|
Przygotowania do koncertu
O koncercie Żelaznej Dziewicy dowiedziałem się dokładnie 3 marca około godziny 19. Do dziś pamiętam jak szalałem ze szczęścia, że wreszcie zobaczę moich ulubieńców w akcji. Od razu rozpoczęły się spekulacje dotyczące setlisty oraz wielu innych rzeczy np. ile nowych utworów będzie nam dane do przesłuchania na tym
koncercie. By jeszcze dopełnić tej informacji powiem, że trasa Give Me ED...
'til Im Dead odbywa się z okazji wydania... składanki Edward The Great! Jest to dosyć dziwne, bo zespół dopiero nagrał nowa płytę. Jednak trasa koncertowa do płyty Dance Of Death (premiera ósmego września!) planowana jest na jesieni tego roku. Oczekiwanie na koncert skrócił dwu dniowy pobyt w Polsce pierwszego wokalisty tej brytyjskiej grupy - Paul'a
DiAnno. Jednak po dziewiątym i dziesiątym kwietnia znów głównym priorytetem był wyjazd do katowickiego Spodka. W tym czasie rozpoczęło się w sieci dosyć dużo różnych akcji. Między innymi próba stworzenia w dniu występu przed halą Spodka sceny na której mogłyby się prezentować różne polskie zespoły heavy metalowe. Niestety pomysł ten nie wypalił, a szkoda, bo byłoby to wielkie święto dla rodzimej sceny mocnego grania. Drugą akcją, której co ciekawe byłem inicjatorem było kupno koszulki Polskiej reprezentacji w piłce nożnej dla Steve'a
Harris'a, który jest fanem tego sportu. Całe przedsięwzięcie było przeprowadzone w polskim Fan Klubie
(www.sanktuarium.com).
Rozpoczęcie trasy
Szaleństwo rozpoczęło się 23 maja w La Corunii. Lista utworów zagranych w Hiszpanii wyglądał następująco:
2. The Trooper
3. Die With Your Boots On
4. Wildest Dreams (Nowy utwór)>
5. The Wickerman
6. Brave New World
7. Revelations
8. The Clansman
9. 22 Acacia Avenue
10. Hallowed Be Thy Name
11. Fear of the Dark
12. The Clairvoyant
13. Heaven can Wait
14. Iron Maiden
15. Bring Your Daughter To The Slaughter
16. 2 Minutes To Midnight
17. Run To The Hills
Od początku budził on moje wątpliwości. Co prawda byłem jedną z nielicznych osób, które wtedy na to narzekały, ale rzeczywiście brakowało w nim wielu wspaniałych utworów Aces
High; Flight Of Icarus; Blood Brothers; Children Of The Damned; Prowler;
Futureal, Wasted Years; Wrathchild; Man On The Edge, Powerslave; Afraid To Shoot
Strangers; The Evil That Men Do; Judas Be My Guide, Running Free, ale Iron Maiden jest takim zespołem z którego dyskografi można ułożyć wiele wspaniałych setlistów. Wtedy pozostawało tylko zaufać Steve'owi i jego wesołej kompanii, że wiedzą co robią.
Dni się zbliżały, kolejne koncerty mijały Gijon, Tuluza, Tulon, a koszulka dla Harrisa nie przychodziła, mimo że była zamówiona trzy tygodnie wcześniej. Okazało się, że zawiniły maszyny do nadruku na koszulkach. To opóźnienie spowodowało, że nie wiedziałem jak miałbym dostarczyć prezent do organizatorów koncertu. Kilka telefonów do Odyssey Concerts sprawiło, że wszystkie problemy zostały rozwiązane. Pozostawało tylko czekać... . W między czasie napięcie rosło, atmosfera była coraz gorętsza (temperatura lawy wulkanicznej). Wreszcie w sobotę koncert na festiwalu Download w Donnington i następny koncert za trzy dni w Katowicach. Informacje dotyczące nowej płyty jeszcze podgrzały atmosferę. A sytuacja z koszulką dla Steve'a zaczęła się robić coraz mniej ciekawa. Nie dostałem jej dzień przed koncertem ;/. "I co zrobić?" - myślałem, z pomocą przyszedł mi znajomy z Fan Klubu - Leon, który powiedział mi jak można jeszcze odzyskać paczkę. Problem był w tym, że następnego dnia musiałem iść do szkoły by napisać Vortest przed egazminem z niemieckiego. Prezent na szczęście został odzyskany. Okazało się, że adres był nie pełny i listonosz nie wiedział, gdzie ją dostarczyć i miała być zwrócona do nadawcy. Po napisaniu testu, zbiórka pod moją szkołą.
Przed koncertem
Ja, Kuba, Kazio, Mączek to była nasza ekipa na koncert. Dla żartu zaraz po wejściu do samochodu zapytałem się, czy wszyscy mają bilety... Kaziu zapomiał. Najpierw musieliśmy więc jechać 30 kilometrów w przeciwną stronę, by on wziął swój bilet. Trasa do Katowic przebiegła bez większych emocji. Na drodze widać było wielu fanów
Maiden. Atmosferę koncertu unosiła się nad Spodkiem już na parę kilometrów przed Katowicami. Słychać było już muzykę
Maiden, dobiegającą z samochodowych radioodtwarzaczy. Po zaparkowaniu samochodu i krótkim odświeżeniu się czas było w drogę! Pod halą niestety nie spotkałem już fan klubu, który wszedł już do środka. Za to natkąłem się na wielu znajomych, a nawet na sąsiadów! Po wejściu do hali miałem do załatwienia jeszcze jedną sprawę i już byłem wolny. Musiałem dostarczyć koszulkę do obsługi z
Odyssey'a. Dzięki życzliwości pań tam pracujących, Steve dostał upominek od polskich fanów.
Stray
Po paru chwilach nasza wesoła ekipa (co prawda zawiedziona brakiem piwa), była już na płycie, gdzie za parę chwil miał wystąpić brytyjski support -
Stray. Tam wypatrzył nas mój znajomy +iommi+. Po krótkiej rozmowie, na scenę weszło trzech starszych panów. Spotkałem się z wieloma opiniami na temat ich występu, jednym się podobało innym nie. Ja raczej należę do tych drugich. Przedstawienie było nudne. W pamięci zachowała mi się tylko jedna piosenka "I Believe
It". Niestety zespół ten został pożegnany przez wielu fanów gwizdami. Mimo że ich repertuar nie był bardzo interesujący, to te osoby powinny uszanować to, że muzycy byli zaangarzowani w grę, starali się. Kolejną rzeczą, która mnie wkurzyło było to, że paru debili zaczęło się bawić w przepychanie, ale po jakimś czasie "zabawa" się skończyła.
Iron Maiden
W tym samym czasie techniczni nastrajali instrumenty, sprawdzali czy wszystko ok. Inni odsłaniali kolejne fragmenty scenografii. Wszędzie było wiele obrazów przedstawiających Eddiego - maskotkę zespołu. Ogólnie scenografia wyglądała porządnie, lecz bez jakichś większych fajerwerków. Nagle z głośników poleciał utwór Doctor Doctor zespołu UFO, wszyscy już chyba wiedzieli - zaraz się zacznie! Po chwili światła zaczęły gasnąć. Z głośników poleciał znany wszystkim wstęp z Apokalipsy św. Jana. A to, co się za chwila stało jest dosyć ciężkie do opisania. Maideni wyskakują zza
backstage'u, publika szaleje, wszyscy śpiewają, krzyczą. Niestety to wszystko co zapamiętałem z The Number Of The
Beast, resztę czasu musiałem walczyć o życie, i to dosłownie. Wcześniej wspomniane debile (bo jak inaczej kogoś takiego nazwać) zaczęły znów pchać i to jeszcze bardziej, sam parę razy o mało nie leżałem na płycie. A wstać z niej jest już dosyć ciężko. Sam miałem taką sytuację, że grupa ludzi za mną upadła na ziemię, ja jeszcze walczyłem o utrzymanie się, myślałem, że złapałem równowagę, podaje rękę by pomóc innym wstać, a tu "uderza druga fala" i kolejni ludzie upadają, teraz już na tych leżących. Przecież to trzeba mieć nieźle powalone w bani, by robić takie rzeczy! gdybym spotkał takiego debila, co zaczyna pchać innych na koncercie to nie wiem czy by go w domu poznali! Podobnie było podczas The
Trooper. Niestety z niego prawie nic nie pamiętam, dla mnie była to raczej ucieczka indian przed konkwistadorami niż piosenka o szarży brytyjskiej kawalerii pod Bałakławą w czasie wojny Krymskiej! Razem z moją ekipą i jeszcze kilkoma osobami ewakuowaliśmy się do tylu. Zaledwie kilka metrów, a już dało się spokojnie brać udział w przedstawieniu! Było, co prawda gorzej widać, ale chociaż nie ucierpi na tym nasze zdrowie. Zaraz po Kawalerzyście rozpoczął się Die With Your Boots On. Ja raczej spędziłem czas podczas tej piosenki na odpoczynek. Spodek wtedy szalał. Następny utwór był dużą niespodzianka.
Revelations, co prawda z nieco uciętym wstępem, ale wyszedł bardzo dobrze. Był to odpoczynek dla już zmęczonych, spocony... spoconych, raczej całych mokrych fanów! W Spodku tego dnia było duszno i porno ;) ! Co jakiś czas można było tylko łyknąć świeżego powietrza. Szczęśliwe były zapewne osoby, które były polewane przez ochroniarzy wodą. Piątym utworem tego wieczoru było Hallowed Be Thy
Name. Pierwsza zwrotka została oczywiście chóralnie odśpiewana przez fanów. Szybsza część już raczej przez niewielu. Utwór ten wypadł świetnie, mimo że był on dużym zaskoczeniem na początku
set'u. Wszyscy raczej spodziewali się go pod koniec występu. Po tej wspaniałej balladzie przyszedł czas na o wiele lżejszy tematyką utwór 22 Acacia
Avenue. Co ciekawe nie było podczas niego jakiegoś wielkiego szaleństwa. Po prostu dobrze odegrany utwór, przy takiej samej współpracy z publiką. Następnie zespół zaprezentował nam nową piosenkę Wildest
Dreams. Przed utworem Bruce wygłosił dłuższą mowę. Dotyczyła ona naszych marzeń tego, że każdy powinien dążyć do ich realizacji. Wspomniał też o tym, że Polacy zawsze walczyli, by ich marzenia się spełnili. Kiedy Ironi przyjechali po raz pierwszy do Polski to był to kraj komunistyczny, ale Rosjanie odeszli do Moskwy. Wcześniej jeszcze byli u nas Niemcy, ale oni też wrócili do siebie, bo Polacy są i będą Polakami. Sam utwór wyszedł bardzo dobrze. Ma świetną dwuczęściową solówkę Adriana. Prezentacja Wildest Dreams wyglądała inaczej niż przedstawienie innych piosenek. Zespół stał w miejscu, tak by dobrze słyszeć odsłuchy i nie zepsuć czegoś w utworze. Utwór się skończył fani podziękowali za niego i zaczęło się szaleństwo - The Wicker
Man! Chyba podczas tego utworu była największa reakcja publiczności. Na płycie nie było chyba osoby, która by po prostu sobie stała! Wszyscy skakali, śpiewali refren i chóralne
"oooOOOooo". Wydawało się, że występ na Rock In Rio (gdzie było 250 tysięcy widzów!) to przy tym koncercie to był mały pikuś, małe piwo, bułka z masłem, kaszka z mleczkiem! Wiklinowy wyszedł po prostu niesamowicie. Jest to mój faworyt tamtego wieczoru! Mimo, że był to chyba najbardziej zjechane akustycznie utwór koncertu! To, co się działo z gitarą Adriana przechodziło wszelkie myśli! Wstęp był ciężki do rozczytania, z solówką było już na szczęście lepiej, ale i tak dźwięki gitary H. Się zlewały. Zaraz potem na chwilę oddechu Brave New
World, który był bardzo potrzebny wszystkim - zarówno fanom jak i zespołowi, który tego wieczora po prostu szalał! Dave rzucał gitarą w powietrze, Adrian ciągle biegał, Janick szalał jak zawsze, Nicko robił śmieszne miny, tańczył (brawa za wstęp do
Clansman'a!), Steve był tak żywy jakby był młodszy o te 15-20 lat, a
Bruce... a Bruce to wulkan energii! Co też pokazał w Clansmanie. Jednak przed tym utworem wokalista Ironów rzucił kolejną ciekawą gadkę. Mówił, że filmy takie jak Braveheart i Rob Roy nie były inspiracją przy tworzeniu tej piosenki, ale postać szkockiego bohatera narodowego Williama
Wallace'a.
Następnie kolejna niespodzianka (oczywiście dla tych, co nie znali
setlisty) - The Clairvoyant, podczas którego pokazał się trzymetrowy
Eddie! Wyglądał trochę śmiesznie, ale co tam! Kolejny ut wór i kolejna niespodzianka - Heaven Can
Wait! Tradycyjnie już podczas tego utworu chóralne "ooooOOOOOoooo" wykonywali fani. Utwór wyszedł niesamowicie, genialnie, widać było, że zarówno publiczność jak i zespół się dobrze bawili! Po odśpiewaniu sławnego
"ooooOOOOOoooo" zdarzyła się bardzo ciekawa sytuacja. Jeden z fanów na scenie zrobił fotkę
Harrisowi. Sytuację zobaczył Bruce, który kazał oddać mu aparat fotograficzny. Fan ciut się speszył, bał się, że Dickinson zabierze mu aparat. Wokalista wziął aparat, obejrzał go dokładnie, kazał odsunąć się zestresowanemu fanowi na środek sceny i... zrobił mu fotkę, a potem oddał aparat! Akcja trwała kilka sekund, ale na pewno pozostanie w pamięci wielu, a szczególnie tego szczęśliwca! Niestety skończył się ten utwór, ale na pocieszenie zaraz Bruce stanął na rampie nad
Nicko, wszystkie światła zgasły, zostało tylko jedno, które oświecało właśnie
Dickinsona. Wiadomo było, co zaraz panowie nam zaoferują! Fear Of The
Dark, bo to o niego chodzi wypadł genialnie, tak jak w przypadku Wicker Mana można porównywać to co się działo w Spodku do tego co było na Rock In Rio! Zaraz po tym utworze klasyk kończący zasadniczą część koncertu - Iron
Maiden. Tradycyjnie podczas piosenki pojawił się sztuczny Eddie, któremu otworzyła się czaszka, a później zleciał do niej pulsujący mózg! W tym momencie skończył się koncert, panowie pożegnali się z nami. Lecz jak dało się przewidzieć zaraz (a nawet szybciej :)) wrócili na bisy. Zaczęło się od Bring Your Daughter To The
Slaughter, które było popisem Bruce'a i jego możliwości wokalnych. Podczas zabawy z fanami krzyczał przez ponad minutę (niektórzy mówią o dwóch, co jest wersja przesadzoną, ale nie wiele). Dickinson był potem, aż tak rozbawiony, że w następnym utworze - 2 Minutes To Midnight pomylił się w tekscie piosenki :). Wpadek rzeczywiście na koncercie było kilka, np. Steve na początku The Clairvoyant pomylił swoje partie. Koncert zakończył się utworem Run To The
Hills. Podczas którego nikt nie siedział w bezruchu. Cały Spodek śpiewał, tańczył, świętował. Na pożegnanie publiczność wykrzyczała jeszcze kilkanaście razy
"Maiden, Maiden", "Dziękujemy". Część osób zaczęła śpiewać jeszcze "Sto lat" dla
Nicko, który dwa dni później miał urodziny. Niestety nie wiele osób "podłapało" ten pomysł ;/. Wtedy zapaliły się światła, a z głośników tradycyjnie poleciało
"Always Look On The Bright Side Of Life", a wszyscy udali się do wyjść.
Po koncercie
Występ Iron Maiden był niesamowity! Nie zawiedli zarówno muzycy, jak i publiczność. Jedynie zastrzeżenia można mieć do paru debili oraz do nagłośnienia, gdyż były z nim problemy. Dziś 3 dni po koncercie jeszcze słyszę w uszach dzwonienie... pamiątkę po koncercie :)). Teraz pozostaje tylko nam wszystkim czekać na koncerty, które odbędą się jesienią tego roku!
PS. Duże podziękowania dla agneSLAVE za użyczenie
fotek z koncertu!
|