd w Lesie Życia atmosferze.
- Faltorze, co się dzieje? - Spytał Vincent ze strachem w głosie.
- Pan Mroku atakuje - odpowiedział Faltor. - Usiądź, proszę - rzekł i wskazał na puste krzesło dwa miejsca od siebie, a następnie zwrócił się do Człowieka - Ty również jesteś proszony o wzięcie udziału w naradzie. - W tym momencie obok Vincenta pojawiło się jeszcze jedno krzesło.
- Czy Fervanie wiedzą? - Zapytał Mark usiadłszy na nowym krześle.
- Tak, naturalnie. Przygotowują się do wielkiej wojny, jakiej nie było tutaj od jeszcze wielu lat przed naszym przybyciem. Pamiętają ją tylko Duchy Wielkiego Lasu i opowiadają przepiękne legendy o wygranej mieszkańców tej planety. Podobno nocami słychać tam melancholijne pieśni o zwycięstwie i bohaterstwie.
- Kim są te duchy?
- To Fervanie polegli w Wielkiej Wojnie. Błąkają się nocą po lesie i zawodzą smętnie. Za dnia raczej się ich nie widuje.
- To piękne.
- Tak. Fervanie mówią, że Duchy od paru nocy śpiewają coraz głośniej i żałośniej. Teraz wszyscy wiemy, że to zapowiedź wielkiej wojny.
Wraz z tymi słowami Mark przypomniał sobie w jakim celu rozmawia z Faltorem. To nie opowieści przy kominku, tylko poważna dyskusja. Elf powiedział, że powiadomi Tigeona Bellona, przywódcę Merrerów, którzy brali już udział w Pierwszej Wielkiej Wojnie. Nastała Druga Wielka Wojna. Narada zakończyła się. Z przestrogą aby nie opuszczać powierzchni planety, Elfowie i jeden Człowiek opuścili Salę Konferencyjną. Przed leśną budowlą stał średniej wielkości kundelek radośnie merdający ogonem i stęsknionym wzrokiem patrzył na swojego pana.
- Witaj, Astro! - westchnął Mark. - Dawno się nie widzieliśmy. - Wziął psa na ręce i poszedł ścieżką wiodącą na skraj lasu, gdzie pozostawili okręt. Vincent wprowadzał go właśnie do hangaru i zaproponował, że zabierze Marka ze sobą.
- Za chwileczkę zamontujemy hipergenerator w "Pieszczochu". Swoją drogą, ładna nazwa - uśmiechnął się, chociaż atmosfera w Lesie Życia nie była wesoła. "Liberty" znalazła się w garażu obok "Pieszczocha". Vincent i Mark zabrali się do pracy. Dojście do generatora znajduje się po lewej stronie maszyny. Najpierw należało delikatnie zdjąć działko laserowe, by móc bezpiecznie wymontować silnik i wreszcie odpiąć skrzydło. Ponad skrzydłem znajduje się klapa, którą trzeba otworzyć by dostać się do wnętrza samolotu. To już zajmuje pół dnia. Wreszcie pod wieczór Vincent i Mark wyjęli zepsuty hipergenerator i zmienili go na nowy, a gdy "Pieszczoch" znów nadawał się do użytku, na niebie rozbłyskały gwiazdy. Pilot powiedział mechanikowi, że zostanie jeszcze przy maszynie, żeby wypolerować karoserię zasłużonego myśliwca.
Następnego dnia siły Wolnej Ziemi miały zgromadzić się na Środku. Były cztery godziny do spotkania. Chłopak postanowił wcześniej wyruszyć i pozwiedzać kontynent. "Pieszczoch" wyjechał na otwartą przestrzeń w prawie pełnym blasku przyćmionej gwiazdy z lśniącą wypolerowaną karoserią. Na wysokości 10000 stóp pilot polecił komputerowi złożyć raport o stanie technicznym pojazdu i powoli ruszył na Środek. Wydajność 100%, używanych zasobów 17%, pozostało 7 rakiet Dragon 8, działka laserowe naładowane w stu procentach. Następnie chłopak postanowił zrobić porządek w pamięci komputera. Na 800 eksabajtowym dysku, z czego 78 % zajęte, nagromadzonych było wiele zbędnych danych, m.in. od dawna nie używane koordynaty pochodzące z czasów gdy "Pieszczoch" jeszcze latał nad Ziemią. Mark usunął stare pliki i teraz dysk zawierał 72 % wolnego miejsca i podległ defragmentacji. Ponadto z nową mechaniką myśliwiec mógł błyskawicznie przebijać się przez ziemską atmosferę i opuszczenie planety nie zajmie mu już aż ośmiu godzin. Do spotkania pozostało pół godziny i na Środku zaczęły pojawiać się pierwsze statki. Mark ujrzał nadlatujące z Północnego Zachodu dziwne wehikuły wyglądające jak dwa spodki złączone brzegami. Od Północnego Wschodu nadciągały elfickie pojazdy o eliptycznych kształtach i mieniącej się wszystkimi odcieniami bieli karoserii. Są o połowę mniejsze od "Pieszczocha" i gładko sunęły nad ziemią. Od strony Wielkiego Lasu nadlatywały fervańskie myśliwce wyglądające jak lotnie i potrafiące przybierać barwę otoczenia. Nagle do rzeczywistości sprowadził go silny podmuch wiatru i coś przysłoniło resztę promieni gwiezdnych, a gdy się odwrócił ujrzał potężną maszynę dwa razy większą od pieszczocha, która wylądowała tuż obok niego, także kiedy chłopak się odwrócił, długi szpic umieszczony na dziobie kolosa omal nie zrobił mu krzywdy. Myśliwiec długości około 20 metrów ma skrzydła o rozpiętości 10 metrów, a na nich razem sześć wyrzutni rakietowych o dużej sile wybuchu i 18 działek laserowych, a także osiem wyrzutni protonowych i dwa niezwykle precyzyjne działka elektronowe. Wyposażony jest w dwa potężne silniki do uniesienia takiej maszyny. Mark stał jak wryty przed wielkim myśliwcem nie wiedząc co robić. Kokpit otworzył się z lewej strony i ze środka wyskoczył Vincent wiedząc, że w tej chwili zrobił na Człowieku oszałamiające wrażenie.
- Witaj, Mark - zawołał zeskoczywszy ze skrzydła i jak gdyby nigdy nic zapytał - długo czekasz?
- Trochę - odpowiedział niepewnie chłopak - Co to jest?
Elf spojrzał z miną niewiniątka na swój myśliwiec w głębi duszy chcąc upewnić się, że większego wrażenia już nie mógł zrobić.
- To mój myśliwiec.
- Trochę nietypowy.
- No, cóż - westchnął Vincent. - Wszyscy zawsze mi powtarzali, że jestem bardzo oryginalny.
- Te latające spodki to Merrerowie?
- Tak. Choć słabo uzbrojone, to zabójczo zwrotne i mają świetne systemy nawigacyjne. - Vincent odwrócił się w stronę Wielkiego Lasu, z którego wylatywały fervańskie myśliwce. - Niewątpliwie lepiej uzbrojeni są Fervanie. Każda taka niby-lotnia ma cztery działka laserowe i jedno dużej mocy, dwie wyrzutnie protonowe i zabiera ze sobą jednorazowo 20 sztuk amunicji, ponadto wyrzutnia pocisków energetycznych. Ich myśliwce są wyposażone w te same systemy nawigacji co spodki Merrerów.
- A Wasze pojazdy?
- Nasze są przede wszystkim bardzo ciche i wyposażone w precyzyjne systemy namierzania. Dwa działka protonowe i dwie szybkie wyrzutnie elektronowe. Niestety, mamy tylko dwadzieścia trzy takie pojazdy.
- Ty nie masz?
- Miałem, ale rozbiłem - Elf uśmiechnął się. - Później skonstruowałem "Czarodzieja".
- Jak wyglądało uzbrojenie Wolnej Ziemi podczas Wielkiej Wojny?
- Nie wiem. I nie wiem też jak potężny był wróg.
Na Środku zgromadziło się blisko 200 jednostek latających Wolnej Ziemi. W tej chwili na Środek przybył Faltor w pięknym lśniącym wehikule, a obok niego przykołował Gharid, fervański wódz, swoim myśliwcem przypominającym lotnię. Ustanowione zostały częstotliwości na jakich będą się ze sobą komunikować mieszkańcy Wolnej Ziemi.
- Mark, dostrój swoje radio do naszych - polecił jeden z Fervan. - Przez te szerokie częstotliwości są same kłopoty.
Patrolujący przestrzeń nad planetą Merrerowie donosili, że armia ciemności już formułuje swe oddziały. Kiedy zaczął zapadać zmierzch, na Środku zapanowało wielkie poruszenie, gdyż to było już pewne, że Pan Mroku zaatakuje pod osłoną nocy. Już i tak bardzo chłodny dzień ustąpił mrokowi. Ciemność ogarnęła Wielki Kontynent gdy z nieba nadleciało dziesięć wrogich eskadr. Cztery eskadry zestrzelili Elfowie z ziemi, na pozostałe sześć ruszyło pięć eskadr spodków, które z pewnością zwinniejsze, choć słabiej uzbrojone, zapędziły dwadzieścia cztery jednostki w pułapkę przygotowaną przez fervańskie niby-lotnie, a jedną eskadrę rozgromiły osobiście. Resztę nieprzyjacielskich statków strącili Vincent i Mark Anderson. Wygraliśmy bitwę, ale to nie koniec wojny, pomyślał pilot pełen obaw. I oto ujrzał na radarze 240 myśliwców lecących wprost na Wielki Kontynent. Armia Wolnej Ziemi w stanie gotowości oczekiwała na nich, aż nadciągnęły, a pył unosił się z ziemi w miejscu, gdzie trafiały strzały z działek laserowych wrogich statków. Trzydzieści spodków oderwało się od powierzchni planety, by zlikwidować dwanaście wrogich myśliwców, których lasery były dwa i pół razy mocniejsze. "Pieszczoch" wzbił się w powietrze i ruszył do ataku przeciwko sześciu wrogim jednostkom. Pilot postanowił nie użyć rakiet Dragon 8. Całą moc tarczy ochronnej przenosząc na dziób, rozpoczął ostrzał pierwszego myśliwca jaki nawinął mu się pod działko laserowe. Atakowany przez pół mrocznej eskadry, uparcie trafiał raz po raz w wybrany cel, aż jednostka stanęła w płomieniach i wybuchła. Pozostało jeszcze pięć wrogich statków. Uformowały się one w mniejszą eskadrę, na czele której stał jeden myśliwiec, a cztery ulokowały się nieco z tyłu po obu jego stronach. To było idealne ustawienie do użycia rakiet. Mark zrobił już tak kiedyś, tyle że miał do czynienia z trzema jednostkami. Zatoczył pętlę w górę, by obrać najlepszą pozycję do ataku i namierzył pierwszy statek. Po chwili ten eksplodował, a ognista kula dosięgła dwóch za nim, zaś dwaj z tyłu zaledwie płonęli. I to wystarczyło. Ich konstrukcja była wrażliwa na obrywanie odłamkami innych jednostek, poza tym już najmniejszy pożar powodował wybuch zbiorników z paliwem. Dookoła "Pieszczocha" zaroiło się od lecących w bliżej nieokreślonych kierunkach fragmentów szkieletów myśliwców Pana Ciemności. Anderson odbił w lewo, by znaleźć się w centrum bitwy i zobaczył w iluminatorze spadający na ziemię spodek. Trwało to ułamki sekundy gdy zarył się w trawę i stanął w płomieniach. Chłopakowi zdawało się, że przez długie minuty patrzył jak płonie wrak w dole, na zielonej trawie Środka. Kiedy się ocknął, błyskawicznie zwrócił maszynę w prawo i posłał kilka ładnych serii do armii Pana Mroku, przy czym było to tak trochę machinalne, bo myślał o śmierci pilota tego spodka. Nawet go nie znał. A była to pierwsza ofiara wojny z Ciemnością. Gdy tak w szale złości mścił się na napierających siłach wroga, w lewym iluminatorze ujrzał potężną maszynę Vincenta ostrzeliwującą razem z nim mroczne eskadry. Gdzieś w dole rozbłysło światło. Kolejny spodek płonął w walce o wolność planety. Z kierunku nieopodal wyruszyły cztery elfickie pojazdy. Gładko wzniosły się ku górze wysyłając przed siebie lazurowe rakietki z wyrzutni elektronowych. Każda taka rakietka celnie wystrzelona mogła unieszkodliwić jedną jednostkę dowolnej wielkości. Myśliwce trafiane bezbłędnie naprowadzanymi pociskami spadały na ziemię i wybuchały jeszcze zanim zdążyły się dobrze roztrzaskać. Właśnie te awaryjne napędy były słabą stroną Pana Mroku i to wykorzystali Elfowie, Fervanie, Merrerowie i jeden Człowiek w tej bitwie. Wreszcie szala zwycięstwa przechyliła się na stronę mieszkańców Wolnej Ziemi. Kilka zbłąkanych jednostek, które próbowały wrócić do okrętu macierzystego, zostało zlikwidowanych przez oddział Tigeona Bellona. Cała Armia Wolnej Ziemi zgromadziła się na Środku.
- Jest niemal pewne - rzekł Faltor - że na jakiś czas mamy spokój. Wątpię, żeby wysłali przeciwko nam nowe siły. Mamy więc czas zająć się należytym pochówkiem naszych przyjaciół. Zasługują na to. Zginęli przecież bohaterską śmiercią w walce o wolność naszego domu.
Wraki zostały odesłane do Avilandii. Tam kapłani pogrzebią ofiary. A na Środku panowała teraz cisza. Istna cisza przed burzą, bo wiadome było, że już wkrótce Pan Mroku uderzy z jeszcze większą siłą. Na Północy zapłonęła już Gwiezdna Latarnia zwana Isil, pełniąca na Ziemi rolę przewodnika. Jej zadaniem jest wskazywanie drogi zbłąkanym podróżnikom. Lśni srebrzystym światłem rozświetlając Wielki Kontynent daleko na Południe. Pośród zalanej latarnianym światłem polany Armia Wolnej Ziemi oczekiwała na kolejny atak wroga. I nie przyszło im długo czekać. Kępki trawy uniosły się w powietrze, gdy wiązki światła emitowane przez wrogie statki uderzyły w Ziemię. Tumany pyłu przesłoniły widoczność na powierzchni planety.
- Pieszczoch, ile eskadr nas atakuje? - spytał Mark swój komputer błyskawicznie aktywując pole ochronne i uzbrajając wyrzutnie rakiet. Działka laserowe były już naładowane. Pieszczoch poinformował pilota, że nadlatuje 25 eskadr. Wszystkie pojazdy Wolnej Ziemi ruszyły do bitwy. Kilkadziesiąt myśliwców usiadło "Pieszczochowi" na ogonie. Anderson starannie eliminował ich kolejno, lecz sam znajdował się pod ostrzałem. Sytuacja była naprawdę trudna, pilot ledwie uciekał przed wiązkami laserowymi. Wtem siedemnaście nieprzyjacielskich jednostek znikło z monitora komputera, a w iluminatorze zmieniły się w kule ognia. Z tej kuli wyłonił się po chwili ogromny myśliwiec większy od "Pieszczocha". To "Czarodziej". Trafiał kolejno we wrogie statki pomagając Andersonowi pozbyć się ogona.
- Dzięki - powiedział Mark. - W samą porę.
- Nie zostawiłbym przyjaciela na pastwę sług Pana Mroku - rzekł Vincent z uśmiechem. - Ale już jesteś bezpieczny, więc wybacz... - I zniknął tak szybko jak się pojawił. Poleciał tam, gdzie najwięcej się działo. A na wschodzie fervańska flota zmagała się z kilkoma eskadrami Pana Mroku.
Walka rozpoczęła się na dobre. Powietrze w ciągu jednej sekundy przeszywały setki strzałów z działek laserowych, a także rakiety. Anderson użył kilku Dragonów 8. Co chwilę jakiś obiekt wybuchał w powietrzu zasypując ziemię deszczem odłamków lub spadał na powierzchnię planety i tam eksplodował. Wkrótce ogromna polana zapełniła się wrakami, z których wiele jeszcze płonęło. Trwała najtrudniejsza, jak dotąd, bitwa tej wojny i wielu mieszkańców Wolnej Ziemi poległo. Wreszcie niebo nad Środkiem zaczęło się rozjaśniać, a było to widoczne, bo ostatnie jednostki lądowały niezdolne do dalszej walki, lub po prostu spadały na dół. Isil powoli gasł ustępując świtowi. Zakończyła się trzecia bitwa, a wszystko w ciągu jednej nocy. Nad rankiem rozpoczęło się sprzątanie polany. W chłodnym wietrze, dość nietypowym jak na Wolną Ziemię, wojownicy zabierali z pola walki uszkodzone statki. Ciała ofiar odsyłano w rodzinne strony.
- Dusze zmarłych Fervan mogą mieć kłopoty z odnalezieniem drogi w Zaświaty - oświadczył Gharid - dlatego dziś o czternastej przed południem odprawiona zostanie ceremonia.
Wielka Gwiazda widniała coraz wyżej nad horyzontem. Wrogie statki musiały się oddalić, bo światłość ogarnęła Środek i powietrze stało się cieplejsze. O dziewiątej pole bitwy opustoszało. Pozostali jedynie Fevanie przygotowujący się do ceremonii. Gdy ich przywódca uniósł w górę światło wyglądające jak lampka plazmowa, wszyscy ruszyli w kierunku Wielkiego Lasu niosąc ciała swych zmarłych. Idąc śpiewali smętne pieśni w języku Quenya. Mark Anderson podążył z nimi i w milczeniu szedł za pochodem. Wielki Las zamilkł. Ptaki nie śpiewały, słychać było jedynie szum drzew, a dookoła roztaczała się aura smutku. Wędrówka trwała prawie pięć godzin aż wreszcie w południe dotarli do średniej wielkości okrągłego budynku z witrażami w smukłych oknach zwieńczonych łukami i spiczastym dachem. U wejścia, którego pilnuje dwóch Opiekunów, znajdują się ogromne wrota z dwoma skrzydłami drzwiowymi. Strażnicy otworzyli drzwi widząc zbliżający się pochód. Fervanie z Gharidem na czele weszli do środka, lecz wartownicy nie chcieli wpuścić Człowieka. Prawo zabrania obcym brania udziału w ceremonii, więc Mark postanowił opuścić Wielki Las. Fervańska świątynia, w której odprawiano rytuał jest Świątynią Zmarłych wzniesioną po Wielkiej Wojnie gdy okazało się, że dusze poległych na polu walki nie potrafią odnaleźć drogi do Zaświatów i od tamtego czasu snują się po Wielkim Lesie, bowiem nie znalazły się w domu przed południem. Wewnątrz kamiennej budowli widać, że dach jest jakby zawieszony nad ścianami, stąd do środka dostawało się świeże leśne powietrze. Jest dość ciemno, więc nie widać rysunków zdobiących sufit, lecz nikłe światło wpadające przez witraże tworzy na marmurowej podłodze barwne wzory. Na ścianach płoną żagwie, wszędzie dookoła stoją posągi przedstawiające najbardziej zasłużonych w Wielkiej Wojnie Fervan, a na środku widnieje blok kamienny dodatkowo obmurowany ze wszystkich stron. Gharid stanął przy jednym z jego dwóch krótszych boków, umiejscawiając się tym samym naprzeciw drzwi do świątyni. Pozostali ułożyli nieżywych towarzyszy na kamieniu wraz z żagwiami, których ogień zaczął trawić fervańskie szaty. Przywódca rozsypał nad ofiarami fioletowy proszek i obłożone chrustem ciała stanęły w płomieniach. Gharid zainicjował przepiękną i bardzo smutną pieśń w języku Quenya. Fervanie śpiewali żegnając zmarłych przyjaciół i odprawiając ich w Zaświaty. Trudno przetłumaczyć o czym śpiewali, gdyż w naszym języku brakuje pięknych słów z Quenyi, lecz brzmiało to mniej więcej tak:
Na niebie świeci gwiazda;
Tak przemija dzień.
Gdy spada na Zachód
To niełatwo opowiedzieć.
Nawet coś co upada
jest okrutnie piękne,
gdy kończy się tutaj
albo gdzieś daleko.
Nagle nastał finał;
Idziemy do Świątyni
Otwierają się wrota
na ścieżkę do drugiego świata.
Musisz przejść przez drogę Ciemności,
gdzie nic Cię nie chroni,
by dotrzeć do krainy,
w której od dziś masz być.
Potężny wstrząs poruszył Wielkim Kontynentem gdy Fervanie wychodzili z kaplicy, Mark siedział w Pieszczochu słuchając muzyki, Merrerowie grzebali ofiary bitwy, a Elfowie reperowali swe pojazdy z zadrapań. Mieszkańcy Wielkiego Lasu czym prędzej wsiedli do lotni i ruszyli na Środek, a Anderson natychmiast nawiązał kontakt z Faltorem. Cała planeta musiała odczuć ten wstrząs. Wszyscy wojownicy w mig znaleźli się na polu bitwy. Zastali tam Andersona wpatrującego się w niebo. Sami również spojrzeli w górę i zobaczyli, że wysoko nad Ziemią zawisła przeogromna stacja kosmiczna.
- To ta stacja, którą widzieliśmy wracając z Echatoru - rzekł Vincent spoglądając na nową broń wroga.
Wszyscy patrzyli w górę. Ogromna stacja była wyraźnie widoczna na niebie. Niczym złe fatum górowała nad planetą i zdawała się przesądzać o jej losie. Na firmamencie co chwilę rozbłyskała eksplozja, gdy któryś z patrolujących przestrzeń statków starł się z wrogiem. Całe popołudnie upływało wolno w atmosferze śmierci. Merrerowie pełniący rolę podniebnych strażników podwoili siły, ale wkrótce stało się jasne, że Ziemianie muszą coś zrobić, zacząć działać, bo jeśli nie, to kres Wolnej Ziemi jest już bliski.
Jedyny Człowiek zamieszkujący Wolną Ziemię podszedł do Elfa siedzącego w swojej maszynie, zastukał w szybę i kokpit "Czarodzieja" otworzył się z cichym bzyczeniem.
- Witaj, Mark - zaczął Vincent wciąż wpatrując się w ekran monitora pokładowego komputera i stukając w klawiaturę. - Widzę światło na wschodzie, przybywa nadzieja... Jak wiesz, Echator jest galaktycznym centrum technologicznym. Taką stację mogła wykonać tylko firma Wehikuły Gaweranu. Jestem w ich komputerze i szukam planów.
- Możliwe, że ich tam nie znajdziesz - odpowiedział Mark. - Komputer, w którym one siedzą wcale nie musi być połączony z Siecią. Lepiej zapytaj ich oficjalnie o te plany zanim Cię namierzą i będą zadawać pytania zamiast Ci odpowiadać.
- Mark, nie wiesz, że żadna firma nie rozdaje tak schematów swoich urządzeń? - odrzekł Elf z rezygnacją rozłączając się.
- W takim razie ktoś musi polecieć na Echator i zdobyć plany osobiście.
Chłopak pobiegł w kierunku elfickiej kantyny umiejscowionej na potarganej ostatnią potężną eksplozją ziemi. Vincent wyskoczył z kokpitu i pobiegł za nim.
Faltor przyznał, że to dobry pomysł, aczkolwiek niebezpieczny. Poprosił przechodzącego obok Merrera o sprowadzenie Gharida, a gdy ten przybył, naradzili się i wreszcie przywódca Fervan rzekł do Andersona:
- Polecisz przez Wielki Las i dopiero w Wielkich Górach wzbijesz się w przestrzeń. Merrerowie donoszą, że nad Środkiem lata dużo wrogich jednostek. Spiesz się, bo nie wiadomo jak długo jeszcze nasza planeta utrzyma się przy istnieniu. Wyruszaj lada chwila i niech światło Isil przyświeca Ci przez całą drogę.
Mark o tym nie wiedział, ale ostatnie słowa Gharida to najpiękniejsze pozdrowienie dla podróżnika. Chłopak podbiegł do myśliwca, gdy Gwiezdna Latarnia zapłonęła na Północy rozświetlając kontynent tajemniczym blaskiem. "Pieszczoch" uniósł się trzy yardy nad powierzchnię planety i sunął gładko w stronę Wielkiego Lasu, a tam musiał już zwolnić. Człowiek jeszcze nigdy nie był w Wielkim Lesie po zmroku, zaś prędkość z jaką zmuszony był lecieć pozwalała na podziwianie nocnego krajobrazu domu Fervan. Dookoła było ciemno, gdyż światło Gwiezdnej Latarni słabo przebijało się przez setki tysięcy, a może miliony drzew. Chłopak oświetlił jakieś 20 jardów drogi przed sobą przednimi reflektorami, ale nie wykorzystywał ich mocy maksymalnej, by nie zepsuć tej dziwnej aury panującej w lesie. Obserwował wszystko co mijał, kolejne drzewa niby wszystkie takie podobne do siebie, lecz czuł, że każde z nich jest inne, ma własne korzenie, własne życie. Barwne ptaki zdobiące zwykle ich gałęzie gdzieś poznikały, jedyny ruch w całym lesie to tylko lot "Pieszczocha". A jednak nie. Mark zobaczył coś co przyspieszyło jego bicie serca i przykuwało uwagę. Zwolnił. Wciąż poruszał się zbyt szybko. Zatrzymał pojazd całkowicie i wysiadł. Szedł niepewnym krokiem w kierunku krzewów, wśród których coś drgało i świeciło niesamowitym blaskiem. Po chwili jego oczom ukazała się w całości niezwykła postać. Była wyższa niż przeciętny Fervanin, nie, ona unosiła się kilka cali nad ziemią. Okryta długim płaszczem z kapturem, spod którego widniała długa szata. Widoczne miała tylko oczy i usta, resztę skrywało światło, gdyż cała postać emanowała własnym blaskiem.
- Kim jesteś? - Zapytała zjawa dźwięcznym głosem.
- Jestem Człowiekiem. Kim ty jesteś?
- Aseon. Jestem jednym z Duchów Wielkiego Lasu. - Wtem zza drzew i z krzewów poczęły wyłaniać się istoty identyczne jak ta pierwsza, która spytała - Czy przybyłeś uratować Wolną Ziemię?
- Właściwie to tak.
- A zatem spiesz się. Życzymy powodzenia - odezwało się kilkanaście głosów. - Uratuj naszą planetę.
- Niech światło Isil przyświeca Ci przez całą drogę - rzekł pierwszy duch lekko skłaniając się Człowiekowi, co uczynili także pozostali.
Mark Anderson, choć miał wielką ochotę porozmawiać z niezwykłymi istotami, ukłonił się i wrócił do myśliwca rozpamiętując słowa Ducha, aby się spieszył. Włączył silniki i spojrzał przez iluminator na stojące kilka stóp dalej postacie. Silniki zapaliły, wybrał parametry lotu i znów spojrzał przez okno. Nikogo już tam nie było.
Wreszcie drzewa zaczęły się przerzedzać i wkrótce pilot ujrzał majaczące w świetle Isil Wielkie Góry. Wcale nie były takie wielkie, ale Fervanie, pierwsi mieszkańcy Ziemi, lubili wszystko nazywać wielkim. Anderson wyleciał z Wielkiego Lasu i bezpiecznie zaczął wznosić się coraz wyżej zostawiając w dole las, góry, plażę, wodę i wreszcie opuścił Wolną Ziemię. A gdy wpisał do komputera współrzędne lotu, znalazł się poza przestrzenią.
Gdy tylko Anderson opuścił przestrzeń rzeczywistą, nastąpił drugi atak Pana Mroku. Ziemia poraz drugi zatrzęsła się od nowej broni jaką dysponuje Pan Mroku. Gharid zorientował się, że od ostatniego ataku minęło 12 godzin, ale dalsze rozmyślania przerwała mu gigantyczna chmura nadciągająca nad Wielki Kontynent. Nagle niebo zaroiło się od wrogich statków. Jak donosili Merrerowie, siły wroga zajęły całą przestrzeń powietrzną tworząc warstwę otaczającą planetę. Jeden merreński spodek był atakowany przez kilku przeciwników i w końcu statki patrolujące niebo nad Wielkim Kontynentem zostały zmuszone do odwrotu. Stało się jasne, że Pan Mroku rozpoczął oblężenie.
Tymczasem "Pieszczoch" pojawił się w przestrzeni rzeczywistej obok Echatoru. Pilot zameldował się i wszedł w atmosferę planety. Odszukał najkrótszą drogę do Wehikułów Gaweranu, co przyszło mu bez problemu. Małemu myśliwcowi o wiele łatwiej jest znaleźć miejsce do lądowania niż dużemu okrętowi jakim był tu ostatnio. Kiedy posadził pojazd na ferrobetonowej płycie zabrał ze schowka w kabinie pusty nośnik danych i poszedł do siedziby Wehikułów Gaweranu. Wszedł do budynku i mijając parter przeznaczony dla klientów udał się po schodach na piętro. Wiedział, że ma niewiele czasu, dopóki ochrona nie zorientuje się, że pierwsza kamera pokazała wchodzącą osobę, a druga nie. Na piętrze już nie śledziła go żadna kamera. Przeszedł przez drzwi oznaczone napisem "centrum dowodzenia" i znalazł się w ogromnym pomieszczeniu z wieloma komputerami. Z pewnością każda z siedzących tam osób zauważyła jego wejście, ale tak liczny personel nawet się nie zna. Chłopak zajął pierwszy wolny komputer i wszedł do bazy danych. Hasło zapisane na małej karteczce leżało na biurku. Odnalazł zamówienia, ale okazało się, że firma Wehikuły Gaweranu nie realizowała zamówienia na stację kosmiczną. Mark Anderson pospiesznie opuścił budynek i wrócił do myśliwca.
Nad Wielkim Kontynentem roiło się od myśliwców Pana Mroku. Każda rasa przebywała w swoim domu. Vincent siedział w swoim myśliwcu gdy skontaktował się z nim Człowiek.
- Vincent, firma Wehikuły Gaweranu nie miała takiego zamówienia.
- Wiesz co, taką stację mogła jeszcze wykonać firma Tiriq. Swoją siedzibę mają chyba gdzieś na południowej półkuli Echatoru.
- Sprawdzę w Sieci.
- Musisz wiedzieć, że konstruują oni dla przestępców, więc nie szukaj ich w oficjalnych źródłach. Poradzisz sobie?
- Tak - odpowiedział pewnie Mark.
- To zabieraj się szybko do roboty! Bez odbioru.
Anderson rozpoczął przeszukiwanie ciemnej strony Sieci i odnalazł firmę Tiriq, po czym wprowadził do komputera współrzędne lotu. Odnalazł cel w dwupoziomowym budynku podobnym do siedziby Wehikułów Gaweranu, tylko mniejszym i pozbawionym kamer. Wysiadając z myśliwca zobaczył leżącą na betonie monetę. Podniósł ją stając się wreszcie posiadaczem jakiejś gotówki w nowym dla niego świecie. U wejścia zatrzymało go dwóch strażników.
- Ktoś ty i po co przyszedłeś? - spytali.
- Mogę być waszym klientem - odpowiedział Mark wczuwając się w sytuację. - Znajomy polecił mi was.
Strażnicy zlustrowali Człowieka wzrokiem i obszukali go znajdując monetę o wartości jednego Kredytu, laser diodowy oraz mikrodysk. Chłopak dostał swoje przedmioty i został wpuszczony do środka. Znalazł się w dużej sali, z której były tylko dwa wyjścia i schody na górę. Przy biurku obok ściany siedział osobnik dziwnej rasy, choć może Mark widział już kogoś podobnego w Wehikułach Gaweranu.
- Czym mogę służyć? - zapytało dziwadło.
- Potrzebuję dużą stację kosmiczną - odrzekł Anderson. - Jesteście w stanie coś takiego wykonać?
- To się da załatwić. Masz pieniądze?
- Mam, ale o pieniądzach może później.
- Ja tu decyduję kiedy i o czym! Nikt nie każe ci kupować!
- Zatem zastanowię się jeszcze - odpowiedział Człowiek odchodząc od biurka i spoglądając na schody. Odwrócił się raz jeszcze w kierunku sprzedawcy, zawołał "To gdybyś miał wątpliwości czym mam pieniądze" i rzucił mu znalezioną wcześniej monetę. Zobaczył, że ten przeniósł swoją uwagę na pieniądz i szybko przemknął się na schody. Na górze zastał duże pomieszczenie z jednym komputerem nie podłączonym do Sieci. To pewnie tu trzymają wszystkie plany, pomyślał i szybko odnalazł zamówienie Pana Mroku na stację planetarną "Dathon". Wszystko zgrał na mikrodysk i uciekł z budynku nim ktokolwiek zaczął go gonić. Wsiadł do "Pieszczocha", błyskawicznie wystartował i od razu nawiązał kontakt z Gharidem.
- Zdobyłem plany, są już w drodze. Stacja nazywa się "Dathon" i została skonstruowana przez firmę Tiriq obsługującą różnych plugawych klientów.
- Znakomicie! Zaraz zajmiemy się opracowaniem jakiegoś planu, bo na razie sytuacja u nas jest beznadziejna. Pan Mroku zablokował całą przestrzeń nad planetą.
- Wracam do Was - odpowiedział chłopak.
W Lesie Życia Faltor i Gharid z najbliższymi doradcami analizowali dane przysłane przez Marka.
- Głowną bronią "Dathonu" jest ta wyrzutnia rakiet Dearon - zauważył Faltor.
- To pewnie z niej jesteśmy ostrzeliwani - odrzekł Gharid.
- Używa pocisków atmosfera-ziemia, które powodują duże szkody, ale brak ofiar. Pan Mroku posunie się do każdego szaleństwa, ale jednak chce mnie żywego.
- Podczas wystrzeliwania rakiety działo bardzo się nagrzewa, więc kolejny atak może nastąpić dopiero po sześciu godzinach Czasu Uniwersalnego, gdy broń przestygnie. O 9:00 znów uderzy.
Mark Anderson opuścił przestrzeń powietrzną nad Echatorem i ustalał parametry lotu powrotnego na Ziemię.
- Gharid mówił, że cała planeta jest oblężona. Lecimy jak najszybciej do domu - zadecydował wpisując koordynaty do komputera.
Elfowie i Fervanie wciąż debatowali nad planami "Dathonu". Gdy wreszcie ułożono plan, po raz trzeci zatrzęsła się ziemia. Po wstrząsie jeden z Elfów podbiegł do Faltora informując o pożarze lasu. Gharid natychmiast pobiegł do swojej lotni i rozkazał Fervanom zebranie wody z Eruduiny i gaszenie lasu. Fervańskie lotnie poleciały nad rzekę, by po chwili wrócić ratować las. Pożar wzniecały bombowce Pana Mroku. Pomagały im jego myśliwce atakując Fervan. Kilka lotni spadło na korony drzew. Wypełnionym wodą jednostkom trudno było się bronić. W tym momencie z Gharidem nawiązał łączność merreński spodek oznaczony numerem 478 i już po chwili gaszącym przybyła z pomocą armia Merrerów, ale pomimo swej zwrotności, w nierównej walce wiele spodków kończyło akcję na dole. Stopniowo przewaga wroga stawała się coraz większa. Fervanom o wiele łatwiej było ratować Las Życia, gdy chmura powstała na skutek wybuchu opadła całkowicie i nikt ich nie atakował, ale słabnące siły Merrerów coraz gorzej radziły sobie z wciąż potężnym wrogiem. Ogień został prawie zwyciężony, kiedy nieprzyjaciel zdławił obronę. Nad drzewami zaczęło pojawiać się więcej bombowców, pożar trawił już ogromną część lasu i gaszenie go przestało przynosić efekty. Sytuacja zdawała się beznadziejna. Nagle kilkanaście myśliwców i blisko dziesięć bombowców zmienionych zostało w kule ognia. Nad elfickim domem pojawił się wielki myśliwiec, który kolejno likwidował wrogie jednostki. Z impetem rozpruwał zadymione powietrze strącając myśliwce Pana Mroku aż wreszcie zmusił nieprzyjaciela do odwrotu. Niebo nad Lasem Życia opustoszało i pozostały na nim tylko siły sojusznicze.
- Dzięki, "Czarodzieju" - w eterze dało się słyszeć głos Gharida. - Zaraz opanujemy pożar.
Fervańskie lotnie poszybowały ponad drzewami.
Mieszkańcy Lasu Życia dziękowali przyjaciołom za uratowanie domu, jednak sami Fervanie nie czuli powodów do świętowania.
- Dla nas ugaszenie płonącego lasu to nie problem - mówił Gharid. - Nasze lotnie są w stanie zabrać ogromne ilości wody. Myśliwce Pana Mroku bardzo utrudniały nam to zadanie, lecz Merrerowie wzięli te ataki na siebie. Najsmutniejsze jest to, że ich armia znacznie osłabła.
- Gharid, ja się oddam w ręce Pana Mroku - powiedział Faltor. - Nie mogę pozwolić żeby całą planeta cierpiała z mojego powodu.
- Nie zrobisz tego! Jeśli zajdzie taka potrzeba, będziemy walczyć do końca włócznią i blasterem.
Kiedy "Pieszczoch" wyskoczył z nadprzestrzeni, Mark ujrzał Wolną Ziemię zewsząd otoczoną wrogimi siłami. Nie miał żadnych możliwości wylądowania, a przebicie się przez blokadę graniczyło z cudem. Wezwać pomocy nie mógł, bo nie skaże przyjaciół po raz drugi na potyczkę z Panem Mroku. Na ucieczkę także było za późno, poza tym takie rozwiązanie w ogóle nie wchodziło w grę. Właśnie został namierzony przez nieprzyjaciół. Sześć myśliwców urwało się w pościg za Andersonem. Chłopak zestrzelił trzy przy użyciu jednej rakiety Dragon 8, ale pozostała trójka była już zbyt blisko, a dołączyły do niej dwie eskadry. Pilot starał się odciągnąć od powierzchni planety jak największą liczbę statków, jednak było ich zbyt wiele. "Pieszczoch" umykał w przestrzeni przed wiązkami światła, które raz po raz trafiały w niego i osłabiały pole siłowe. Komputer pokładowy zaalarmował o zaniku bariery ochronnej i uszkodzeniu kadłuba. Mark Anderson całkowicie stracił zasilanie, myśliwiec spadał na powierzchnię planety. Pilot próbował jeszcze mechanicznie wyhamować statek i skierować go na las, by zamortyzować upadek. Wróg już nie ścigał Człowieka. "Pieszczoch" gwałtownie zwolnił, przedarł się przez korony drzew, które zostawiły ślad na jego karoserii, zsunął się w dół i, pomimo manewrów pilota, wpadł do jeziora. Chłopak nie wiedział gdzie się znajduje, nigdy wcześniej tu nie był. Spadając widział, że nie ma pod sobą Wielkiego Kontynentu, a wyspę na Morzu Zachodnim. Przeprawa "Pieszczochem" do domu była rzeczą niewykonalną. Wysiadł z samolotu, przeszedł po jego kadłubie na brzeg i rozejrzał się po pustej okolicy. Otaczał go jakiś las. Wtem coś poruszyło się 10 jardów przed nim i zaraz stał pośród gromadki dziwnych postaci, z których każda niosła na sobie linę.
- Ekhm, przepraszam, że wszedłem na Wasz teren - mówił zdezorientowany Człowiek. - Wierzcie mi, poleciałbym sobie, ale spójrzcie. Mój myśliwiec nie nadaje się do lotu.
- To się da załatwić - odpowiedział jeden ze stworków zaskakując pilota i dał znak łapką, na co pozostałe ruszyły w kierunku "Pieszczocha".
Kosmate istotki owiązały pojazd linami. Anderson siedział obok na kamieniu i będąc pewien, że liny się pozrywają i małym mądralom nie uda się niczego dokonać, obmyślał jak wrócić na Wielki Kontynent. Rozmyślania przerwał mu radosny okrzyk stworków, które tańczyły wokół jego myśliwca. "Pieszczoch" stał brudny na brzegu jeziora. Mark chciał już jak najszybciej wsiąść do samolotu i wrócić do domu, ale bez narzędzi nie mógł naprawić statku. Wstał i pełen podziwu dla leśnych cudaków powiedział:
- Niestety, wciąż nie mogę odlecieć, bo siadło zasilanie. To też możecie naprawić?
Stworki rozbiegły się po okolicy. No, tak, zostawiły mnie samego, pomyślał chłopak. Ale zaraz wróciły z mnóstwem narzędzi i otoczyły "Pieszczocha". Uwijały się wokół myśliwca krzycząc i piszcząc.
Wszyscy już zauważyli, że od chwili gdy Anderson przesłał plany "Dathonu" minęło wystarczająco dużo czasu by chłopak zdążył wrócić na Ziemię i przedostać się przez Wielki Las.
- Może coś go zatrzymało - zasugerował pewien Fervanin.
- Tak, Pan Mroku - odpowiedział z przekąsem stojący obok niego Elf.
- Spróbuję go wywołać przez radio - powiedział Vincent i już chciał pobiec do swojego myśliwca.
- To na nic - zatrzymał go Gharid. - Próbuję od trzech godzin.
- Ale ja mam mocniejsze radio - upierał się Elf i postawił na swoim.
Kokpit "Pieszczocha" rozświetliły lampki, kontrolki i wskaźniki, komputer zbierał informacje o systemie i sprawdzał każdy podzespół od generatora hiperprzestrzennego po działka laserowe. Po zakończeniu testów cała aparatura rozpoczęła pracę w trybie normalnym. Pilot wsiadł do myśliwca w otoczeniu dziesiątek małych mechaników i zaczął nadawać.
- Wzywam Gharida, wzywam Gharida.
Na Wolnym Kontynencie, w Lesie Życia, Vincent błyskawicznie odebrał sygnał "Pieszczocha" i rozpoczął skręcanie zasięgu, by sprawdzić z jak daleka dolatuje.
- Mark, my Ciebie też wzywamy - odpowiedział. - Co się stało?
- Miałem małą awarię. Daj mi Gharida.
- Już, moment. - Vincent odszukał przywódcę Fervan.
- Nawiązałeś kontakt z Markiem Andersonem?
- Tak. Miał awarię. Nadaje i, sądząc po sygnale, jest gdzieś na Ziemi, ale nie pytałem go o to.
Gharid wsiadł do swej lotni i odezwał się:
- Mark, jesteś tam?
- Jestem.
- Czemu tak długo? Gdzie byłeś i skąd nadajesz?
- Nadaję z... - chłopak wciąż nadawał, a w radiu słychać było kilka innych głosów - Alavanii. Wracając ledwie przeżyłem potyczkę z armią Pana Mroku, czego nie przeżyło zasilanie w "Pieszczochu".
- Mogłeś wezwać pomoc jeśli widziałeś, że atakuje Cię zbyt dużo jednostek.
- Nie. - Człowiek zmienił temat. - Macie już plan ataku?
- Mieliśmy jeden, ale już niewykonalny.
- Jaki? Co z nim nie tak?
- Plan zakładał dostanie się do środka "Dathonu" przez wyrzutnię pocisków, jednak żeby dolecieć do stacji należałoby przezwyciężyć potężną armię wroga. Mieli tego dokonać Merrerowie. Jakieś sześć godzin temu bombowce Pana Mroku podpaliły Las Życia. Ugasiliśmy go, czego nie dałoby się zrobić gdyby Merrerowie nie osłaniali nas. Oni stracili całą armię, a wszyscy Ziemianie nadzieję.
Całej rozmowie przysłuchiwali się siedzący przy Marku Alavanie. Piszczeli chcąc zapytać o coś chłopaka.
- Gharid, zaczekasz chwileczkę?
- Jasne, czekałem tyle czasu, zaczekam jeszcze i chwileczkę - odpowiedział fervański przywódca z nutką sarkazmu.
- O co Wam chodzi? - spytał Anderson małych przyjaciół.
- Potrzebujecie dużej armii?
- Owszem. Niech zgadnę: Dysponujecie wielką armią?
- Tak! Bardzo chętnie Wam pomożemy. To może być czas naszej zemsty.
- Ja tam nigdy zemsty nie popierałem, ale za co to ma być zemsta?
- Ponad dwa tysiące lat temu Orgoweni zniszczyli naszą planetę testując na niej nowe nielegalne rakiety. - Od dłuższego czasu przemawiał tylko jeden Alavanin; musi być ich przywódcą, pomyślał Człowiek. - Wyruszyliśmy szukać nowego domu i trafiliśmy na Ziemię. Najbliżej Alavanaru, naszej planety. Krótko po tym wybuchła Wielka Wojna, ale ostatecznie ta planeta nie została zniszczona. Najeźdźcom na czymś zależało. Ziemianie odparli atak, a mało kto wie, że to była głównie nasza zasługa, i Orgoweni opuścili Wolną Ziemię. Jesteśmy gotowi zmierzyć się z nimi ponownie. Powiedz Gharidowi, że plan się powiedzie.
Zdumiony Człowiek znów rozpoczął nadawanie by przekazać dobre wieści.
- Szykujcie się do ataku. Jest ktoś kto nam pomoże.
Na Środek ściągała armia Wolnej Ziemi z Południowego Wschodu, Północnego Wschodu i Północnego Zachodu. Do następnego ataku z "Dathonu" pozostało niecałe 1.5 godziny czasu uniwersalnego. Wszystkie jednostki ustawiły się w szyku bojowym i cała armia stała w formacji do uderzenia. Pierwsi wyruszyli mali mieszkańcy wyspy jako ściana ognia dla "Liberty" i "Pieszczocha". Alavanie, których przywódca nazywał się Feuron, zaatakowali Orgowenów ściągając ich w ten sposób na siebie. Jednocześnie otworzyli pomiędzy sobą przejście dla Fervan z Człowiekiem. Ziemianie mieli absolutną przewagę nad wrogiem dopóki Pan Mroku nie wysłał do boju kolejnych eskadr. Teraz zrobiło się nieco trudniej.
- Musimy się pospieszyć - powiedział chłopak przez radio. - Widzą co robimy i bronią się. - Kilka laserowych strzałów trafiło w kadłub "Liberty".
"Pieszczoch" wleciał już do Dearonu. Anderson leciał długim korytarzem prawie do samego wnętrza stacji. To właśnie tą drogą niszczycielskie pociski były wystrzeliwane na Wolną Ziemię. Za godzinę miał nastąpić kolejny atak. Na końcu tunelu widać już było wnętrze stacji. Gdy myśliwiec wynurzył się z lufy, pilot namierzał i likwidował kolejnych techników obsługujących Dearon. Następnie użył pożyczonego od Gharida zapasowego blastera do otwarcia pokrywy, pod którą znajdowała się cała elektronika wyrzutni i z jej schematem na monitorze Pieszczocha przecinał i złączał odpowiednie przewody. Jedyny ekran w jaki wyposażona była broń wyświetlał duży napis informujący o awarii. Dearon unieszkodliwiony.
"Liberty" ciasno wsunęła się do działa "Dathonu". Pilotującym ją Fervanom przyzwyczajonym do latania lekkimi lotniami niezwykle ciężko było prowadzić kolosalny okręt. Jednakże pięćsetmetrowy statek wylądował bezpiecznie obok niewielkiego myśliwca. Fervanie zdążali do hangaru, by przygotować miejsce do lądowania. Oczyszczali drogę unieszkodliwiając strażników i otwierając przejścia.
Alavanie walczyli bardzo skutecznie. Wyjątkowo mocnymi linami splątywali ze sobą wrogie jednostki, co utrudniało ich pilotom kontrolowanie statków. Wolna Ziemia odniosła trochę strat, gdyż pola ochronne lotni są bardzo słabe, jednak to Pan Mroku został wielkim przegranym w tej bitwie. Fervanie nadali właśnie komunikat, że przygotowali hangar "Dathonu" do lądowania i Alavanie polecieli do stacji, zaś niedobitkami mrocznej armii mieli zająć się Elfowie. Orgoweni swoimi niezbyt zwinnymi myśliwcami nie odważyli się wlecieć do Dearonu, a po chwili zjawiła się elficka armia zestrzeliwując wrogie statki szybkimi pociskami elektronowymi. Tam gdzie robiło się niebezpiecznie, natychmiast pojawiał się Vincent w swym "Czarodzieju" kilkakrotnie ratując przyjaciół. Wreszcie jeden z Elfów zlikwidował ostatni orgoweński myśliwiec i cała armia z radością wróciła na planetę. Na Ziemi zapanowała euforia, jakby przez chwilę zapomniano, że to tylko część planu. Piloci wyszli ze swych wehikułów i gratulowali sobie wzajemnie znakomitej akcji.
- Mam nadzieję, że naszym przyjaciołom powiedzie się równie dobrze jak nam - powiedział któryś z Elfów.
Wtem ponad łąką pojawił się nieznany statek i spokojnie wylądował na powierzchni planety. Pojazd wyłączył silniki i przez chwilę nikt z niego nie wysiadał. Wreszcie drzwi się otworzyły i ze środka wyszła odziana na czarno postać. Ziemianie stali w osłupieniu i patrzyli; nikt nie wiedział kim jest tajemniczy przybysz. Tymczasem on podchodził powoli do Faltora, a Vincent spoglądał na niego nieufnie i, gdy pod kapturem dostrzegł złowrogi błysk w oku, krzyknął: "To Pan Mroku! Uciekać!" Było już za późno by wsiąść do pojazdów, wszyscy biegali w popłochu.
- Do fortecy! - krzyknął Faltor.
Czarny pan również przyspieszył i zaczął biec za Elfami. Rozpoczęła się szaleńcza ucieczka.
Sojusz Wolnej Ziemi przechadzał się po pokładzie "Dathonu" unieszkodliwiając pracujących tam Orgowenów. Chwilami fervańskie blastery były nieużyteczne, gdyż musiały się naładować. Trwa to wprawdzie około dwóch sekund czasu uniwersalnego, jednak może to być czas, który zadecyduje o czyimś życiu. Dlatego też w takich chwilach przydatne okazują się alavańskie liny. Mali powroźnicy potrafią tak związać przeciwnika, że ktoś, kto się nie zna na rzeczy, nie jest w stanie go rozwiązać.
Elfowie szybko weszli do fortecy, a ostatni z nich zatrzymał się na chwilę by zamknąć potężne wrota. Pan Mroku pchał je do środka i nie pozwolił zablokować. Elf błyskawicznie odskoczył i podążył na górę do głównej sali. Wszyscy byli już w środku, a wróg tuż za nim. Nie utrzymał drzwi i czarny pan wszedł już do środka. Celując w grupkę Elfów mówił do Faltora:
- Długo się nie widzieliśmy - rzekł. - A właściwie to całkiem niedawno. Twój przyjaciel popełnił błąd nie wydając mi ciebie, ale to już historia. - Pan Mroku patrzył na Faltora jednym zdrowym okiem, bo na drugie prawie nie widział.
Gdy Ziemianie unieszkodliwili załogę "Dathonu", dotarli do samego środka stacji, gdzie znajdowała się sala tronowa, w której przesiadywał Pan Mroku. Jakież było ich zaskoczenie kiedy ujrzeli otwarte drzwi do pustego pomieszczenia. Wyglądało na to, że ciemny władca uciekł. Jeśli tak, to gdzie teraz się znajduje? Anderson postanowił skontaktować się z Elfami. Pobiegł do hangaru i rozpoczął nadawanie z "Pieszczocha".
- Wzywam Ziemię, jesteście tam?
- Teraz nikt wam nie pomoże - rzekł Pan Mroku.
Stojący tuż przy radiu Vincent zasłonił sobą konsolę i dyskretnie przełączył na nadawanie.
- Kosmos dał wam nieśmiertelność, ja musiałem sięgnąć po nią sam. Anukowie zawsze wam sprzyjali. Ale los bywa złośliwy. Oto nadszedł czas mojej zemsty.
Mark przeraził się słysząc słowa Pana Mroku w radiu. Zlokalizował źródło sygnału i czym prędzej wrócił do przyjaciół krzycząc:
- Wracamy na Ziemię! Szybko! Pan Mroku jest w fortecy.
- Ma Elfów?
- Tak - odpowiedział chłopak biegnąc w odwrotnym kierunku.
- A Ty dokąd? - zapytał Gharid.
- Plan zakładał zniszczenie "Dathonu". Ja to zrobię, bo "Pieszczochem" zdołam szybko się uratować ze spadającej stacji.
- Powodzenia - odparł fervański przywódca i poprowadził resztę do hangaru.
Olbrzymi właz lądowiska na "Dathonie" otworzył się i ze środka wyleciała sojusznicza armia zmierzając na planetę by pomóc przyjaciołom w potrzebie.
Pan Mroku zdjął ze ściany dwie zabytkowe fervańskie włócznie i wyzwał Faltora na pojedynek. Elfowie nigdy nie walczyli włóczniami. Nim rozwój techniki pozwolił na wynalezienie blastera, dzida była podstawową bronią Orgowenów. Wróg zadał pierwszy cios. Faltor zręcznie zablokował uderzenie. Kolejne pchnięcie. Elf wciąż się bronił nie atakując. Pozostali stali dookoła w przestrachu. Nikt nie śmiał nawet drgnąć.
Mark Anderson wprowadził do komputera pokładowego współrzędne Orgonu, ojczystej planety Orgowenów.
Do sali głównej w fervańskiej fortecy wpadła z impetem potężna fervańsko-alavańska armia przerywając pojedynek Pana Mroku z Faltorem. Mieszkańcy wyspy z okrzykami wojennymi błyskawicznie omotali czarnego władcę bardzo mocą liną. Fervanin imieniem Varner wyrwał mu zabytkową włócznię, którą powiesił na ścianie, na co Elf podszedł do niej i zawiesił drugą.
Wszyscy Ziemianie wybiegli na Środek świętować zwycięstwo.
Z hangaru z impetem wyleciał myśliwiec amerykańskich sił powietrznych identyfikujący się jako "Pieszczoch". Odbił w lewo i na pełnej mocy pomknął w przestrzeni. Stacja szybko posuwała się w odwrotnym kierunku coraz bardziej zbliżając się do planety. Zaczęła działać siła przyciągania i dwa ogromne ciała zderzyły się ze sobą wywołując potężną eksplozję. Od ogromnej kuli ognia tryskały płonące odłamki stacji i rozeszła się szeroka fala uderzeniowa. Jednak myśliwiec był już daleko. Całe widowisko zanikło, a on wskoczył w nadprzestrzeń pozostawiając za sobą przez chwilę widoczną smugę.
Godzinę przed południem na Wielkim Kontynencie wśród wiwatów i ogni sztucznych, wykonawszy lot zwycięstwa ponad uradowanymi Ziemianami, wylądował Mark Anderson w swoim "Pieszczochu". Kiedy wysiadł, podeszli do niego Faltor, Gharid, kilku Merrerów i gromadka Alavanian. Chłopak oddał fervańskiemu przywódcy pożyczony blaster i wysłuchał opowieści o pokonaniu Pana Mroku przerywanej okrzykami sympatycznych powroźników.
W samo południe ciało władcy ciemności zostało zabrane na pokład "Liberty", którą polecieli Faltor, Feuron, Mark Anderson, Gharid i Tigeon Bellon. Druga Wielka Wojna zakończyła się. Ostatniego Orgowena oddano Kosmosowi, by Wszechświat był wolny na zawsze.
Po powrocie przedstawicieli pięciu ras zamieszkujących Wolną Ziemię, w Lesie Życia odbyła się huczna zabawa trwająca do świtu następnego dnia.
WHITE Rider
WHITE_Rider@interia.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|