BON JOVI
"THESE DAYS"
Tym razem fanów powitała niespodzianka na okładce: były na niej tylko 4 twarze. Album został nagrany bez basisty, Aleca Johna Susha (został on zastąpiony przez Hugh MacDonalda, który do dziś nie jest liczony jako pełnoprawny członek zespołu).
Nagrania zajęły 11 miesięcy, ale to, czego dokonano w tak krótkim czasie przeszło najśmielsze pojęcie. Publika otrzymała płytę, której nie mógłby się powstydzić żaden artysta. Ten album zbliżony jest bardziej do tomika poezji z muzyką w tle niż do płyty rockowej. Jeżeli tylko mozemy pochwalić się znośną umiejętnością języka angielskiego, z chęcią wsłuchamy się w teksty utworów, które są najróżniejsze. Zasadniczo łączy je tylko jedno: wszystkie są świetne. Jeżeli szukamy dobrej muzyki, jej też tutaj na pewno nie zabraknie. Bądź co bądź, jest to album rockowy. Jest tu i świetne granie perkusji, keyboardu, basu jak i fenomenalne wręcz sola na gitarze.
Płyta zawiera mnóstwo ballad, ciężko natomiast pochwalić się jej jakimiś niesamowicie ostrymi i szybkimi utworami. Album ten nie zawiera materiału na przeboje: tu wszystkie piosenki są na równym poziomie, promieniują nie "chwytliwością", ale szczerością. Bez trudu bedziemy mogli przy nim odpocząć, zrelaksować się. Ta płyta jest do tego stworzona: do dawania radości.
Album zaczyna sie od piosenki "Hey , God". Jest to buntowniczy list otwarty do Boga i zarazem (o ironio !) najostrzejszy kawałek na płycie. Kolejny utwór , "Something for the pain" to drugi już zwrot do Stwórcy. Trzecią i zarazem pierwszą singlową piosenką jest "This ain't a love song". To szczera do bólu ballada, promieniująca niewielką tylko iskierką nadziei. "These days" w krótkim czasie stało sie hymnem zespołu. Piękny utwór, mówiacy o teraźniejszości, zapracowaniu i braku czasu. Kolejna ballada "Lie to me" przywodzi na myśl pierwszego singla. Ona też emanuje gorzkością i bólem. Problemy miłosne w szczególny sposób poruszają "Damned" i "Heart breaking even". Pierwsza śpiewana jest wręcz ze wściekłością, zaś w drugiej ze spokojem wokalista, Jon Bon Jovi wypowiada swoją kwestię (refren ma niewiele wiekszą dynamikę od zwrotek). kolejna piosenka przedstawiająca problemy dzisiejszego świata to "Something for the pain"(tu chodzi akurat o narkotyki). "It's hard" i "Bitter wine" to kolejne (a jakże) ballady. emanuje od nich spokój, wprowadzają w nastrój błogiego spokoju. Na koniec zostawiłem sobie prawdziwa perełkę, bo "My guitar lies bleeding in my arms" właśnie nią jest. Mówi ona o dzisiejszej szarej rzeczywistosci, ale w tym przypadku tekst akurat nie jest najważniejszy. Ta piosenka to prawdziwe arcydzieło pod wzgedem muzycznym. Solo na gitarze w jej trakcie jest tak piękne, iż chciałoby sie słuchać jej bez końca (dodam tylko, iż została ona w szczególny sposób pochwalona przez lidera The Rolling Stones'ów - zgadnijcie kogo:).
Tak więc po przedstawieniu ogólnej treści płyty zajmę się oceną za nią. Choć zarówno i teksty i muzyka są doskonałe, to przecież nie każdy lubi słuchać spokojnych utworów, których jest tu od groma. Problemem w zrozumieniu tego albumu może być też niska znajomość angielskiego (a ona naprawdę się tu przydaje, wierzcie mi). Tak więc fani muzyki o poziom ostrzejszej nie znajdą tu zbyt wiele dobrego dla siebie. Natomiast publika wymagająca od płyty czegos więcej niż wrzasków może jej słuchać bez końca.
Ocena: 9/10
PS. Przepraszam, że tak dużo napisałem, ale o tym albumie krócej nie mogę. Moim zdaniem to arcydzieło.