Burzum - Daudi Baldrs

Zespół: Burzum
Album: Daudi Baldrs
Gatunek: Muzyka symfoniczna
Wytwórnia: Misanthropy Records
Rok wydania: Bodajże 1997
Studio: Pewne Norweskie Więzienie (chyba w Trondheim, ale głowy bym nie dał)
Skład:
Varg Kvisling Larsson Vikarnes - Syntezatory, czyli całość
Utwory:
-Daudi Baldrs
-Hermodr a Helferd
-Balferd Baldrs
-I Heimr Heljar
-Illa Tidandi
-Moti Ragnarokum

Ha, przyszło mi opisywać pamiętny "Daudi Baldrs", który to niewątpliwie podzielił fanów Burzum na tych wiernych i na tych "true, grim'n'necro"! Swoją drogą wątpię, czy mógłby nastąpić rozłam, gdyby Varg wydał tę płytkę jako część projektu "Hlidskjalf", jak to pierwotnie zamierzał. Ale co się stało, to się nie odstanie. "Daudi Baldrs" został z niewiadomych przyczyn wydany pod szyldem Burzum.
Przyznam, że te nowe płyty nieco dziwnie wyglądają przy takim "Aske", albo "Hvis Lyset Tar Oss", lecz nie oznacza to, że są złe.

Może jednak omówienie zacznę już tradycyjnie od okładki i "takiej fajnej broszurki". No cóż, obrazek na okładce sporo mówi o treściach przekazywanych na "Daudi Baldrs", tzn. jest to scena chrztu wikinga, który mimo wszystko jest odziany w płaszcz z wyhaftowanymi solkasami (solkas - młot Thora, czyli Mjollnir, czyli swastyka). A wkładka? Niestety nie umiem ani po niemiecku, ani po norwesku, więc mogłem jedynie przeczytać część napisaną po francusku. Ogólnie, Varg tłumaczy na czym polegała tytułowa "Śmierć Baldura" (dookoła której obraca się cała treść albumu) i pochodzenie swastyki.
Cytacik:
"Le Thorshammer, egalement connu sous le nom de Swastika, croix Fylfot, roue du soleil, ou Hakenkreuz est un ancien symbole Indo-Europeen. (...) C'est le symbole le plus sacre de la tradition nordique."
Ogólnie rzecz biorąc, do każdego utworu jest dołączony jakiś tekst (powtórka z mitologii nordyckiej :), albo historia napisana przez Grishnakha) i ciekawy obrazek.

Po tym przydługim opisie przejdźmy do samej muzyki. I co tu mamy? Ano sześć kompozycji zagranych na syntezatorach. Żeby już dłużej nie przeciągać:

DAUDI BALDRS - Jak usłyszałem pierwsze dwa takty, to stwierdziłem, że czeka mnie typowo smętna, choć dobra melodia, którą możnaby zagrać na stypie. A tu, ni stąd ni z owąd, mocne walnięcie w kotły i dołączenie chórów! Utwór posuwa się w dostojnym tempie, łącząc dramatyzm śmierci boga światła z dumą charakterystyczną dla utworów Varga. Po jakimś czasie dołącza "coś", co ma zapewne imitować grę na rogu (a jest chyba zrobione na midi), jednak mimo pozornie kiepawego efektu dobrze się komponuje z resztą. I jeszcze te takie, eee... jak to się nazywa? Takie fajne trójkąciki co się w nie stuka i wydają takie lekkie dźwięki. Wiecie o co mi chodzi.
Muszę przyznać, że jest to świetny utwór i może z powodzeniem prezentować się jako streszczenie wszystkich pozycji z tej płyty. A to dlatego, że poza niezłym klimatem znajduje się w nim mnóstwo niedoróbek. Może Varg umie grać na klawiszach, ale tworzenie całych płyt opartych na tym zacnym instrumencie kiepsko mu wychodzi.

HERMODR A HELFERD - Cóż... Moment odprężenia po poprzednim utworze i całej historii Burzum. Otóż jest to wesoła, skoczna melodyjka grana na (sztucznych oczywiście) pianinie i skrzypcach. Jeden motyw powtarza się przez prawie trzy minuty i prawdę mówiąc nie rozumiem ludzi, którzy uznają to coś za pełnoprawną piosenkę. Kurcze, ja rozumiem, że Burzum złożonością utworów nie grzeszy, ale to już przesada!

BALFERD BALDRS - Syntezator, skrzypce, miejscami chóry, pełne napięcie... We wkładce obok tekstu widnieje obrazek z "nawracaniem pogan na jedynie prawdziwą wiarę". To nawet pasuje. W połowie utworu dołącza dźwięk rogu (o niebo lepszy niż w tytułowym utworze) i niekiedy werble. Znów, mroczny, lecz dostojny klimat. A i końcówka nie ustępuje reszcie - pianino wygrywa prostą, acz smutną melodię. W przeciwieństwie do poprzedniego utworu "Balferd Baldrs" nie stoi w miejscu, ale troszkę idzie do przodu.

I HEIMR HELJAR - Po raz pierwszy pojawia się naprawdę szybkie tempo - skrzypce grają razem z bębnami, które czasem same wybijają jakąś melodię. Szkoda tylko, że kiepsko wybijają, kiepsko brzmią i melodia jest kiepska. Jeszcze do tego tradycyjny "ambientowy" (w sensie, że nie naśladuje żadnego instrumentu) syntezator i mamy pełnię obrazu. Szkoda, że obraz jest mało ciekawy.

ILLA TIDANDI - W tym utworze ciągle przygrywa pianino, a w tle chóry sobie śpiewają. Muzyka powolna, monotonna, wręcz stoi w miejscu. Utwór świetny do zasypiania i smutny aż do bólu - łzy same do oczu napływają. Mimo wszystko jest to najsłabszy utwór z płyty - dziesięć minut dla takiej prostej melodii to stanowczo za dużo. No bo co to? Pianino wygrywa jeden "riff" przez dwie minuty, potem to samo z dodatkiem chórów, a dalej same chóry przez kilkanaście sekund... i znów jesteśmy w punkcie wyjścia. Słyszałem niedawno kawałek jakiegoś utworu z którychś z bootlegów Burzum i brzmiał on bardzo podobnie do "Illa Tidandi". Zauważyłem jednak maleńką różnicę - był lepszy.

MOTI RAGNAROKUM - O ile poprzedni utwór był dobry do zasypiania, to ten jest dobry do budzenia. Zaczyna się pogodną grą na pianinie, które z czasem zmienia ton i zaczyna się komponować z syntezatorem, tworząc przejmującą melodię niepewności połączonej z zadumą. Po chwili rolę prowadzącego insrumentu przyjmują klawiory, które wraz z żwawymi (cóż za odmiana!) chórkami wykręcają potężną melodię, która wręcz potrafi postawić na nogi zdechłego człowieka. Jeszcze przerwa na wstawkę skrzypiec, pianina i powrót do genialnej melodii. Odważyłbym się rzec, że jest to wielki hymn, który doskonale ilustruje Ragnarok. Znów powtarza się jedna melodia, ale tutaj to działa jak w "Det Som En Gang Var" - nie nudzi się, można słuchać po XXX razy i dalej pozostaje genialna! Całość kończy wzruszająca gra skrzypiec. Jest to niezaprzeczalnie jedem z moich ulubionych "elektronicznych" utworów Varga!

Whew... A teraz krótka wiadomość do wszystkich, którzy twierdzą, że to jest ambient i zdrada blackmetalu: gówno prawda!!! Jeśli ta płyta to nie jest metal, to cała twórczość Burzum w takim razie nie jest metalem! Ambient to "Hlidskjalf" (podobno), a "Daudi Baldrs" to raczej mieszanka muzyki etnicznej, ilustracyjnej i właśnie blacku, chociaż Burzum rzeczywiście trudno uznać za klasyczny black, więc jest to raczej pagan black. Kiedyś moja matka kochana :) stwierdziła, że Burzum brzmi jak Wagner - nie mógłbym się nie zgodzić. Klimaty z tej płyty przypominają te z "Filosofem" i "Hvis Lyset..." (równie epickie, z równie potężnym brzmieniem), więc jeśli Varg tworzył "black metal", to tworzy go i teraz, tylko za pomocą innych instrumentów.

Ale wartoby dać jakieś podsumowanie. Więc piszę: dla fanów Burzum, The True Vikings Of Norge (cytując Satyricon) i ogólnie koneserów jest to niewątpliwie porcja świetnej muzyki, choć przyznam, że dopiero po wsłuchaniu się i puszczeniu w niepamięć tych gównianych momentów (dłużyzny, mało kreatywne "riffy"). Vikernes dobrze robi to co robi, a to mu się akurat średnio udało. Ale cóż - każdemu sie może zdarzyć.

Ocena: 6

Pilsner

P.S. Przepraszam za brak znaków diakrytycznych w wyrazach norweskich i francuskich.

P.P.S. Na pudełku jest napisane "Vikarnes", więc rozumiem, że tak ma być.

P.P.P.S. Nigdzie nie mogłem znaleźć takiego obrazka okładki, jaką mam. To co widzicie wyżej to ilustracja do "Balferd Baldrs".