Carphatian Forest - "Defending the Throne of Evil"

     

  

  Czasem mam ochotę napluć prosto w ryj wszystkim ortodoksom! Czasem mam ochotę zaśmiać się ironicznie i mówiąc „Będąc bardzo true, grim i nekro jesteście najbardziej żałosnymi debilami, jakich widziałem”, puścić im takie płyty jak choćby ostatni krążek Carphatian Forest zatytułowany „Defending the Throne of Evil”. I słuchając tej płyty widzę, że nie tylko ja mam ochotę na takie zachowanie, ale także panowie z CF! 

  Zdrada! – Zakrzykną „true blackowcy”! Otóż moje misie kolorowe, na „Defending the Throne of Evil” pojawiły się tak znienawidzone przez was klawisze, będące jak niektórzy twierdzą dowodem pedalstwa i cukierkowości (pozwólcie, że samą głupotę, a wręcz skrajny debilizm tego stwierdzenia pozostawię bez komentarza). Tak tak moi mili, – Carphatian Forest twierdzący jakoby byli ostatnim bastionem true black metalu skorzystali z dobrodziejstw parapetu! Nie wiem, dlaczego i szczerze mówiąc mam to gdzieś. Nie wnikam w motywy, jakie kierowały tym zespołem decydującym się na taki krok, jako że nie należę do ludzi, którzy spędzają całe dnie zastanawiając się, dlaczego np. Nattefrost sfotografował się w szarej, a nie czarnej koszulce i dlaczego jest to świadectwem sprzedania się (oczywiście to tylko hipotetyczny przykład mający zobrazować wybitną „głębię intelektualną” stwierdzeń o rzekomej komercjalizacji, co poniektórych zespołów). Co by jednak nie mówić, jak bardzo by nie „zbijać” z true winter forest warriorów biegających po lesie z umalowanymi pyskami, ze słuchawkami na uszach (słuchając oczywiście jak najbardziej true i nekro „Defending the Throne of Evil”), oddających hołd swoim pogańskim przodkom i mrocznym, leśnym stworzeniom (najczęściej wiewiórki, rosomaki i borsuki), zaznaczyć trzeba, że mimo obecności klawiorów muzyka Carphatian Forest w sumie za bardzo się nie zmieniła - nadal jest to black metal raczej ze średniej półki. Nigdy w sumie nie byłem jakimś wielkim fanem tegoż zespołu. Nie kręcił mnie zbytnio ich black n’ punk (tak tak, posłuchajcie choćby starszego utworu „He’s turning blue” – brzmi to jak Misfits z blackowym skrzekiem na wokalu!), ani image. Dawno już minęły czasy, kiedy reagowałem szybszym biciem serca na zgraje facetów wymalowanych jak przedszkolaki podczas pierwszego zetknięcia z kredkami. Dlatego też jakoś nie zwaliło mnie z nóg to ostatnie wydawnictwo i nawet pojawienie się elementów symfonicznych (których to jestem zwolennikiem, ale ok. wiem, że nie jestem true, nekro, grim, pagan i co tam jeszcze chcecie), nie spowodowało szczególnego spełnienia po zapoznaniu się z zawartością tego krążka. Ot taki sobie black na średnim poziomie, jakich wiele; coś tam grają, ale nie bardzo wiadomo, o co im chodzi. A może to ja po prostu z wiekiem staje się coraz bardziej wybredny i nie łykam już jak w czasach mojej młodości (hehe) wszystkiego, co jest uznawane za black metal? Być może jest i tak. „Defending the Throne of Evil” słuchałem jednak nie raz i nie dwa; próbowałem się naprawdę do tej płyty przekonać, ale niestety nic z tego nie wyszło. Owszem – jakiś tam poziom to wydawnictwo reprezentuje. Do mnie jednak to nie trafia. Oczywiście jest parę dobrych momentów, ale te „parę” to jednak za mało, żebym mógł wypowiadać się z czystym sumieniem dobrze o tym albumie. Puryści pewnie nawet nie przełkną pierwszych paru minut za sprawą wspominanych przeze mnie klawiszy i w sumie nie mają czego żałować. A może się mylę i na scenie BM są równi i równiejsi? Może szalenie mroczni i źli nekro – fani z otwartymi ramionami powitają powiew nowości w muzyce Carphatian Forest? Ten klawiszowy element, który do tej pory wzbudzał w nich śmiech? Nie wiem i nie obchodzi mnie to. Norwegia coś ostatnio w słabszej formie, bo i Satyricon nagrał album, który mimo, że całkiem dobry („Volcano”) jest zaledwie cieniem tego poziomu który Satyr i Frost zaprezentowali na „Nemesis Divina”; Darkthrone z „Hate Them” także delikatnie mówiąc nie odkrył Ameryki, a teraz jeszcze pojawił się „Defending…” i też nie jest za ciekawie. Choć oczywiście nie porównuje tutaj tych zespołów, bo CF choćby nie wiem jak się starali, nigdy nie osiągnie takiego poziomu muzycznej doskonałości jak Satyricon na wspomnianej „Nemesis Divina”.

   Ja jak już mówiłem nowego „Karpackiego Lasu” nie przyjmuje do organizmu, ale nie mogę też powiedzieć, że jestem zawiedziony, bo nie spodziewałem się po tym zespole jakiegoś wybitnego krążka. „Defending the Throne of Evil” wędruje tymczasem na półeczkę, a ja zapodam sobie nowy Marduk, który jest o wiele bardziej porywający. Wypada teraz tylko czekać na nową płytę Dimmu Borgir, która ukazać ma się w wakacje i mieć nadzieje, że Shagrath i spółka przełamie zła passę i niemoc twórczą, jaka ostatnio wisi sobie nad Norwegią.

Ocena - 5/10

 

                                                                                                               Shagrath

                                                                                                         shagrath@go2.pl
                                                                                                    http://cof.rockmetal.art.pl
                                                                                                            GG: 1854873