Ależ długo kazali sobie czekać Negatywni na kolejny nowy krążek, bo aż cztery lata! Ale opłacało się. Nie brakuje nowych pomysłów, a także tych starszych, już dobrze znanych - nadal utrzymują wysoką formę..
Według mnie ten album to wypadkowa całej twórczości Type O Negative. Jak pamiętacie "World Coming Down" był bardzo derpesyjnym, choć przebojowym albumem. Wpływy nieco starszych "Slow, Deep And Hard" czy "Bloody Kisses" również są tu słyszalne. Naprawdę nie sądziłem, że uda im się sięgnąć jeszcze wyżej, a jednak. Mamy tu wszystko do czego przyzwyczajali nas przez lata - łatwo rozpoznawalna maniera wokalna Peter'a, to samo, masywne brzmienie - nisko strojone gitary oraz swobodnie pracująca sekcja rytmiczna. Rozrzut stylistyczny poszczególnych kawałków jest olbrzymi. Od znanych z "WCD" ciężkich 'ballad' ("...A Dish Better Server Coldly") poprzez szbkie i ostre kawałki ("I Don't Wanna Be Me", "Angry Inch"), aż po sielankowe, spokojne songi takie jak "(We Were) Electrocute", w których Peter pozwala sobie na zaśpiewki w stylu "la,la,la". Muzyka, jaką znajdziemy na tym albumie, kojarzy mi się ze starym, dobrym hard rockiem, rodem z płyt Black Sabbath - te riffy, ta wszędzie panosząca się psychodelia sprawiają, że przenosimy się jakby w lata 70-te. Wszystko to przesiąknięte łatwo wpadającymi w ucho melodiami. Jeśli miałbym się doszukiwać jakiegoś faworyta, to zdecydowanie byłby nim utwór tytułowy. Niezwykle nastrojowy początek, to przysłowiowa cisza przed burzą, zwiastująca rychłą zmianą nastroju. I tak się dzieje, gdy w refrenie wokalista wydziera się, że to życie go wykańcza.
Peter chyba potrzebował czasu na ustabilizowanie swojego życia. W tym okresie przeszedł swoistą metamorfozę, co zresztą dobrze słyszalne jest na "Life Is Killing Me". Gwiazda ToN znowu jasno świeci na metalowym firmamencie i nic nie zwiastuje jej upadku.
Ocena: 9+/10
|