INRI
"GŁOS W SPRAWIE ZASADNICZEJ"


Gwoli szczerości przyznam uczciwie, że na muzyce to ja się znam raczej pobieżnie.

Pobieżnie, bowiem ciągle a nieustannie mieszają mi się muzyczne gatunki. Ot, widac, że po prostu nie jestem w stanie - mimo usilnych starań - odróżnić black thrash power metal od jego death speed gotyckiej odmiany. Nie dostrzegam też jakże istotnej różnicy między ska a oil, a i zatarta pozostaje dla mnie granica między reggae a gangsta.

Słowem: taki ze mnie muzyczny krytyk, jak z kaczego kupra saksofon.

W związku z moja muzyczną indolencją pozostaje mi uczynić, co następuje: zdać się na własny rozum i na swój - jakże spaczony - gust muzyczny. I olewając zdecydowanie muzyczną systematykę napisać krótko i zwięźle, jak gra Inri. Co niniejszym czynię.
Po pierwsze: Inri gra głośno, ale to chyba raczej nie nowość. Po drugie: styl grania tej kapeli jest troszkę - w moim odczuciu - podobny do niemieckiego Guano Apes. Z tym, że wokal jest zdecydowanie inny. Bo męski jest i bardziej melodyjny. Tym niemniej, jeśliby spojrzeć na samą muzykę, to porównanie jest chyba jak najbardziej na miejscu.

Kawałki na płycie są całkiem przyjemne i nagrody godne, choć nie mogę powiedzieć, by powaliły mnie na kolana. Po prostu, coś zbliżonego już słuchać mi się zdarzało, a dwa razy pod rząd czymś zbliżonym powalić się nie dam. No, chyba, że Blind Guardian'em, który zwykł powalać mnie raz za razem, permanentnie i z niezmienną siłą.

Ale wróćmy do Inri. Inri to - jak kiedyś powiedziała jedna z moich nieocenionych koleżanek - zespół koncertowy. By poznać jego siłę, moc wioseł i bębnów, zwyczajnie trzeba je usłyszeć na żywo. Płyta bowiem - tak jak w przypadku wielu innych kapel - nie przenosi enrgii, jaką czuć na koncertach. A że na żywo energia jest, mogę udowodnić. Spuchniętym żebrem i tuzinem siniaków.

Reasumując: jeśli chcecie poznac prawdziwe Inri, idźcie na koncert. I pamiętajcie o nim słuchając tej płyty. Bo że przesłuchać ją warto to sprawa dość oczywista.


© UnionJack