|
Nazdrul
Część pierwsza
Rozdział I
Był piękny słoneczny poranek. Nazdrul postanowił zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Potrzebował tego, aby się oczyścić. Wydarzenia poprzedniego dnia tak nim wstrząsnęły, że nie potrafił jeszcze dziś dojść do siebie. Ale słońce zawsze go uspokajało i pozwalało się odprężyć. Nie chciał w ogóle powracać myślami do wczoraj. Jeszcze nigdy nie przeżył nic tak strasznego. Szedł wzdłuż leśnej dróżki, która z każdym kolejnym krokiem robiła się coraz węższa. Nie wiedział czemu, ale szedł dalej. Spojrzał w słońce i nagle stracił przytomność. Nie widział tego ale zrobiło się momentalnie ciemno, chmury, których jeszcze przed chwileczką nie było, przykryły bardzo dokładnie całe niebo tak, aby chociaż najmniejszy promyczek słońca nie przedostał się przez ich warstwę. Wszystko to trwało tylko przez chwilę, ale wydawało się, że trwa to wiecznie.
Nazdrul obudził się, gdy było już ciemno. Nie wiedział, gdzie się znajduje. Wokoło były tylko drzewa, nie widział nic poza nimi, ale czuł, że w pobliżu jest coś jeszcze. Wstał, zrobił parę kroków i usiadł na jakimś spróchniałym pieńku. Musiał pomyśleć. Nie pamiętał co się stało, dlaczego zemdlał, i dlaczego jest w lesie. Wszystko było zagadką. Postanowił, iż. będzie podążał ścieżką, którą jak sądził przyszedł tutaj. Wstał i ruszył w drogę. Szedł dość długo i zaczął zastanawiać się dlaczego jeszcze nie wyszedł z lasu. Usłyszał nagle pisk, ale nie był to zwykły dźwięk, jakie można usłyszeć w lesie. Przestraszył się. Zaczął biec. Biegł przed siebie nie oglądając się; po prostu biegł. Było ciemno, dlatego nie mógł zobaczyć dziury jaka była w drodze. Była to dziura o bardzo wielkiej średnicy. Nie miał nawet najmniejszej szansy, aby ją przeskoczyć. Z resztą nie było takiej potrzeby. Nie widział jej, więc po prostu wpadł w nią. Leciał dość długo. Przed oczyma zobaczył całe swoje życie. Myślał, że już po nim.
Mylił się. Obudził się w jakimś pomieszczeniu. Leżał na materacu wypchanym sianem. Nie był przyzwyczajony do takich niewygód. Wszystko go bolało. Nie wiedział jednak, czy nie były to skutki upadku. Nie wiedział, gdzie jest. Pokój przypominał bardziej małą jaskinię. Chciał wyjść, ale nie widział nigdzie drzwi, nie było żadnego otworu jakim mógłby się stąd wydostać. Usiadł pod ścianą i zaczął płakać. Mimo iż miał już dwadzieścia pięć lat, nigdy jeszcze nie płakał. Nie wiedział co ma zrobić. Niedawno stracił brata, którego przecież bardzo kochał. Wydawało mu się, że sytuacja go po prostu przerosła. Bał się. Nagle usłyszał dźwięk jakby odsuwanego, ciężkiego kamienia. Zobaczył promień słońca, przynajmniej myślał, że było to słońce. Kiedy kamień został już całkowicie odsunięty ujrzał postać. Nie mógł zobaczyć jednak jej twarzy, gdyż z całego ciała przybyłej istoty biło światło, ale było to tak intensywne światło, że Nazdrul musiał mrużyć oczy, żeby cokolwiek zobaczyć. Nieznajomy zapytał się:
- Kim jesteś?
- Nazywam się Nazdrul, jestem synem króla Krohla, władcy Krystii.
- Wiesz gdzie jesteś? - zapytała się postać.
- Nie, nie mam pojęcia. Obudziłem się w lesie, a potem wpadłem do ogromnej dziury w ziemi - odpowiedział.
- To jest Garha, a ja jestem Simatron - powiedział i wyszedł, zasuwając za sobą kamień.
Nazdrul nie mógł nawet otworzyć ust, żeby coś odpowiedzieć. Bał się. Był cały blady, a krople potu pokryły całe jego ciało. Słyszał o krainie umarłych zwanej Garha. Były to straszne opowieści, gdyż mówiły o najgorszych istotach jakie kiedykolwiek chodziły po ziemiach Bisarii. Była to kraina, w której znajdowały się dusze zmarłych Drangów. Drangowie byli to mutanci powstali w wyniku wielkiej katastrofy jaka zdarzyła się pięćset lat temu. W Bisarię uderzył wielki meteoryt, który przyniósł z sobą jakiegoś wirusa, który z zarażonego robił właśnie Dranga. Mutant ten stawał się bardzo silny, brak mu było jakichkolwiek uczuć, jedynym jego celem była śmierć. Zabijał on wszystkie żywe istoty na swojej drodze.
Mimo że zdarzyło się to stosunkowo niedawno powstała już legenda o świecie, do którego trafia zmarły Dranga. Wcześniej Nazdrul myślał tylko, że są to bajeczki wymyślone, aby dzieci straszyć, ale teraz... Nie wiedział co robić, chciał jakoś się stąd wydostać, ale nie miał najmniejszego pojęcia jak to zrobić. Starał się odgadnąć w jaki sposób trafił on do krainy umarłych, przecież żył. Przynajmniej tak mu się wydawało, ale teraz nie był już niczego pewien. Pozostało mu tylko czekać aż ktoś znowu otworzy wrota. Postanowił się zdrzemnąć. Zasnął szybko, był bardzo zmęczony. Obudziły go odgłosy jakie wydaje odsuwany kamień. Od razu wstał na równe nogi i zaczął się przyglądać rozwojowi akcji. Tak samo jak ostatnio pojawiło się światło, wiedział, że jeden ze zmarłych Drangów zbliża się do niego. Odsunąwszy cały kamień w przejściu pojawił się znowu Simatron.
- Jak ja się tutaj znalazłem? - zapytał Nazdrul.
- Nie pytaj jak, ale dlaczego.
- Więc dlaczego się tutaj znalazłem?
- Naszemu światu grozi zagłada, powstał on tylko dzięki waszemu strachowi, ale teraz strach wasz słabnie, a wraz z nim zmniejsza się nasza przestrzeń. Wiem, że jeden z nas posunął się za daleko, spotka go zasłużona kara. Tylko wasz lud nie zabijał nas tylko dlatego, że się pojawialiśmy. My nie jesteśmy tak źli, ale niektórzy z nas są nadpobudliwi. Prawie wszyscy Drangowie już zginęli; zostali tylko ci w lasach waszego królestwa.
- Co mnie to obchodzi, wy zabijaliście moich rodaków, jeden z was zabił mi brata, a ja mam wam pomagać! - wykrzyknął Nazdrul.
- Wiem, że za życia robiliśmy okropne...
- Okropne, to mało powiedziane. Jak okropieństwem można nazwać to co zrobiliście z moim bratem. On zginął w prawdziwych męczarniach, z trudem wytrzymałem patrząc na to, na to co z niego zostało. On nie miał prawie całej skóry na twarzy, jego ręka była tylko kością, na której trzymały się resztki ciała, cały tułów miał poszarpany. Nie wiem jak on to w ogóle wytrzymywał... Wy ... wy napawacie mnie strachem i odrazą, a ja mam jeszcze pomagać. Zapomnij!
- Wiem, że twój brat cierpiał, tak jak wielu innych, ale wysłuchaj mnie chociaż przez chwilę.
- Nie będę cię słuchał. Najlepiej od razu mnie zabij, bo nie pomogę wam.
- Wiesz, skoro jesteś tutaj to nie mogę cię zabić. To są zaświaty, miejsce, w którym przebywają tylko martwi. Wiele wysiłku kosztowało nas sprowadzenie cię tutaj, ale jeśli nam pomożesz to będziemy mogli cię przywrócić znowu do życia.
- To znaczy, że ja...
- Tak, w tej chwili jesteś martwy.
- Ale jak przecież...
- Przecież co?
- Przecież ja biegłem i wpadłem do dziury, upadek mnie zabił?
- Nie, umarłeś już wcześniej, twój bieg sprowadził cię do nas.
- Nie chcę, nie wierzę, to jest niemożliwe...
- A jednak. Teraz odpocznij; ja przyjdę później - mówiąc to Simatron wyszedł.
Nazdrul nie wierzył w to co usłyszał. Chciał się stąd wydostać zaczął walić w ściany, krzyczeć, ale to nic nie dało. Zaczął się zastanawiać, czy to może być prawda. Usnął.
***
Rozdział II
Horn szedł sobie sam przez las rozmyślając o swojej ukochanej. "Boże jaka ona piękna" - pomyślał. Szedł coraz dalej zapuszczając się głębiej i głębiej las. Zapomniał o przestrogach ojca który mówił, że w tych lasach żyją jeszcze Drangi. Mutanci, którzy zabijają wszystko co żywe na swojej drodze. "Nikt ich dawno tu już nie widział. Może umarły albo sobie poszły. Kto wie." Szedł coraz dalej, rozmyślając. Nagle słońce, które świeciło tak pięknie na niebie zrobiło się całe czarne od chmur, które pojawiły się tak niespodziewanie na firmamencie. Zaczęło grzmieć, od czasu do czasu niebo rozbłysło od błyskawicy. Horn przestraszył się nie na żarty, choć nie zaczął w popłochu uciekać. Stanął w miejscu i przyglądał się temu, co zobaczył. Niejeden uciekłby stąd już dawno, ale nie on. On był odważny. Zaczęły dochodzić do niego myśli, że to jego ostanie chwile, ale mimo tego stał w miejscu. Nie uciekał. Chciał umrzeć jak mężczyzna, w trakcie walki, a nie podczas ucieczki jak tchórz. Dlatego czekał. Czekał, aż to stworzenie zbliży się do niego. Stwór był jeszcze daleko, dlatego Horn nie mógł go dokładnie zobaczyć. Gdyby wiedział co to jest nie czekałby tak spokojnie, ale nie uprzedzajmy faktów.
To co zbliżało się do niego to Dranga. Zdążył się już zorientować, gdy ten zaczął biec w jego kierunku. Horn wyjął miecz, który zawsze nosił przy sobie. Czekał na odpowiedni moment do ataku. Wiedział, że jeszcze nikt nie wygrał z Drangą, ale podjął wyzwanie. Był świadomy, że taka postawa daje mu większe szanse niż ucieczka. Potwór biegł wprost na niego. Horn nie dał poznać po sobie, że się boi. Gdy Dranga był parę metrów przed nim skoczył w górę, aby spaść na niego z wielkim impetem. Horn jednak nie był w ciemię bity i wiedział co ma zrobić w takiej sytuacji. Energicznie skoczył w bok tuż przed tym aż mutant upadł na ziemię i obracając się zadał potężny cios w plecy potworowi. Tamten jednak nie dał za wygraną i atakował dalej jakby w ogóle nie poczuł ciosu otrzymanego przed chwilą. Był on wielki, dużo większy i silniejszy niż Horn, który starał się parować szaleńcze ataki Drangi, od czasu do czasu zadając jakiś pojedynczy cios. Czuł oddech śmierci na swoim karku. Wiedział, że długo już nie wytrzyma, ale walczył do ostatnich sił. Kiedy był już tak zmęczony, że nie mógł utrzymać miecza w górze na jego głowę spadło tak ogromne uderzenie, że zdarło mu prawie całą skórę z twarzy. Gdy upadł potwór rzucił się na niego i zaczął szarpać całe jego ciało pazurami i zębami. Horn zemdlał z bólu, ale żył. Dranga po pewnym czasie zabawy z ciałem uciekł pozostawiając go na powolną śmierć.
Nazdrul nie mogąc znaleźć brata w zamku, wyszedł za jego mury i udał się w kierunku lasu na jego poszukiwanie. Co jakiś czas słychać było wołanie "Bracie", jednak nikt nie odpowiadał. Szedł dalej i dalej. Chciał już zawracać, gdy zobaczył w oddali, że na ziemi coś leży. Zaniepokojony podbiegł tam i prawie zemdlał, gdy jego oczom ukazało się pobojowisko pozostawione po niedawno stoczonej tu walce. Usiadł przy bracie, wziął go w ramiona i począł płakać.
- Nazdrul...
- Tak Hornie, to ja Nazdrul twój brat. Kto ci to zrobił? - zapytał ze łzami w oczach.
- To...
- Tak?
- Był Dranga - to były ostatnie słowa Horna.
Nazdrul gdy to usłyszał zaczął krzyczeć jak tylko mógł najgłośniej, że przysięga zemścić się na Drangach. "Zabiję was wszystkich!!!" Po tych słowach wstał i cały roztrzęsiony powrócił do zamku, niosąc ciało Horna na rękach. Mimo iż był silny ledwo doniósł go na miejsce. Po przybyciu był tak wyczerpany, że o mały włos nie zemdlał.
Król Krohl jak i cała jego świta bardzo się zmartwiła usłyszawszy historię ostatniego jego syna. Natychmiast kazał on szykować się na wyprawę, aby pomścić śmierć syna. Chciał on zabić wszystkich Drangów zamieszkujących pobliskie lasy. Nazgrul zgłosił się także do tej wyprawy, choć był bardzo wyczerpany... Początkowo ojciec nie chciał się na to zgodzić, jednak po krótkiej rozmowie z synem dał się przekonać. Nazdrul został dowódcą jednego z oddziałów. Zaplanowano, że wyprawa wyruszy za cztery dni. W królestwie Kristii zapanowało poruszenie. Zgłaszało się wielu znakomitych rycerzy, aby stanąć przy boku Nazdrula i ruszyć na spotkanie z Drangami. Chcieli oni powybijać ich już dawniej, jednak dobrotliwy król nie zgodził się na to mówiąc, że na razie nie zagrażają jego poddanym. Teraz sytuacja zmieniła się diametralnie po śmierci jego syna, następcy tronu.
***
Rozdział III
Gdy Nazdrul obudził się, w jego komnacie był już Simatron.
- Czekałem jak wstaniesz, musimy porozmawiać.
- O czym? Mówiłem już, że wam nie pomogę.
- Ale zrozum nas. My tak jak i wy chcemy po prostu przetrwać. Nie chcieliśmy stać się tym czym teraz jesteśmy, ale czy ktoś się nas pytał o zgodę. Nie! Wiesz jak trudno było żyć na Bisorii. Każdy się nas bał. Fakt, że zasłużyliśmy na taką opinię, jednak to nie my zaczęliśmy pierwsi mordować ludzi. To oni nie mogąc nas zaakceptować, chcieli nas zniszczyć. My z początku tylko się broniliśmy, jednak później... Zresztą sam wiesz.
- To dla mnie nie jest żadnym wytłumaczeniem. Mogliście znaleźć sobie jakieś ustronne miejsce i tam zamieszkać. Tak jak to zrobiliście w naszych lasach.
- Ale my chcieliśmy żyć razem z wami. Przecież wcześniej byliśmy tacy jak wy, to nie nasza wina, że jesteśmy, raczej byliśmy mutantami.
- Czy ja tutaj zostanę już na zawsze? - zapytał się Nazdrul po chwili milczenia.
- To zależy od ciebie. Jeżeli nam pomożesz to wrócisz do świata żywych.
- Ale jak mam to zrobić?
- Musisz przekonać ludzi, żeby nie zabijali nas bez powodu, żeby zrozumieli nas.
- Ale wtedy i tak przestanie istnieć Gahra. Przecież powstała ona dzięki naszemu strachowi.
- Tak to prawda, Garha przestanie istnieć, ale za to nasi będą mogli w spokoju żyć na Bisarii.
- Dobrze spróbuje to zrobić. - odpowiedział Nazdrul i stracił przytomność.
Obudził się w lesie. "Co ja tutaj robię" pomyślał i wstał. Coś jednak było nie w porządku. Spojrzał na swoje ręce, nogi, ciało i krzyknął z całej siły: - Nieeee!
Nazdrul obudził się w świecie, ale pod postacią Drangi. Nagle usłyszał głos, który przypomniał mu co ma zrobić. Wszystko zrobiło się jasne. Będąc w skórze Drangi musi przekonać ludzi, żeby ich nie zabijali, a spróbowali żyć z nimi w zgodzie na jednej ziemi.
Gdy tak myślał usłyszał, że w oddali krzyczą ludzie. "Zbliżają się, jak mnie tak zobaczą to będą chcieli mnie zabić" pomyślał i zaczął uciekać. Po pewnym czasie zatrzymał się i schował w wysokich krzakach tak, aby nie można go było zobaczyć. Siedząc tak w ukryciu ujrzał kilkunastu ludzi ścigających Dranga. W ich oczach można było wyczytać tylko jedno "Zabij go". Widział przerażenie w oczach potwora, pierwszy raz dostrzegł, że one też się boją. Dostrzegł w nim zwykła istotę, która chce po prostu przeżyć. Postanowił, że wyjdzie z ukrycia i pomoże istocie, którą jeszcze wczoraj chciałby zabić. Ponieważ był on bardzo dużym Drangą, przewyższającą pod względem wielkości i siły zwykłego mutanta, wyrwał z ziemi jedno drzewo i zaczął machać nim przed ludźmi tak, aby ich przestraszyć, ale nie zabić. Znał ich przecież to byli rycerze jego ojca Krohla. Osiągnął zamierzony efekt, w krótkim czasie ludzie uciekli zostawiając w spokoju zranionego mutanta.
Gdy ludzie znikli podszedł do rannego stworzenia.
- Jak się czujesz? - zapytał Nazdrul.
- Dobrze, ale kim jesteś, jeszcze cię tu nie widziałem? Ja jestem Medis.
- Nazywam się Nazdrul, a w lasach tych jestem od niedawna, dopiero jakiś czas temu się tu zjawiłem.
- Dzięki za pomoc myślałem, że już po mnie. Dlaczego ich nie walnąłeś tym drzewem? Zginęliby i byłoby po sprawie.
- Właśnie przez takie myślenie znaleźliście się w takiej sytuacji. Unikajcie zabijania ludzi to nie będą was tak nękać.
- Teraz to już nie pomoże. Jeden z naszych zabił syna króla i chcą teraz nas wszystkich pozabijać.
- Przybyłem tu właśnie po to, aby zaradzić jakoś tej sytuacji. Powiedz kolegom, żeby starali się nie zabijać wszystkich ludzi, którzy was atakują. Straszcie ich tylko i pozwólcie uciekać. Postaram się to jakoś załatwić jeszcze nie wiem jak, ale coś wymyślę. Muszę to zrobić.
Powiedział to po czym się odwrócił i pozostawił Medisa samego.
TILL
turbo17@poczta.onet.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|