Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Scooter Fox ::::

Vaeille
część pierwsza



Dwie postacie biegły wąskim i krętym, słabo oświetlonym tunelem. Obie zdawały się doskonale znać rozkład dróg i pomimo wielu ostrych zakrętów i licznych rozwidleń bezbłędnie dążyły we wcześniej wyznaczonym kierunku. Spieszyły się przy tym wielce, gdyż jakieś kilkanaście metrów dalej podążała za nimi całkiem liczna grupa nieprzyjaźnie nastawionych ludzi, a ściślej mówiąc królewskich gwardzistów. Co chwilę jeden z biegnących na przedzie mężczyzn oglądał się nerwowo za siebie na ułamek sekundy, by w odpowiednim momencie zwrócić wzrok z powrotem przed siebie i zauważyć kolejny zakręt w tunelu. Ucieczka ta trwała już dobre kilka minut, jednak żadna ze stron pościgu starała się nie zwalniać tempa, doskonale zdając sobie sprawę z konsekwencji, jakie pociągnęłaby za sobą taka decyzja.
W pewnym momencie uciekający minęli mocno już nadwyrężony filar podtrzymujący sklepienie. Filar był w gruncie rzeczy grubym, byle jak ukształtowanym kawałem drewna; takich jak ten było bardzo wiele w całym tunelu. Do niektórych przymocowane były, na zasadzie "jak się coś spali, nic się nie stanie", pochodnie mające na celu oświetlenie zatopionych w nieprzeniknionych ciemnościach ścian skalnych. Teraz jednak były zgaszone, a wyglądały tak, jakby nigdy nie były zapalane.
Jeden z uciekających zdecydował się na ryzyko. Zatrzymał się tuż za ledwo trzymającym się filarem i kopnął w niego z całych sił, natychmiast po tym kontynuując ucieczkę. Sklepienie tunelu zatrzęsło się, a pył i niewielkie kawałki skalne zaczęły spadać na i tak już nierówne podłoże. Gwardziści, kierowani zdrowym rozsądkiem oraz typowym, mającym na celu zachowanie życia, odruchem warunkowym, zatrzymali się tuż przed zniszczonym filarem wpatrując się z niepokojem w ruchomy strop. Gdy jednak w ciągu kolejnych sekund ten nie miał wcale ochoty zwalić się na ich głowy, ruszyli dalej w pościg. Zdążyli już jednak stracić trochę dystansu, co przy takiej gęstwinie rozwidleń i ślepych korytarzy w tym podziemnym przejściu zdawało się być już nie do nadrobienia. Pościg był mimo to kontynuowany.
Kolejna minuta upłynęła, a uciekający mężczyźni zaczęli odczuwać w płucach i nogach przebytą trasę. Wiedzieli jednak, że zbliżają się do końca tunelu. Lada chwila mieli ujrzeć ukryte w skale drzwi prowadzące na zewnątrz. Ale po chwili nadzieja ich prysła jak bańka mydlana, gdy zobaczyli kolejne rozwidlenie. Minęli po drodze takich już co najmniej kilkanaście, ale nie spodziewali się go tutaj. Innymi słowy, nie znali dalszej drogi. Zatrzymali się, patrząc na dwie zionące czernią tunele. Mieli bardzo mało czasu na jakiekolwiek konsultacje. Zastanawiali się tylko przez chwilę. Wyższy z dwójki wskazał bez słowa najpierw na swego towarzysza, a potem tunel po swojej prawej stronie. Odpowiedziało mu wśród ciszy skinienie głowy. Po chwili na rozwidleniu nie było już nikogo, a po kilkunastu sekundach do tego samego miejsca dotarli gwardziści, jednomyślnie kierując się w lewą stronę. Uciekający biegli teraz oddzielnie.

* * *

Błysk światła. Oślepiający, na szczęście tylko na kilka sekund. ...co to? Zamiast ciemności jest jasność, jasność błękitu, błękitu nieba. Podłoże to mgła, nieprzenikniona, jasna mgła, niezwykła, nie szara, lecz śnieżnobiała. Pod wpływem wpatrujących się weń oczu rozstępuje się jednak, ujawniając wszechobecny błękit. Piękne niebo, niczym w środku dnia, choć nigdzie nie widać słońca... Nagle mgła gęstnieje, tworząc wpierw nieregularny, przybierający jednak powoli formę, kształt. Przybiera formę ludzką, zmieniając się następnie w człowieka. Nie sposób jednak go dojrzeć, ocenić wzrokiem, gdyż jest jednocześnie widoczny i niewidoczny. Widać go, jednak nie daje się opisać używając słów. Człowiek ten po prostu tam jest, jakby swoją obecnością jednocześnie zasłaniał samego siebie, tworząc w wyobraźni obserwatora nic ponad cień, kontur swej postaci. Wyłoniwszy się już z mgły, wciąż nie pokazując swojego oblicza, stoi nieruchomo przez chwilę, następnie zmierza powoli w twoim kierunku, wyciągając do ciebie rękę...

* * *

Pobudka nastąpiła w bardzo niemiłych okolicznościach. Zamiast ciepłego, wygodnego łóżka mężczyzna znajdował się w zimnej wodzie. Dokładniej rzecz biorąc, w rzece o rwącym nurcie. Mężczyzna rozejrzał się szybko na tyle, na ile jego sytuacja i położenie mu pozwalało, by stwierdzić, że znajduje się gdzieś w górach. W których, ciężko mu było ocenić, tym bardziej iż chwilowo miał ważniejsze sprawy, z wydostaniem się z rzeki na czele, na głowie. Szybko uzmysłowił sobie, że górskie rzeki mają to do siebie, że na ich drodze często stają sporych rozmiarów kamienie, o wodospadach już nie wspominając. A taki właśnie jeden znajdował się niedaleko. Nie było go jeszcze widać, ale zdecydowanie było go słychać. Nie mając ochoty podziwiać jego piękna z tak bliskiej odległości, mężczyzna nerwowo spojrzał na brzegi dość wąskiej zresztą rzeki. Miał szczęście. Kilkanaście metrów przed nim tuż nad wodą zwisała gałąź rosnącego nad samą rzeką drzewa. Nie namyślając się wiele wyciągnął rękę i chwycił przysłowiową ostatnią deskę ratunku. Po niecałej minucie zmagań z nurtem rzeki i zmęczeniem własnych mięśni niedoszły topielec był już na brzegu. Tutaj legł i zasnął od razu.
Spał długo; tak przynajmniej mu się zdawało. Kiedy w końcu obudził się, zamiast na kamienistym brzegu rzeki leżał na wygodnym łóżku z czystą, białą pościelą. Nad sobą miał wyglądający na całkiem solidny drewniany dach zamiast liści drzew i błękitnego nieba pokrytego obłokami. Mężczyzna nie miał pojęcia, jak się tu znalazł, ale zmiana ta z miejsca przypadła mu do gustu. Rozejrzał się więc dookoła siebie. Łóżko okazało się stać przy ścianie równie drewnianej jak sufit. Izba, w której stało, była mała, żeby nie powiedzieć klaustrofobiczna. Dość wspomnieć, że poza łóżkiem znajdował się tu tylko niewielki stolik, na którym stała wypalona do połowy świeca. Resztę przestrzeni pokoju zostawiono na wąskie przejście do drzwi, które znajdowały się na przeciwległej do łóżka ścianie. Okien w izbie nie było, jednak mężczyzna miał wrażenie, że wciąż jest dzień. Dalsze rozmyślania przerwało mu głośne skrzypnięcie otwieranych drzwi, w których ukazała się młoda dziewczyna. Widząc, że jej gość już nie śpi, powitała go z uśmiechem na ustach. Mężczyzna z braku innych możliwości konwersacji odpowiedział tym samym, pytając przy okazji:
- Gdzie ja jestem?
- W moim domu - na standardowe pytanie padła równie standardowa odpowiedź.
- To znaczy?
- Ten dom był kiedyś siedzibą tutejszego leśnika, lecz kiedy... - tu dziewczyna na sekundę zawiesiła głos - ...umarł, ja tu zamieszkałam. Jesteśmy w środku lasu.
- Jakiego lasu?
Dziewczyna najpierw spojrzała na niego pytająco, a potem przez chwilę zdawała się szukać czegoś w pamięci. Najwyraźniej jednak tego nie znalazła, gdyż odpowiedziała:
- Och, czy to ważne? Po prostu w środku lasu.
Zapadła niezręczna cisza. Mężczyzna skorzystał z tego faktu i rozejrzał się jeszcze raz po izbie. Intrygowała go między innymi sprawa jego ubrania, gdyż, jak zdążył już zauważyć, leżał całkowicie nagi. Nie zobaczył jednak wśród czterech solidnych, drewnianych ścian niczego, czego nie ujrzał za pierwszym razem. Dziewczyna tym czasem wpatrywała się w niego wciąż się uśmiechając.
- O czym ja myślę? - powiedziała na wpół do siebie. - Nazywam się Lan. Jak ty masz na imię?
- Neil - odpowiedział możliwie najkrócej.
- Dziwne imię. Chyba nie pochodzisz z tych stron? - zapytała, po czym nie czekając na odpowiedź kontynuowała. - Dobrze, że w końcu się obudziłeś. Wiesz, odkąd cię tu przyniosłam, upłynęły trzy dni. Wiesz, zaczęłam się już poważnie martwić o ciebie.
- Co z moim ubraniem? - przerwał jej.
- Nie ma go tu? Przepraszam. Twoje do niczego się już nie nadawało, więc je spaliłam. Poczekaj chwilę, mam tu gdzieś jakieś inne. Leśnik zostawił tu swoje, a był chyba podobnego do ciebie wzrostu. Wiesz, nie miał rodziny i nikt się o jego rzeczy nie upomniał... Nieważne, pogadamy później, najpierw ubierz się. - Z tymi słowami wyszła z pokoju, by wrócić po chwili z paroma rzeczami. Położyła je na stoliku, uśmiechnęła się raz jeszcze i opuściła izbę zamykając za sobą drzwi.
Neil spojrzał na ubranie leżące na stoliku. Nie przejmował się specjalnie jego wyglądem - jasna koszula w ciemną kratkę i stare, wytarte już nieco spodnie były bowiem nieco za duże; dało się je jednak nosić. Kiedy Neil ubrał się już, otworzył drzwi i wszedł do przyległej izby. Izba ta okazała się być połączeniem kuchni i salonu, jeśli ktoś szukałby jakiegoś porównania. Cały pokój był urządzony skromnie i ubogo. Brakowało tu różnorakich trofeów porozwieszanych na ścianach, takich, jakie znajdują się w wyobrażeniach przeciętnego człowieka na temat wystroju wnętrza domu stojącego w środku lasu. Był za to stół stojący pod oknem oraz stare jak świat i niemiłosiernie wygniecione łóżko. Drugą część pokoju stanowiła prowizoryczna kuchnia, która sprawiała wrażenie conajmniej niedokończonej lub niekompletnej. Na pierwszy rzut oka nie dało się w niej nic zrobić z powodu braku podstawowych sprzętów. Lan zdawała się jednak doskonale w tej sytuacji radzić. Właśnie przygotowywała, sądząc po porze dnia, obiad. Zapach roznoszący się po całej izbie mile łechtał nozdrza i Neil nie mógł się powstrzymać, by w duchu nie pochwalić dziewczyny za jej kulinarne umiejętności. Zamiast jednak rozpocząć przerwaną wcześniej konwersację, wyszedł z kuchni przez drugie drzwi. Wszedł do pokoju, który najwyraźniej spełniał funkcję miniaturowego magazynu. Wszędzie: pod ścianami, drzwiami i na całej podłodze pełno było różnego sprzętu, w większości o nieokreślonym zastosowaniu. W rogu stała podniszczona już nieco szafa; jej drzwi uchylały się samoistnie. Po swojej prawej stronie Neil zobaczył jeszcze jedno wyjście, które okazało się być wyjściem z domu.
Dokładnie tak, jak mówiła Lan, znajdowali się w środku lasu. Od domu wiodła jedna ścieżka, która jednak znikała w gęstwinie różnorakich drzew i krzewów kilkadziesiąt metrów dalej. Przez korony drzew ledwo co widać było nieskazitelnie błękitne niebo. Sądząc po położeniu słońca trwało właśnie wczesne popołudnie. Neil wszedł w głąb lasu, szybko jednak zrezygnował i zawrócił w obawie przed zgubieniem drogi powrotnej. W pobliżu nie było śladu po rzece, w której miał nieprzyjemność przebudzić się ostatnio. Góry również pozostawały niewidoczne, choć były zapewne gdzieś niedaleko, gdyż teren wokół roił się od przeróżnych pagórków i wzniesień; na jednym z nich stała zresztą leśniczówka.
Neil wrócił do kuchni i usiadł na łóżku, które pod wpływem jego ciężaru zatrzeszczało głośno. Rozglądał się bez celu po izbie przez kilka chwil, aż w końcu jego wzrok zatrzymał się na dziewczynie przygotowującej posiłek. Lan miała na sobie prawie identyczną jak on koszulę oraz ciemną spódnicę z wielką, kwadratową, ciemnozieloną łatą przyszytą u dołu. Ubranie to było już nieco przybrudzone, właścicielka jednak zdawała się tym nie przejmować. Miała niezłą figurę, to musiał jej przyznać, choć luźna koszula ukrywała częściowo ten fakt. Jej długie włosy opadały równo na plecy... W tym miejscu Neil zatrzymał się, nie wierząc własnym oczom. Włosy Lan były koloru srebrnego. Światło słoneczne zdawało odbijać się od nich, sprawiając dodatkowe wrażenie połysku. Może nie byłoby to jeszcze takie dziwne, choć Neil w swoim życiu jedynie słyszał opowieści o srebrnowłosych ludziach, gdyby nie to, że jeszcze przed chwilą, był tego pewien, były normalnego, ciemnobrązowego koloru. Siedział tak jeszcze wpatrując się w jej włosy przez parę chwil, dopóki Lan nie poczuła jego wzroku na sobie. Odwróciła się więc i zapytała:
- O co chodzi?
- Twoje włosy...
- Coś z nimi nie tak? ...Ach, już rozumiem. Zmieniły kolor, prawda? - zapytała się, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
- Tak jakby... Tak mi się wydaje... - Neil wciąż nie był pewien tego, co widzi.
- Nic na to nie poradzę - odpowiedziała Lan. - Same zmieniają kolor, kiedy chcą. Wiesz, trochę może denerwować wytykanie palcami przez ludzi, kiedy idziesz co tydzień do miasta.
- Dlatego mieszkasz tu sama?
- Nie, po prostu tak się ułożyło. Wiesz, dobrze mi się tu mieszka. Mam nadzieję, że ci się tu spodoba.
- Jak to? - zapytał Neil.
- Jak to: jak to? Chcesz powiedzieć, że nie zostajesz na dłużej? Nie ma mowy, zabawisz tu przez jakiś czas. Wiesz, przez trzy dni nie było z tobą żadnego kontaktu. Już czujesz się na siłach, żeby opuścić to miejsce?
- A ile jest stąd do tego miasta, o którym mówiłaś? - Neil zmienił temat.
- Niech pomyślę... - w obliczeniach Lan najwyraźniej nie była najlepsza. Po chwili namysłu odpowiedziała: - Wiesz, nie wiem. W każdym razie w tą i z powrotem idzie się mniej więcej dzień.
A to niespodzianka, pomyślał Neil. Najpierw mówi, że przyniosła mnie tu znad rzeki, mimo że nigdzie w pobliżu żadnej nie ma, a potem twierdzi, że co tydzień robi sobie całodzienny spacerek. A wygląda na taką wątłą osobę...
- Jak nazywa się to miasto? - zapytał.
Dziewczyna zamyśliła się, po czym szybko odparła:
- Nie wiem.
- Jak możesz tego nie wiedzieć? - Neil nie wytrzymał. - Chodzisz tam przecież co tydzień! Zresztą, czego ja chcę? Przecież nawet nie wiesz, gdzie dokładnie mieszkasz!
- Och, daj spokój - Lan obruszyła się. - Nie jest mi to potrzebne. Wiem, jak tam trafić, i to mi wystarczy. Poza tym, wiesz, nie mam pamięci do nazw. A skoro już przy tym jesteśmy, to skąd wziąłeś się w tej rzece?
Neil już miał odpowiedzieć, gdy nagle zdał sobie sprawę, że nie ma zielonego pojęcia. Na próżno usiłował sobie przypomnieć cokolwiek sprzed przebudzenia w górskiej rzece. Jego wspomnienia rozpoczynały się dopiero od tamtego momentu. Pamiętał co prawda, kim jest, gdzie i kiedy się urodził, ale nie zachowały się w jego mózgu żadne obrazy z przeszłości. Była tam zamiast tego jedna wielka czarna dziura. Neil długo zwlekał z odpowiedzią, więc to Lan przerwała milczenie.
- Widzisz, każdy ma prawo czegoś nie pamiętać - powiedziała, jakby wiedziała, co myślał, po czym dokończyła z uśmiechem na ustach: - Nie martw się, pewnie kiedyś sobie przypomnisz.
Z tymi słowami wróciła do przygotowywania posiłku.

* * *

Dzień miał się już ku końcowi. Słońce skrywało się już powoli za pobliskimi wzgórzami. Niebo nabierało charakterystycznej barwy; chmury zaś, obecne jeszcze pół godziny temu, rozpłynęły się gdzieś, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. Wiał przyjemny, chłodny wiatr, który uprzyjemniał podróż przez tą piękną okolicę. Dolina Harras, leżąca na południe od Vaeille, stanowiła natchnienie dla wielu, nie tylko tutejszych, poetów. Teren ten okalały wysokie, zielone wzgórza. W dali, po obu stronach doliny, majaczyły dwa masywy górskie, stanowiące naturalną granicę dla całego rejonu, a tym samym południowej części państwa. Sama dolina to plątanina odnóg rzeki Rammafer, przecinająca wszechobecne, gęste lasy. Gdzieniegdzie, niczym jakaś wielka polana wśród drzew, znajdowała się niewielka wieś. Dolinę zamieszkiwało niewielu ludzi, a wspomniane już wsie dzieliło często nawet kilkanaście kilometrów. Dlatego też wzdłuż całego tego obszaru biegła tylko jedna droga, prawdopodobnie bardziej dla zachowania przyzwoitości niż łączności pomiędzy poszczególnymi siedliskami ludzkimi. Dzięki temu dolina Harras zachowywała wciąż swój dziki charakter. Stąd pochodziły słynne na cały świat obrazy: wąska rzeka, o krystalicznie czystej wodzie, płynąca wśród rosnących wokół starych i młodych drzew; promienie światła, które zdołały przebić przez gęstwę liści i gałęzi, odbijające się od wody i tworzące niesamowitą grę świateł. Tylko najwięksi mistrzowie potrafili choć w przybliżeniu oddać piękno tego widoku. Obecność ludzi w takim miejscu była czymś zupełnie nienaturalnym. Ludzie jednak rzadko kiedy zdawali sobie z tego sprawę i zapuszczali się czasem w takie miejsca, często po prostu przechodząc obok i podążając w jakimś kierunku. Taka sytuacja miała właśnie teraz miejsce.
Dwie osoby przechodziły w tym momencie przez płytką, leśną rzeczkę. Nieopodal znajdowała się wieś, w której kierunku podążali. Byli zmuszeni iść na przełaj, chcąc skrócić sobie drogę. Na tle odcieni zieleni, jakie dawał las, obie postacie zdecydowanie się wyróżniały. Jedna z nich ubrana była w grube, ciemnobrunatne szaty, podobne nieco do tych, które nosili mnisi lub pielgrzymi. Ubranie to było przewiązane w pasie jasnym sznurem, który jednocześnie stanowił punkt zaczepienia dla zwisającej, pustej obecnie sakwy. Kaptur zakrywał głowę tak szczelnie, że nawet twarzy nie sposób było dojrzeć. Dłonie wędrowca skryte były w za długich, luźnych rękawach. Druga osoba nie starała się tak bardzo ukryć swej tożsamości. Jej ubiór stanowiła kombinacja przeróżnych starych i obdartych ubrań. Szaro-brązowa od brudu, postrzępiona kamizelka przykrywała coś, co kiedyś zapewne było koszulą, obecnie jednak ciężko było ją tak nazwać. Brak lewego rękawa odsłaniał długą, starą już bliznę na ramieniu mężczyzny. Spodniom koloru jasnoszarego, przechodzącego miejscami w ciemniejsze odcienie, brakowało zakończeń nogawek. Buty sprawiały fatalne wrażenie: były to szmaty najzwyczajniej związane w kupę. Mimo to wyglądały z jakiegoś powodu całkiem solidnie. Jedynie zielona czapka nie pasowała do całego wizerunku - nie była bowiem ani stara, ani obdarta, tylko nieco przybrudzona. Obaj podróżnicy przekroczyli już rzekę i podążali teraz wąską ścieżką, wydeptaną zapewne przez mieszkańców pobliskiej wioski. Widząc powoli ciemniejące niebo przyspieszyli kroku. Nie zdążyli jednak przejść dwustu metrów, gdy ujrzeli trzech ludzi nadchodzących z naprzeciwka. Na przedzie szła kobieta o długich, brązowych włosach. Miała narzucony na siebie ciemny płaszcz, zza połów którego wystawała pochwa kryjąca zapewne krótki miecz. Dwaj mężczyźni idący tuż za nią nosili dwie identyczne lekkie zbroje i dwa takie same miecze. Budową ciała bardzo byli do siebie podobni. Twarze ich jednak różniły się od siebie. Jeden mężczyzna był wciąż jeszcze młody, podczas gdy włosy drugiego siwiały już powoli, a oblicze powoli pokrywało się zmarszczkami. Obecność tej trójki była w takim miejscu i o takiej porze może nie tyle podejrzana, lecz raczej dziwna. Pomimo tego dwaj wędrowcy bez zatrzymania podążali w swoim kierunku. Spotkanie było więc nieuniknione. Po chwili cała piątka stanęła naprzeciw siebie. Chwilę tylko trwało mierzenie się wzrokiem, po czym jako pierwszy przemówił, jak się okazało, mężczyzna w ciemnobrunatnej szacie pielgrzyma:
- Przepraszam, że przeszkodzę, ale czy nie widzieliście może tych dwóch ludzi? - zapytał wyjmując gdzieś z głebi swego ubioru zwój papieru. Widniały na niej narysowane naprędce dwa portrety. Nie grzeszyły starannością, lecz uzwględniały wszelkie istotne detale jak rysy twarzy czy znaki charakterystyczne. Rysunki takie były od jakiegoś czasu popularnym dodatkiem do listów gończych i nosiły nazwę portretów pamięciowych. Kobieta wzięła zwój, obejrzała go dokładnie i podała swoim towarzyszom. Młodszemu z nich na widok jednego z portretów drgnęły usta, nic jednak nie powiedział i oddał papier dwóm wędrowcom.
- Nie, nie widzieliśmy ich, choć twarze są znajome - odpowiedziała kobieta. - Nie tylko wy ich szukacie.
Mężczyzna w obdartych ubraniach spoglądał na młodszego ze zbrojnych, kiedy jego towarzysz odpowiadał:
- Faktycznie, w całym kraju aż roi się od żołnierzy poszukujących tej dwójki. Po śmierci króla zapanował chaos. Już chyba tylko ta dolina jest od niego wolna, ale to kwestia dni, jeśli nie godzin, kiedy Harras upodobni się do okolic ją okalających. Całe państwo chyli się ku upadkowi...
- Nie - przerwała kobieta. - Ono już upadło. - Po chwili ciszy zmieniła temat: - Czy mogę wiedzieć, czemu ich szukacie? Nie wyglądacie na żołnierzy...
- Rzeczywiście, nie wyglądamy - uciął mężczyzna w łachmanach ze śladem cynicznego uśmiechu na ustach. - I nie życzylibyśmy sobie ujawniać naszych celów. Przepraszamy za zajęty czas i żegnamy. - Z tymi słowami minął trójkę ludzi stojących na drodze i wraz z towarzyszem udał się w kierunku wsi. Słońce, które jeszcze niedawno świeciło im w twarz, schowało się już całkowicie za wzgórzami widocznymi gnieniegdzie pomiędzy drzewami. Kończył się kolejny dzień w dolinie Harras.


Scooter Fox

scooter_fox@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||