|
Vaeille część pierwsza
Dwie postacie biegły wąskim i krętym, słabo oświetlonym tunelem. Obie zdawały się
doskonale znać rozkład dróg i pomimo wielu ostrych zakrętów i licznych rozwidleń
bezbłędnie dążyły we wcześniej wyznaczonym kierunku. Spieszyły się przy tym wielce,
gdyż jakieś kilkanaście metrów dalej podążała za nimi całkiem liczna grupa nieprzyjaźnie
nastawionych ludzi, a ściślej mówiąc królewskich gwardzistów. Co chwilę jeden z biegnących
na przedzie mężczyzn oglądał się nerwowo za siebie na ułamek sekundy, by w odpowiednim
momencie zwrócić wzrok z powrotem przed siebie i zauważyć kolejny zakręt w tunelu.
Ucieczka ta trwała już dobre kilka minut, jednak żadna ze stron pościgu starała się
nie zwalniać tempa, doskonale zdając sobie sprawę z konsekwencji, jakie pociągnęłaby
za sobą taka decyzja.
W pewnym momencie uciekający minęli mocno już nadwyrężony filar podtrzymujący
sklepienie. Filar był w gruncie rzeczy grubym, byle jak ukształtowanym kawałem drewna;
takich jak ten było bardzo wiele w całym tunelu. Do niektórych przymocowane były,
na zasadzie "jak się coś spali, nic się nie stanie", pochodnie mające na celu
oświetlenie zatopionych w nieprzeniknionych ciemnościach ścian skalnych. Teraz jednak
były zgaszone, a wyglądały tak, jakby nigdy nie były zapalane.
Jeden z uciekających zdecydował się na ryzyko. Zatrzymał się tuż za ledwo trzymającym
się filarem i kopnął w niego z całych sił, natychmiast po tym kontynuując ucieczkę.
Sklepienie tunelu zatrzęsło się, a pył i niewielkie kawałki skalne zaczęły spadać na
i tak już nierówne podłoże. Gwardziści, kierowani zdrowym rozsądkiem oraz typowym,
mającym na celu zachowanie życia, odruchem warunkowym, zatrzymali się tuż przed zniszczonym
filarem wpatrując się z niepokojem w ruchomy strop. Gdy jednak w ciągu kolejnych
sekund ten nie miał wcale ochoty zwalić się na ich głowy, ruszyli dalej w pościg. Zdążyli
już jednak stracić trochę dystansu, co przy takiej gęstwinie rozwidleń i ślepych
korytarzy w tym podziemnym przejściu zdawało się być już nie do nadrobienia. Pościg był
mimo to kontynuowany.
Kolejna minuta upłynęła, a uciekający mężczyźni zaczęli odczuwać w płucach i nogach
przebytą trasę. Wiedzieli jednak, że zbliżają się do końca tunelu. Lada chwila mieli
ujrzeć ukryte w skale drzwi prowadzące na zewnątrz. Ale po chwili nadzieja ich prysła
jak bańka mydlana, gdy zobaczyli kolejne rozwidlenie. Minęli po drodze takich już
co najmniej kilkanaście, ale nie spodziewali się go tutaj. Innymi słowy, nie znali
dalszej drogi. Zatrzymali się, patrząc na dwie zionące czernią tunele. Mieli bardzo mało
czasu na jakiekolwiek konsultacje. Zastanawiali się tylko przez chwilę. Wyższy z dwójki
wskazał bez słowa najpierw na swego towarzysza, a potem tunel po swojej prawej stronie.
Odpowiedziało mu wśród ciszy skinienie głowy. Po chwili na rozwidleniu nie było już
nikogo, a po kilkunastu sekundach do tego samego miejsca dotarli gwardziści, jednomyślnie
kierując się w lewą stronę. Uciekający biegli teraz oddzielnie.
* * *
Błysk światła. Oślepiający, na szczęście tylko na kilka sekund. ...co to? Zamiast
ciemności jest jasność, jasność błękitu, błękitu nieba. Podłoże to mgła, nieprzenikniona,
jasna mgła, niezwykła, nie szara, lecz śnieżnobiała. Pod wpływem wpatrujących się weń
oczu rozstępuje się jednak, ujawniając wszechobecny błękit. Piękne niebo, niczym
w środku dnia, choć nigdzie nie widać słońca... Nagle mgła gęstnieje, tworząc wpierw
nieregularny, przybierający jednak powoli formę, kształt. Przybiera formę ludzką,
zmieniając się następnie w człowieka. Nie sposób jednak go dojrzeć, ocenić wzrokiem,
gdyż jest jednocześnie widoczny i niewidoczny. Widać go, jednak nie daje się opisać
używając słów. Człowiek ten po prostu tam jest, jakby swoją obecnością jednocześnie
zasłaniał samego siebie, tworząc w wyobraźni obserwatora nic ponad cień, kontur
swej postaci. Wyłoniwszy się już z mgły, wciąż nie pokazując swojego oblicza, stoi
nieruchomo przez chwilę, następnie zmierza powoli w twoim kierunku, wyciągając do ciebie
rękę...
* * *
Pobudka nastąpiła w bardzo niemiłych okolicznościach. Zamiast ciepłego, wygodnego
łóżka mężczyzna znajdował się w zimnej wodzie. Dokładniej rzecz biorąc, w rzece
o rwącym nurcie. Mężczyzna rozejrzał się szybko na tyle, na ile jego sytuacja i położenie
mu pozwalało, by stwierdzić, że znajduje się gdzieś w górach. W których, ciężko mu
było ocenić, tym bardziej iż chwilowo miał ważniejsze sprawy, z wydostaniem się
z rzeki na czele, na głowie. Szybko uzmysłowił sobie, że górskie rzeki mają to do siebie,
że na ich drodze często stają sporych rozmiarów kamienie, o wodospadach już nie
wspominając. A taki właśnie jeden znajdował się niedaleko. Nie było go jeszcze widać,
ale zdecydowanie było go słychać. Nie mając ochoty podziwiać jego piękna z tak bliskiej
odległości, mężczyzna nerwowo spojrzał na brzegi dość wąskiej zresztą rzeki. Miał
szczęście. Kilkanaście metrów przed nim tuż nad wodą zwisała gałąź rosnącego nad samą
rzeką drzewa. Nie namyślając się wiele wyciągnął rękę i chwycił przysłowiową ostatnią deskę
ratunku. Po niecałej minucie zmagań z nurtem rzeki i zmęczeniem własnych mięśni niedoszły
topielec był już na brzegu. Tutaj legł i zasnął od razu.
Spał długo; tak przynajmniej mu się zdawało. Kiedy w końcu obudził się, zamiast
na kamienistym brzegu rzeki leżał na wygodnym łóżku z czystą, białą pościelą. Nad sobą
miał wyglądający na całkiem solidny drewniany dach zamiast liści drzew i błękitnego nieba
pokrytego obłokami. Mężczyzna nie miał pojęcia, jak się tu znalazł, ale zmiana ta
z miejsca przypadła mu do gustu. Rozejrzał się więc dookoła siebie. Łóżko okazało się
stać przy ścianie równie drewnianej jak sufit. Izba, w której stało, była mała,
żeby nie powiedzieć klaustrofobiczna. Dość wspomnieć, że poza łóżkiem znajdował się tu
tylko niewielki stolik, na którym stała wypalona do połowy świeca. Resztę przestrzeni
pokoju zostawiono na wąskie przejście do drzwi, które znajdowały się na przeciwległej
do łóżka ścianie. Okien w izbie nie było, jednak mężczyzna miał wrażenie, że wciąż jest
dzień. Dalsze rozmyślania przerwało mu głośne skrzypnięcie otwieranych drzwi, w których
ukazała się młoda dziewczyna. Widząc, że jej gość już nie śpi, powitała go z uśmiechem
na ustach. Mężczyzna z braku innych możliwości konwersacji odpowiedział tym samym,
pytając przy okazji:
- Gdzie ja jestem?
- W moim domu - na standardowe pytanie padła równie standardowa odpowiedź.
- To znaczy?
- Ten dom był kiedyś siedzibą tutejszego leśnika, lecz kiedy... - tu dziewczyna
na sekundę zawiesiła głos - ...umarł, ja tu zamieszkałam. Jesteśmy w środku lasu.
- Jakiego lasu?
Dziewczyna najpierw spojrzała na niego pytająco, a potem przez chwilę zdawała się
szukać czegoś w pamięci. Najwyraźniej jednak tego nie znalazła, gdyż odpowiedziała:
- Och, czy to ważne? Po prostu w środku lasu.
Zapadła niezręczna cisza. Mężczyzna skorzystał z tego faktu i rozejrzał się jeszcze raz
po izbie. Intrygowała go między innymi sprawa jego ubrania, gdyż, jak zdążył już zauważyć,
leżał całkowicie nagi. Nie zobaczył jednak wśród czterech solidnych, drewnianych ścian
niczego, czego nie ujrzał za pierwszym razem. Dziewczyna tym czasem wpatrywała się w niego
wciąż się uśmiechając.
- O czym ja myślę? - powiedziała na wpół do siebie. - Nazywam się Lan. Jak ty masz
na imię?
- Neil - odpowiedział możliwie najkrócej.
- Dziwne imię. Chyba nie pochodzisz z tych stron? - zapytała, po czym nie czekając
na odpowiedź kontynuowała. - Dobrze, że w końcu się obudziłeś. Wiesz, odkąd cię tu
przyniosłam, upłynęły trzy dni. Wiesz, zaczęłam się już poważnie martwić o ciebie.
- Co z moim ubraniem? - przerwał jej.
- Nie ma go tu? Przepraszam. Twoje do niczego się już nie nadawało, więc je spaliłam.
Poczekaj chwilę, mam tu gdzieś jakieś inne. Leśnik zostawił tu swoje, a był chyba podobnego
do ciebie wzrostu. Wiesz, nie miał rodziny i nikt się o jego rzeczy nie upomniał...
Nieważne, pogadamy później, najpierw ubierz się. - Z tymi słowami wyszła z pokoju, by
wrócić po chwili z paroma rzeczami. Położyła je na stoliku, uśmiechnęła się raz jeszcze
i opuściła izbę zamykając za sobą drzwi.
Neil spojrzał na ubranie leżące na stoliku. Nie przejmował się specjalnie jego
wyglądem - jasna koszula w ciemną kratkę i stare, wytarte już nieco spodnie były bowiem
nieco za duże; dało się je jednak nosić. Kiedy Neil ubrał się już, otworzył drzwi i
wszedł do przyległej izby. Izba ta okazała się być połączeniem kuchni i salonu, jeśli
ktoś szukałby jakiegoś porównania. Cały pokój był urządzony skromnie i ubogo. Brakowało
tu różnorakich trofeów porozwieszanych na ścianach, takich, jakie znajdują się w
wyobrażeniach przeciętnego człowieka na temat wystroju wnętrza domu stojącego w środku
lasu. Był za to stół stojący pod oknem oraz stare jak świat i niemiłosiernie wygniecione
łóżko. Drugą część pokoju stanowiła prowizoryczna kuchnia, która sprawiała wrażenie
conajmniej niedokończonej lub niekompletnej. Na pierwszy rzut oka nie dało się w niej
nic zrobić z powodu braku podstawowych sprzętów. Lan zdawała się jednak doskonale
w tej sytuacji radzić. Właśnie przygotowywała, sądząc po porze dnia, obiad. Zapach
roznoszący się po całej izbie mile łechtał nozdrza i Neil nie mógł się powstrzymać,
by w duchu nie pochwalić dziewczyny za jej kulinarne umiejętności. Zamiast jednak
rozpocząć przerwaną wcześniej konwersację, wyszedł z kuchni przez drugie drzwi. Wszedł
do pokoju, który najwyraźniej spełniał funkcję miniaturowego magazynu. Wszędzie: pod
ścianami, drzwiami i na całej podłodze pełno było różnego sprzętu, w większości o
nieokreślonym zastosowaniu. W rogu stała podniszczona już nieco szafa; jej drzwi
uchylały się samoistnie. Po swojej prawej stronie Neil zobaczył jeszcze jedno wyjście,
które okazało się być wyjściem z domu.
Dokładnie tak, jak mówiła Lan, znajdowali się w środku lasu. Od domu wiodła jedna
ścieżka, która jednak znikała w gęstwinie różnorakich drzew i krzewów kilkadziesiąt
metrów dalej. Przez korony drzew ledwo co widać było nieskazitelnie błękitne niebo.
Sądząc po położeniu słońca trwało właśnie wczesne popołudnie.
Neil wszedł w głąb lasu, szybko jednak zrezygnował i zawrócił w obawie przed zgubieniem
drogi powrotnej. W pobliżu nie było śladu po rzece, w której miał nieprzyjemność
przebudzić się ostatnio. Góry również pozostawały niewidoczne, choć były zapewne gdzieś
niedaleko, gdyż teren wokół roił się od przeróżnych pagórków i wzniesień; na jednym
z nich stała zresztą leśniczówka.
Neil wrócił do kuchni i usiadł na łóżku, które pod wpływem jego ciężaru zatrzeszczało
głośno. Rozglądał się bez celu po izbie przez kilka chwil, aż w końcu jego wzrok zatrzymał
się na dziewczynie przygotowującej posiłek. Lan miała na sobie prawie identyczną jak on
koszulę oraz ciemną spódnicę z wielką, kwadratową, ciemnozieloną łatą przyszytą u dołu.
Ubranie to było już nieco przybrudzone, właścicielka jednak zdawała się tym nie
przejmować. Miała niezłą figurę, to musiał jej przyznać, choć luźna koszula ukrywała
częściowo ten fakt. Jej długie włosy opadały równo na plecy... W tym miejscu Neil
zatrzymał się, nie wierząc własnym oczom. Włosy Lan były koloru srebrnego. Światło
słoneczne zdawało odbijać się od nich, sprawiając dodatkowe wrażenie połysku. Może nie
byłoby to jeszcze takie dziwne, choć Neil w swoim życiu jedynie słyszał opowieści o
srebrnowłosych ludziach, gdyby nie to, że jeszcze przed chwilą, był tego pewien, były
normalnego, ciemnobrązowego koloru. Siedział tak jeszcze wpatrując się w jej włosy
przez parę chwil, dopóki Lan nie poczuła jego wzroku na sobie. Odwróciła się więc
i zapytała:
- O co chodzi?
- Twoje włosy...
- Coś z nimi nie tak? ...Ach, już rozumiem. Zmieniły kolor, prawda? - zapytała się,
jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
- Tak jakby... Tak mi się wydaje... - Neil wciąż nie był pewien tego, co widzi.
- Nic na to nie poradzę - odpowiedziała Lan. - Same zmieniają kolor, kiedy chcą.
Wiesz, trochę może denerwować wytykanie palcami przez ludzi, kiedy idziesz co tydzień
do miasta.
- Dlatego mieszkasz tu sama?
- Nie, po prostu tak się ułożyło. Wiesz, dobrze mi się tu mieszka. Mam nadzieję, że
ci się tu spodoba.
- Jak to? - zapytał Neil.
- Jak to: jak to? Chcesz powiedzieć, że nie zostajesz na dłużej? Nie ma mowy, zabawisz
tu przez jakiś czas. Wiesz, przez trzy dni nie było z tobą żadnego kontaktu. Już czujesz
się na siłach, żeby opuścić to miejsce?
- A ile jest stąd do tego miasta, o którym mówiłaś? - Neil zmienił temat.
- Niech pomyślę... - w obliczeniach Lan najwyraźniej nie była najlepsza. Po chwili
namysłu odpowiedziała: - Wiesz, nie wiem. W każdym razie w tą i z powrotem idzie się
mniej więcej dzień.
A to niespodzianka, pomyślał Neil. Najpierw mówi, że przyniosła mnie tu znad rzeki,
mimo że nigdzie w pobliżu żadnej nie ma, a potem twierdzi, że co tydzień robi sobie
całodzienny spacerek. A wygląda na taką wątłą osobę...
- Jak nazywa się to miasto? - zapytał.
Dziewczyna zamyśliła się, po czym szybko odparła:
- Nie wiem.
- Jak możesz tego nie wiedzieć? - Neil nie wytrzymał. - Chodzisz tam przecież co
tydzień! Zresztą, czego ja chcę? Przecież nawet nie wiesz, gdzie dokładnie mieszkasz!
- Och, daj spokój - Lan obruszyła się. - Nie jest mi to potrzebne. Wiem, jak tam
trafić, i to mi wystarczy. Poza tym, wiesz, nie mam pamięci do nazw. A skoro już przy
tym jesteśmy, to skąd wziąłeś się w tej rzece?
Neil już miał odpowiedzieć, gdy nagle zdał sobie sprawę, że nie ma zielonego pojęcia.
Na próżno usiłował sobie przypomnieć cokolwiek sprzed przebudzenia w górskiej rzece.
Jego wspomnienia rozpoczynały się dopiero od tamtego momentu. Pamiętał co prawda, kim
jest, gdzie i kiedy się urodził, ale nie zachowały się w jego mózgu żadne obrazy
z przeszłości. Była tam zamiast tego jedna wielka czarna dziura. Neil długo zwlekał
z odpowiedzią, więc to Lan przerwała milczenie.
- Widzisz, każdy ma prawo czegoś nie pamiętać - powiedziała, jakby wiedziała, co
myślał, po czym dokończyła z uśmiechem na ustach: - Nie martw się, pewnie kiedyś sobie
przypomnisz.
Z tymi słowami wróciła do przygotowywania posiłku.
* * *
Dzień miał się już ku końcowi. Słońce skrywało się już powoli za pobliskimi wzgórzami.
Niebo nabierało charakterystycznej barwy; chmury zaś, obecne jeszcze pół godziny temu,
rozpłynęły się gdzieś, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. Wiał przyjemny, chłodny
wiatr, który uprzyjemniał podróż przez tą piękną okolicę. Dolina Harras, leżąca
na południe od Vaeille, stanowiła natchnienie dla wielu, nie tylko tutejszych, poetów.
Teren ten okalały wysokie, zielone wzgórza. W dali, po obu stronach doliny, majaczyły
dwa masywy górskie, stanowiące naturalną granicę dla całego rejonu, a tym samym południowej
części państwa. Sama dolina to plątanina odnóg rzeki Rammafer, przecinająca wszechobecne,
gęste lasy. Gdzieniegdzie, niczym jakaś wielka polana wśród drzew, znajdowała się
niewielka wieś. Dolinę zamieszkiwało niewielu ludzi, a wspomniane już wsie dzieliło często
nawet kilkanaście kilometrów. Dlatego też wzdłuż całego tego obszaru biegła tylko jedna
droga, prawdopodobnie bardziej dla zachowania przyzwoitości niż łączności pomiędzy
poszczególnymi siedliskami ludzkimi. Dzięki temu dolina Harras zachowywała wciąż swój
dziki charakter. Stąd pochodziły słynne na cały świat obrazy: wąska rzeka, o krystalicznie
czystej wodzie, płynąca wśród rosnących wokół starych i młodych drzew; promienie światła,
które zdołały przebić przez gęstwę liści i gałęzi, odbijające się od wody i tworzące
niesamowitą grę świateł. Tylko najwięksi mistrzowie potrafili choć w przybliżeniu oddać
piękno tego widoku. Obecność ludzi w takim miejscu była czymś zupełnie nienaturalnym.
Ludzie jednak rzadko kiedy zdawali sobie z tego sprawę i zapuszczali się czasem w takie
miejsca, często po prostu przechodząc obok i podążając w jakimś kierunku. Taka sytuacja
miała właśnie teraz miejsce.
Dwie osoby przechodziły w tym momencie przez płytką, leśną rzeczkę. Nieopodal
znajdowała się wieś, w której kierunku podążali. Byli zmuszeni iść na przełaj, chcąc
skrócić sobie drogę. Na tle odcieni zieleni, jakie dawał las, obie postacie zdecydowanie
się wyróżniały. Jedna z nich ubrana była w grube, ciemnobrunatne szaty, podobne nieco
do tych, które nosili mnisi lub pielgrzymi. Ubranie to było przewiązane w pasie jasnym
sznurem, który jednocześnie stanowił punkt zaczepienia dla zwisającej, pustej obecnie
sakwy. Kaptur zakrywał głowę tak szczelnie, że nawet twarzy nie sposób było dojrzeć. Dłonie
wędrowca skryte były w za długich, luźnych rękawach. Druga osoba nie starała się tak
bardzo ukryć swej tożsamości. Jej ubiór stanowiła kombinacja przeróżnych starych i
obdartych ubrań. Szaro-brązowa od brudu, postrzępiona kamizelka przykrywała coś, co
kiedyś zapewne było koszulą, obecnie jednak ciężko było ją tak nazwać. Brak lewego
rękawa odsłaniał długą, starą już bliznę na ramieniu mężczyzny. Spodniom koloru
jasnoszarego, przechodzącego miejscami w ciemniejsze odcienie, brakowało zakończeń nogawek.
Buty sprawiały fatalne wrażenie: były to szmaty najzwyczajniej związane w kupę. Mimo to
wyglądały z jakiegoś powodu całkiem solidnie. Jedynie zielona czapka nie pasowała do
całego wizerunku - nie była bowiem ani stara, ani obdarta, tylko nieco przybrudzona.
Obaj podróżnicy przekroczyli już rzekę i podążali teraz wąską ścieżką, wydeptaną
zapewne przez mieszkańców pobliskiej wioski. Widząc powoli ciemniejące niebo przyspieszyli
kroku. Nie zdążyli jednak przejść dwustu metrów, gdy ujrzeli trzech ludzi nadchodzących
z naprzeciwka. Na przedzie szła kobieta o długich, brązowych włosach. Miała narzucony na
siebie ciemny płaszcz, zza połów którego wystawała pochwa kryjąca zapewne krótki miecz.
Dwaj mężczyźni idący tuż za nią nosili dwie identyczne lekkie zbroje i dwa takie same
miecze. Budową ciała bardzo byli do siebie podobni. Twarze ich jednak różniły się od
siebie. Jeden mężczyzna był wciąż jeszcze młody, podczas gdy włosy drugiego siwiały już
powoli, a oblicze powoli pokrywało się zmarszczkami. Obecność tej trójki była w takim
miejscu i o takiej porze może nie tyle podejrzana, lecz raczej dziwna. Pomimo tego dwaj
wędrowcy bez zatrzymania podążali w swoim kierunku. Spotkanie było więc nieuniknione.
Po chwili cała piątka stanęła naprzeciw siebie. Chwilę tylko trwało mierzenie się
wzrokiem, po czym jako pierwszy przemówił, jak się okazało, mężczyzna w ciemnobrunatnej
szacie pielgrzyma:
- Przepraszam, że przeszkodzę, ale czy nie widzieliście może tych dwóch ludzi? - zapytał
wyjmując gdzieś z głebi swego ubioru zwój papieru. Widniały na niej narysowane naprędce
dwa portrety. Nie grzeszyły starannością, lecz uzwględniały wszelkie istotne detale jak
rysy twarzy czy znaki charakterystyczne. Rysunki takie były od jakiegoś czasu popularnym
dodatkiem do listów gończych i nosiły nazwę portretów pamięciowych.
Kobieta wzięła zwój, obejrzała go dokładnie i podała swoim towarzyszom. Młodszemu
z nich na widok jednego z portretów drgnęły usta, nic jednak nie powiedział i oddał
papier dwóm wędrowcom.
- Nie, nie widzieliśmy ich, choć twarze są znajome - odpowiedziała kobieta. - Nie
tylko wy ich szukacie.
Mężczyzna w obdartych ubraniach spoglądał na młodszego ze zbrojnych, kiedy jego
towarzysz odpowiadał:
- Faktycznie, w całym kraju aż roi się od żołnierzy poszukujących tej dwójki. Po
śmierci króla zapanował chaos. Już chyba tylko ta dolina jest od niego wolna, ale to
kwestia dni, jeśli nie godzin, kiedy Harras upodobni się do okolic ją okalających.
Całe państwo chyli się ku upadkowi...
- Nie - przerwała kobieta. - Ono już upadło. - Po chwili ciszy zmieniła temat: - Czy
mogę wiedzieć, czemu ich szukacie? Nie wyglądacie na żołnierzy...
- Rzeczywiście, nie wyglądamy - uciął mężczyzna w łachmanach ze śladem cynicznego
uśmiechu na ustach. - I nie życzylibyśmy sobie ujawniać naszych celów. Przepraszamy za
zajęty czas i żegnamy. - Z tymi słowami minął trójkę ludzi stojących na drodze i wraz
z towarzyszem udał się w kierunku wsi. Słońce, które jeszcze niedawno świeciło im w twarz,
schowało się już całkowicie za wzgórzami widocznymi gnieniegdzie pomiędzy drzewami.
Kończył się kolejny dzień w dolinie Harras.
Scooter Fox
scooter_fox@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|