| Spinal Cord - "Remedy" |
Ten tak zwany eklektyzm to zabawa tylko dla odważnych i jednocześnie zdolnych dzieci. Trzeba być nie lada spryciarzem, aby wrzucając do jednego kociołka masę znanych już składników uwarzyć z nich coś nadającego się do spożycia. Ba, żeby to coś smakowało na tyle dobrze, że chce się po to sięgnąć jeszcze raz!
Jak się okazało po przesłuchaniu materiału zawartego na „Remedy” tych pięciu miłych panów to właśnie zdolne dzieci, które pokazały nam, że nie trzeba być wcale odkrywczym i nowatorskim, by być interesującym. Nie jest jednak ten eklektyzm tak duży jak zdawałem się sugerować na początku. Owszem muzyka Spinal Cord to generalnie wypadkowa paru zespołów i stylów, ale nie znajdziecie tutaj jakiś zakręconych i pozornie niepasujących do siebie aranżacji. Można tu wyczuć takie zespoły jak Death, Fear Factory, Cynic czy Morbid Angel, które jakby nie patrzeć, są ze sobą w mniejszym lub większym stopniu powiązane. Szczerze powiedziawszy nigdy jakoś specjalnie nazwa Spinal Cord mnie nie podniecała. Świadom byłem, ze istnieje taka formacja, jako że pilnie śledzę losy polskiego, jakże interesującego podziemia, a już szczególnie tego najbardziej bogatego, death metalowego undergroundu, ale żadnych większych spazmów rozkoszy nie dostawałem czytając i słuchając dymówek wyżej wspomnianych.
Maniakom ekstremalnej muzyki pewnie znana jest nazwa Devilyn. Nie przeczę, jest to ciekawy zespół, tworzący interesującą muzykę. Wydaje mi się jednak, że muzycy tej formacji znacznie lepiej sprawdzają się nie w swojej macierzystej grupie, ale innych projektach, w których biorą udział. Wystarczy wspomnieć choćby Marcina Nowaka znanego też jako Novy, który z powodzeniem dzierży bas w Behemoth, a także Dino i Basti, którzy są członkami Spinal Cord właśnie. Tych dwóch kolesi, wespół z Barneyem (wokal), Smoq’iem (gitara) oraz z Boba (bass) postanowili nagrać płytkę zatytułowaną „Remedy”. Trzeba obiektywnie przyznać, że jest to wydawnictwo naprawdę interesujące, choć jak już wspomniałem niezawierające niczego, co już wcześniej nie zostałoby powiedziane czy zagrane. Muzycznie mamy do czynienia z death metalem pomieszanym z trashem. Słychać, że panowie kiedyś zasłuchiwali się przede wszystkim nagraniami nieśmiertelnej formacji nieżyjącego już niestety, Chucka Schuldinera – Death. Ze względu na pewną motorykę i jednostajność riffów, a także rozwiązania perkusyjne (charakterystyczna gra podwójnej stopy) można też dosłuchać się także nieistniejącego już niestety Fear Factory (choćby początek utworu „Apocalypse Time”). Zaznaczam jednak, że ortodoksi, którzy pewnie czytając to porównanie omal nie dostali ataku serca, nie mają powodów do obaw. Nie ma tutaj żadnych industrialnych wstawek znanych z twórczości „Fabryki Strachu”; obecne jest tylko deathowe łupanie przyprawione do smaku elementami trashu. Gdzieniegdzie trafi się całkiem przyjemna solóweczka, za którymi prawdę mówiąc nie przepadam (nie dla mnie „gitarowe masturbacje” Satriani’ego czy Vai’a), ale dodająca smaku i polotu muzyce, za co należy się plus. Minus natomiast należy się za intro otwierające, „Remedy” Nie ma dla mnie zbytnio sensu zamieszczanie takich nic niemówiących miniaturek, nawet nie muzycznych, bo są to tylko jakieś bliżej niezidentyfikowane odgłosy. Zresztą nie sądzę, aby w ogóle dobrym pomysłem było otwieranie w jakiś charakterystyczny sposób płyt death metalowych. Od tego gatunku muzyki wymagam porządnego kopa w ryj już od pierwszych minut, a nie tworzenia klimatu na siłę, tym bardziej, jeśli nie ma się zbytnio pomysłu jak to zrobić. W takie smaczki można się bawić w black metalu, a nie tutaj. Oczywiście pewnym minusem jest też wtórność tego materiału. Czasem słuchając można się domyśleć, co będzie za chwilę, kiedy wejdzie podwójna stopa, a kiedy gitarzysta zaserwuje nam solówkę. Jest to jednak podane w tak smakowity sposób, ze można przymknąć oko na tego typu sprawy, tym bardziej, że Spinal Cord inspiruje się cholernie zasłużonymi i co tu dużo mówić kultowymi zespołami (choćby Death). Wszystko jest zagrane szybko i konkretnie; nie ma tutaj miejsca na jakieś wydłużone do granic nieskończoności walce. Średni czas utworu to prawie trzy i pół minuty, choć można znaleźć także niespełna dwuminutowy rzyg („Agony”). Trochę przeszkadza mi tutaj słabo słyszalna i niewyeksponowana stopa, ale to pewnie na skutek zbyt długiego słuchania płyt Vader:)
„Remedy” to solidny kawał troszkę kombinowanego deathowego mięcha, godny polecenia w zasadzie wszystkim, do których w jakimś tam stopniu dociera ten gatunek. Nie jest to co prawda szalenie nowatorskie granie, ba – nie jest to w ogóle nowatorskie granie, ale muzyka czerpiąca ze sprawdzonych już wzorców może się mimo wszystko podobać. Mi w każdym bądź razie się podoba i czekam, (choć pewnie się nie doczekam), kiedy Spinal Cord zagości w rejony kujawsko – pomorskie i złoi fanom ciała na żywo. Z drugiej strony jednak – czy gdyby ten album nie był dołączony do „Trash Em All” opłacałoby się go kupić? To już troszkę bardziej skomplikowane pytanie. Ale skoro za niespełna 30 złotych możecie mieć tą płytę (razem z drugim krążkiem i czasopismem) to nie ma się zbytnio, nad czym zastanawiać. Nic nowego, ale polecam.
Ocena - 7/10
Shagrath
shagrath@go2.pl
http://cof.rockmetal.art.pl
GG: 1854873