HIM "Razorblade Romance"

Myślę, że fińskiego zespołu HIM nie trzeba Wam zbytnio przedstawiać. Wiadomo, zyskali w naszym (i nie tylko naszym) kraju popularność dzięki płycie "Razorblade Romance". Wtedy zaczęła się "wielka moda" na HIM. Ostatnio formacja powróciła z "Love Metal" i znów przybyło jej trochę fanów. Ale dzisiaj w teatrzyku odbędzie się przedstawienie o nazwie "Razorblade Romance", reżyser to backsider (zapamiętajcie tę ksywkę, gościu ma naprawdę talent ;)).

Płytę otwiera "I Love You (Prelude To Tragedy)". Już tytuł sugeruje, że będzie się nieźle działo. I rzeczywiście tak jest. Zaczyna się słodkim śpiewem bez podkładu muzycznego. Chwilkę później mamy już ostre wymiatanie na gitarach. Wszystko idzie równo, rytmicznie, aż miło posłuchać. W czasie refrenu Ville Vallo ma świetny głos. To jest jakby Jekyll i Hyde. W jednej chwili ma przyjemny głosik, by chwilę potem wydać z siebie grube pohukiwanie. Numer 002 to "Poison Girl". Przyznam, że jest to jedna z moich ulubionych piosenek na tym albumie. Znowu zaczyna się cichym, wręcz przygłuszonym śpiewem, by chwilę później do akcji wkroczył gitarzysta, jednak już nie tak ostro, jak w "I Love You". "Poison Girl" nie ma co porównywać z poprzednią piosenką. Ta jest spokojną balladą, poprzednia wręcz nie dała się skupić dłużej na jednej myśli. "Join Me In Death" to pierwszy wielki przebój Skandynawów. Właśnie on jest następną pozycją. Tutaj da się bardzo łatwo wyczuć klimat. Spokojna opowiastka jako zwrotka, kulminacja (troszkę głośniejsza) następuje w refrenie. Nie ma tu niestety już takiego popisywania się na gitarach, ale cóż. Tak chcieli, tak zrobili. Kolejno: "Right Here In My Arms" - mój ulubiony utwór. Nie ma już tych "popowych" wstępów, tylko od razu jazda na wysokim poziomie. Perkusja dobrze trzyma rytm, gdy Ville śpiewa, a niedługo (w czasie refrenu) mocniej przygrzewa gitara. Warto jeszcze zrócić uwagę na dwa utwory. Pierwszy z nich to "Gone With The Sin". Kolejna ballada, ale IMHO lepsza od "Poison Girl". Nie ma szafowania umiejętnościami wokalnymi i muzycznymi, ale prawdziwa potęga tkwi w słowach. Jeśli chodzi o "Resurrection", to jest to kolejna ballada, podobna do "Gone With The Sin". Również nie ma szafowania, ale warto wspomnieć o ciekawym śpiewie wokalisty.

Płyta, według mnie, mimo tego, że zyskała dość dużą popularność w Polsce, nie jest taka super. Większość utowrów brzmi (wygląda) podobnie, według podobnego schematu. Mimo tego, jest warta uwagi, bo stanowi duży krok do przodu Finów z HIM. Żałuję tylko, że niektóre pisma (no jakie? Bravo!) podcierały sobie nimi dupę, robiąc z tego głośniejszy pop itd.

OCENA: 7+/10

backsider

backsider@o2.pl