Peaceville - Under the Sign of the Sacred Star

Zespół: Różni wykonawcy
Album: Under the Sign of the Sacred Star
Gatunek: Różne
Wytwórnia: Peaceville
Rok wydania: 1996
Utwory:
- Aureole (The Blood Divine)
- From Darkest Skies (My Dying Bride)
- A Dying Wish (Anathema)
- Joyful Tears of Sorrow (Dominion)
- Eternal (Paradise Lost)
- Be Forwarned (Pentagram)
- Critical Madness (Autopsy)
- Countess Bathory (Vital Remains)
- For All Eternity (Morta Skuld)
- The Swarm (At The Gates)
- Catharsis (Pitch Shifter)

Pewnego dnia przechadzałem się wśród półek w pewnym sklepie z płytami (taki czerwonawy market z mediami) z chęcią zakupienia nagrania jakiejś true norsk arisk kapeli. W końcu spostrzegłem, że mam w portfelu jedynie piętnaście złociszy, więc postanowiłem opuścić tę światynię konsumpcji. Jednakże w czasie przechodzenia przez dział "Płyty CD od 9,99" wzrok mój natrafił na pudełko, na którym widiał napis "Peaceville". Znając historię Darkthrone, momentalnie skojarzyłem nazwę wytwórni z tym sławnym zespołem i postanowiłem sobie obejrzeć z bliska tę płytkę, w nadziei, że będzie na niej coś od Norwegów. Niestety, w spisie kapel nie znalazłem niczego, co mistrzowie nagrali, ale mimo wszystko postanowiłem sobie zakupić ten albumik. Kiedy dotarłem do swego domostwa, wrzuciłem płytę w odtwarzacz i zacząłem słuchać.

Mruknąłem wtedy pod nosem coś w rodzaju "K***a, spodziewałem się tego". "Aureole" zaczęło się od gównianego intra w stylu cool-evil-gothic, znaczy się jakieś "mroczne" klawisze w stylu Moonspella z "Irreligious", w tle chórki, bicie dzwonu i jakiś "mroczny" pan wygadujący jakieś "mroczne" sentencje. Po chwili do akcji wszedł jakiś "mroczny" hardcore gitarzysta, co nie przeszkadzało parapeciarzowi dalej grać to samo. Myślałem, że bardziej by mi się opłacało tą kasą co wydałem d**ę podetrzeć, ale na szczęście trochę tempo przyspieszyło, a riffy zrobiły się ciekawsze, co nie zmieniało faktu, że wokalista wokalizował niezwykle "dramatycznie", a całość brzmiała jak nieco podrasowany rock z napływami... sam nie wiem czego.

Do następnego utworu przygotowałem się zawczasu - słyszałem, że My Dying Bride to niezwykle ważna kapela, która najlepiej gra cuś, co się zwie doom metal. Mnie to się skojarzyło ze "Sweet Dreams" w wydaniu Marylina Mansona - kiepski riff grany na kiepskiej gitarce. A jak do tego doszło zawodzenie podobne do tego, które Brian "Pedał" Warner stosował na "Portrait Of An American Family", to całkowicie spadłem z krzesła. Miejscami pojawia się taki naprawdę mroczny moment, kiedy z gitarą grają jakieś niby-skrzypce, ale większość utworu to słabiutkie pogrywanie na gitarce i tandetnych organkach. Niedawno opisałem "Symbol" Aiona - napisałem też, co ci ludzie musieliby zrobić, żeby zasłużyć u mnie na 4+/10. Otóż musiałoby to brzmieć mniej więcej tak, jak ten utwór - bo klimaty podobne, jeno wokal nieco lepszy, a melodyjka bardziej chwytliwa, choć i tak kiepska.

Anathema - ten zespół sprawił, że nie pożałowałem zakupu płyty! "A Dying Wish" może nie jest genialny, ale orównując z resztą płyty całkiem niezły. Po świetnym intrze granym na gitarce klasycznej (z nałożonym efektem) nastąpiło nagłe wejście perkusji i elektryka. Niby był on na zwykłym overdrive'ie, ale jednak wygrywał on taki chwytliwy riff, że wielu mogłoby pozazdrościć. A gdyby było mało, to do tego dochodzi naprawdę wyraźny i potężny bas. Zdziwiłem się, bo Anathema to podobno gotyk, a gotyk wiadomo z czym mi się kojarzy. A zgadnijcie, co wokalista zaczął robić. Otóż zaczął od growlu, a raczej od takiego blackowego charkotu! Po przydługim zwolnieniu znów zaczęło się totalne zniszczenie, które ustało, aby basista mógł się wyżyć. Ten człowiek po prostu przez minutę napier****ł w bas z całej siły, miejscami tylko ustępując bębnom. Po tej przerwie powrócił ten genialny riff z początku. Całość zakończyło akustyczne outro.

Następny kawałek, nagrany przez kapelę Dominion to już powrót do średnich kompozycji z początku. Z taką różnicą, że początek przypomina mi nieco wczesne dokonania Black Sabbath - po prostu podobne brzmienie gitary. Właściwie nie mam się tu co rozpisywać, bo to jest po prostu jakiś wzmocniony heavy metal z growlem zrobiony bez większej koncepcji.

Paradise Lost - mówi Wam to coś? Bo mnie całkiem sporo. Pamiętam jeszcze, jak jako szczawik zasłuchiwałem się w płycie "Icon", która była dla mnie szczytem "mroczności". Teraz, gdy słucham utworu z albumu "Gothic" nie jestem jakoś szczególnie podniecony, choć jest to całkiem udana muzyka z zakręconym brzmieniem klawiszy i niezłym wokalem. "Eternal" wypada całkiem nieźle na tle reszty płyty, ale nie jest ona w końcu jakaś genialna.

"Pentagram? To musi być niezły kicz" - pomyślałem sobie. I niewiele się pomyliłem, bo wokalista mógłby z powodzeniem śpiewać w jakimś Dżast Fajw albo Bekstryt Bojz, zaś sam tekst jest wypełniony takimi słowami jak "seksy" i "loff". Z drugiej strony spodziewałem się kiczu w stylu "Waaagh!!! Dark Demon of the Infernal Hallways, come to my crypt tonight and devour me! Raaaaaaaargh!!!", a tu taki rock w stylu Beatles, z taką różnicą, że gitara cięższa.

Następne trzy kawałki to Zły, Niszczycielski, Gwałcący Dziewice, Szatanistyczny Death Metal. Słuchając tych arcydzieł światowego death metalu można uświadczyć teksty w stylu "Satan, yeeeeeeaaah!!!!! Rape, kill, plunder, fuck off and die! I am your servant and ass-bitch for all eternity!", a i usłyszeć genialnych riffów w stylu dżdżdżdżdż, dudududu, nananana i tym podobnym. Zaprawdę, trzeba być nie lada wirtuozem, aby zagrać takie wspaniałe utwory. No dobra, toleruję "Countess Bathory" ze względu na nietuzinkową manierę śpiewania wokalisty, ale ten człowiek powinien zagrać w jakiejś porządnej kapeli, bo tu się tylko marnuje.

At The Gates od razu skojarzyło mi się z Eldem. W końcu to on zachwalał tę kapelę jako pierwszą, która grała melodyjny death metal. No cóż, po wielokrotnym przesłuchaniu tego utworu uznałem, że prezentuje ona całkiem wysoki poziom. Riffy są po prostu świetne, a połączone ze świetnym growlem tworzą niepowtarzalną i klimatyczną melodię, sprawiającą, że całość słucha się naprawdę przyjemnie. W gruncie rzeczy jest to najlepszy utwór na płycie.

Ostatni utwór zatytułowany "Catharsis" to drętwy death. "Drętwy" w sensie dosłownym, bo kawałek wlecze się niemiłosiernie. Poza tym, trwa zbyt długo, co jest już niewybaczalne. Na szczęście następuje po nim outro, które jest dużo ciekawsze od reszty. Szkoda, że nie występuje jako oddzielny utwór, bo podwyższyłby średnią całej płyty.

Jak miałbym podsumować tę składankę? Gdybym wziął pod uwagę najlepsze utwory, to płyta zasłużyłaby sobie na neutralne pięć. Muszę jednak zauważyć, że albumy ocenia się jako całość, a nie dzieli się ich na kawałki i wystawia oceny za to, co jest dobre. Muszę więc wystawić sporo gorszą ocenę. Mimo wszystko, jeśli ktoś nie ma co robić z pieniędzmi, to może zakupić sobię to cuś, choćby dla tych lepszych utworów.

Ocena: 3

Pilsner