*** Komercja a hip-hop ***
Już od bardzo dawna, w kręgach ludzi interesujących się losem muzyki hip-hopowej, toczona jest dyskusja na temat komercjalizacji tegoż właśnie nurtu muzycznego. W trakcie prowadzenia licznych dyskusji, powstało wiele sprzecznych i niejasnych kwestii. Co właściwie określać mianem komercjalizacji? Czy to dobra droga? Czy to nie łamanie reguł tej muzyki? Osobiście, mnie także zależy na dobrym wizerunku hh w Polsce, więc postanowiłem napisać artykuł odnoszący się do poruszonych wyżej spraw. Nie ukrywam, że chętnie poznałbym też inne opinie na ten temat, na łamach Action Maga w Kąciku Muzycznym. Chyba już najwyższy czas przejść do sedna sprawy...
Na samym początku należy zadać sobie pytanie, czym właściwie jest ta cholerna komercja!? Ja przeniosę ten termin do świata muzyki i praw sprzedaży płyt, ponieważ tego bezpośrednio dotyczy mój artykuł. Płyta jest komercyjna wtedy, kiedy nabywca musi wydać swoje pieniądze, by ją otrzymać. Bardzo proste, ale mi chodzi raczej o coś zupełnie innego. Zadaniem moim jest ocenić tak zwane "komercyjne myślenie". Mówiąc, a raczej pisząc "komercyjne myślenie", mam na myśli takie nastawienie artysty do swojej płyty, by zarobić na niej jak największe pieniądze. Nie myśli on przy jej tworzeniu, o dochodach czysto estetycznych, o realizowaniu siebie, oddawaniu się muzyce i swojej pasji. Robi to wszystko tylko dlatego, że dostanie za to jakieś tam pieniądze. Nie ma mowy o idei... Chyba, że o idei pieniądza. Wydaje mi się, że to chyba o to w tym wszystkim chodzi. Sposób myślenia. Jeśli pieniądze jakie zarobię na swojej płycie, będą tylko ŚRODKIEM na przykład do nagrania kolejnej, to wszystko jest wporządku. Żyjemy w kapitalistycznym państwie i nic nie ma za darmo, a taki artysta przecież musi za coś żyć.
Inaczej sprawa ma się, gdy CELEM są wyłącznie pieniądze. Robię coś tylko po ty, by zgarnąć za to ciężką kasę. Nic poza tym. Osobiście, nie przeszkadza mi to. Ja chcę tylko, by muzyka jakiej słucham podobała mi się i była naprawdę dobra. Gorzej jest wtedy, kiedy ktoś zaprzecza samemu sobie. Karmi fanów zwykłymi kłamstwami. To nie jest dobra droga i można strasznie się zawieść. Wyobraźmy sobie, że jakiś raper/wokalista od dawna jest moim autorytetem. Mówi bardzo pięknie, że tworzy muzykę dla siebie, dla słuchaczy, że nie obchodzą go pieniądze. Po kilku latach występów na scenie zwołuje konferencję prasową i ogłasza wszem i wobec, że wszystko to, co kiedyś mówił było najzwyklejszym fałszem. Tak naprawdę to (za przeproszeniem) pierdoli całą tę ideologię i chce tylko hajsu. Straszne, prawda...?...
Mam nadzieję, że choć w małym stopniu rozwiałem wszelkie wątpliwości. Jeśli jednak ktoś ma odmienne (lub podobne) zdanie, jeszcze raz zapraszam do pisania artykułów. Sam jestem bardzo ciekaw, co o tym wszystkim myślą pozostali czytelnicy. Dzięki za uwagę.
PS. Artykuł ten pisałem z myślą o hip-hopie, ale wydaje mi się, że można go podpiąć pod każdy inny rodzaj muzyki.
Słuchałem 2Pac - All eyes on me (cały album)