|
.::.
Crimson Skies
military
Zręcznościowych,
naprawdę grywalnych strzelanek powietrznych na peceta nie ma zbyt wiele. Z
godnych zainteresowania mogę wymienić jedynie rewelacyjnego Freespace'a, także
jego nieco gorszą kontynuację, a jeśli chodzi o bardziej "ziemskie" tytuły -
może "Red Ace", a jakby się uprzeć to polskie "Asy przestworzy". Niedużo, jeśli
porównać z konsolami - z cyklem Ace Combat choćby, którego odcinków jest więcej
niż wszystkich podobnych tytułów na komputery. Wielka to szkoda, gdyż bardzo
lubię tenże rodzaj gier - w których możemy poczuć swobodę przestrzeni, klimat
walk powietrznych a do tego nie ograniczają nas denerwujące przypadłości znane z
(moim zdaniem - zupełnie niegrywalnych) symulatorów.
Tall Tales and Many Lives of Nathan Zachary
W Crimson Skies, produkcie rodem z szatańskiego, podłego, ohydnego (etc.)
Microsoftu, poznamy Nathana "Skippera" Zachary'ego - młodego, przystojnego
eks-milionera, zasłużonego pilota z I Wojny Światowej, a na chwilę obecną -
pirata. Tak, pirata - powietrznego korsarza, który jednak nie jest zwykłym
rozbójnikiem, a również pomaga potrzebującym i zwalcza tych uznawanych
powszechnie za zbrodniarzy. Jego okrętem jest ogromny zeppelin Pandora, a w
walce niezastąpione stają się najnowsze modele myśliwców i bombowców, czy to
zakupionych, czy też zdobytych dzięki starej jak świat metodzie abordażu.
Zachary'emu towarzyszy wierna załoga, stojąca u boku w każdej sytuacji,
składająca się z kilku pięknych panien, paru sprawnych pilotów, a także - w
miarę rozwoju fabuły - z zaprzyjaźnionego niemieckiego naukowca wraz z córką
oraz branżowej konkurentki, piękności ukrywającej się pod pseudonimem Black Swan.
Dla piratów nadeszły ciężkie czasy - nie dość, że walczą między sobą, to jeszcze
u progu drugiej wojny światowej (rok 1937 - choć nie wiemy, czy do wojny
rzeczywiście dojdzie, wszak zaprezentowana opowieść rozgrywa się w alternatywnej
wersji dziejów, gdzie ogromne zeppeliny to zwykły widok) Niemcy stają się
agresywni. Na dodatek krążą plotki o tajemniczym dowódcy jednego z gangów,
nieznanym lecz stanowiącym spore zagrożenie. Na tle takich wydarzeń rozgrywają
się przygody Nathana - jego starcia z wrogami, spotkania z przyjaciółmi, romanse
i miłostki.
Fabularnie Crimson Skies pozytywnie zaskakuje. Oprócz przedstawionej
różnorodności wątków, rzuca na kolana stworzony świat. Przestworza, nad którymi
toczą walki starodawne samoloty, w których szybują majestatycznie gigantyczne
sterowce niczym okręty; świat gdzie rycerz jest jednocześnie sympatycznym łotrem
- to nie może się nie podobać. Tym bardziej, że każdy z bohaterów - nawet
pobocznych - ma swoją duszę, osobowość i charakter. Niektórych naprawdę można
polubić, innych znienawidzić. Ta gra po prostu żyje. A my żyjemy w niej.
Ci wspaniali mężczyźni w swych latających maszynach
Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy zobaczyłem zapowiedź Crimson Skies,
wiedziałem, że muszę mieć tę grę. Urzekły mnie wtedy świetnie zaprojektowane
samoloty, które po pierwszym nań rzucie oka mówiły, że ma się do czynienia z
czymś niezwykłym. Wszystkie, bowiem zostały wymodelowane w duchu lat
trzydziestych - i podobnie, jak od samochodów z tamtego okresu, czuć od nich tę
specyficzną manierę projektantów, wyraźnie widać te masywne zaokrąglenia i obłe,
futurystyczne na ówczesny rok kształty. Twórcy mieli wyobraźnie, i to widać. Aż
dziw bierze, że niektóre konstrukcje utrzymują się w powietrzu, ale jednocześnie
wyglądają one tak realnie, że wydawać się może, iż jeśli odwiedzimy najbliższe
muzeum lotnictwa, natkniemy się w nim na właśnie taką maszynę.
Do każdego samolotu możemy dołożyć coś od siebie - zaczynając od
malowania, przez typ i ilość borni, warstw pancerza, rodzaju powieszenia,
silnika i ewentualnego turbo (zbiornika ze sprzężonym powietrzem). Niektóre
samoloty mają wieżyczki, w których zasiąść mogą nasi towarzysze i razić wroga
niezależnie od poczynań pilota. Inne to istne latające fortece - obładowane
bombami i rakietami, lecz mało zwrotne. Zdarzają się też lekkie demony
szybkości, a także zasiąść można w kokpicie żyrokoptera - czyli mini-śmigłowca,
prawdziwego utrapienia pirata. Wszystkie latadła łączy jedna cecha - żadne z
nich nie ma automatycznego namierzania. Często, więc ujrzymy na monitorze sceny
rodem z filmów o asach pierwszej czy drugiej wojny - jeden samolot ścigający
drugi, siedzący mu na ogonie, posyłający serie z karabinów maszynowych,
trafiające i rozrywające maszynę oponenta lub uderzające w glebę i wzniecające
fontanny pyłu (lub rozpryski wody, jeśli lecimy nad morzem). Odpalanie rakiet
może się wydawać z początku trudne, lecz jako, że tych mamy wiele rodzajów
(każdy służy do czego innego - czy to do oślepienia pilota, czy też np. do
prostackiego niszczenia), kilka godzin praktyki pozwoli na wprawny dobór oraz
wykorzystanie arsenału.
Prowadzenie samolotu nie jest szczególnie trudne - ze względu na
zręcznościowy charakter gry - ale dojście do mistrzostwa to inna sprawa. Wiele
zależy od obłożenia klawiatury - ja używam takiego samego ustawienia, co we
Freespace - przy użyciu jeno klawiszy - i jest bardzo miło. Nie polecam
natomiast gry myszką. Dobrym wyborem jest dżojstik, najlepiej taki z pokaźną
liczbą przycisków i przepustnicą.
Bitwa o Anglię
Zadania, jakie przyjdzie nam wykonać, są przeróżne i właściwie nigdy się
nie powtarzają. Przyjdzie nam ochraniać to i owo, zwalczać wrogie statki, lecz
to dopiero namiastka prawdziwej przyjemności. Co się do niej zalicza?
Walki z zeppelinami. To pierwsza rzecz - przypominają one starcia okrętów
na morzu. Każdy sterowiec ma na burtach działa, z których razi przeciwnika, a
także wieżyczki strzelnicze. Kiedy takie dwa się napotkają, starają się ustawić
bokiem i zaczynają ostrzał. Jednak to nie one decydują o wyniku starcia, a
znajdujące się w ich ładowniach myśliwce - czyli samoloty, za jakich sterami
siedzi gracz. Atakując czy broniąc swojego kolosa, trzeba się opędzać od wrogów,
wśród których są i prawdziwi zabijacy, za których zestrzelenie mamy dodatkowe
zasługi. Ale to nie wszystko - aby "zatopić" wrogi zeppelin, nie wystarczy razić
weń, z czego popadnie. Trzeba strzelać w otwarte włazy dział, a kiedy
spowodujemy eksplozję amunicji, jeden z segmentów olbrzyma wybuchnie. I albo
oponent kapituluje, albo powoli umiera. Widowiskowość tego typu walk jest nie do
opisania, to trzeba zobaczyć.
Kolejną rzeczą traktującą o niezwykłości rozgrywki są powietrzne
akrobacje. Misje z nimi związane są niewątpliwie najtrudniejsze, lecz możliwość
późniejszego obejrzenia zdjęć z karkołomnych przelotów między wąskimi
szczelinami motywuje do nauki wyczynowego latania. Czasem jednak akrobacje są
wymuszone sytuacją podczas misji, i wykonanie ich jest nie tyle konieczną
przyjemnością, co przyjemną koniecznością - np. zanurkowanie nad pędzący pociąg,
wysunięcie drabiny i zabranie więźnia, lub abordaż powietrzny - skok na skrzydło
innej maszyny i przejęcie jej! I znowuż - nie spotkacie tego nigdzie indziej,
ani nie ujrzycie namiastki tej widowiskowości.
Trzeba też wspomnieć o istotnym elemencie niemal każdej misji - starcie i
lądowaniu. To pierwsze odbywa się automatycznie - jesteśmy zrzucani z ładowni
zeppelinu! Natomiast lądowanie zastąpiono cumowaniem do sterowca. Nasze maszyny
nie mają kół, lecz posiadają wysuwany hak, którym trzeba trafić w zwisający z
ładowni pręt. Jest to dość trudne, gdyż trzeba kontrolować prędkość i kąt
podejścia, lecz mamy możliwość automatycznego dokowania - poza paroma
przypadkami, w których musimy wykazać się sami.
O oprawie słów kilka
Graficznie Crimson Skies jest chyba najlepszą grą "powietrzną", jaką
widziałem. Doskonałe jest tu wszystko - od samolotów, przez świetny teren wraz z
drzewkami, budynkami, rzekami, morzem... Co najważniejsze - każdy obiekt jest
trójwymiarowy! I wcale a wcale nie spowalnia to gry, nawet w olbrzymim Nowym
Jorku! Jak osiągnięto taki efekt? Prostym sposobem - kiedy jesteśmy wysoko, w
dole widać jeno tekstury powierzchni, lecz kiedy zbliżymy się do gleby, każdy
element staje się trójwymiarowy.
Ale to są sprawy oczywiste - w końcu zadbać o teren było trzeba. Lecz co,
jeśli chodzi o szczegóły? Te są wręcz powalające - jak maszyny się rozbijają,
ciągną za sobą pióropusze dymu, i najlepsze - trójwymiarowy piloci w sytuacji
zagrożenia wyskakują ze spadochronem! Czegoś takiego jeszcze nie widziałem -
genialna animacja, grafika cudowna. Nie do wiary, że zadbano nawet o ludzi.
Jednak - jak się chce, to można. Fabułę cementują świetne filmiki, czarno -
białe, jakby kręcone w tamtym okresie. Doskonale tworzą klimat i jeszcze lepiej
wyglądają.
Dźwięki są natomiast ewenementem na skalę światową. Tak doskonałej oprawy nie ma
nawet Medal Of Honor! Muzyka przypomina wyczyny pana Williamsa w Indym Jonesie
czy Gwiezdnych Wojnach, chwilami te dzieła prześcigając, ale to jeszcze nic.
Speeche są więcej niż genialne. Weźmy na przykład taki briefing - w większości
gier jakiś smutny pan mozolnie tłumaczy, co mamy zrobić. Ale nie tu - w CS
Nathan wyjaśnia załodze cele misji, czasem żartuje, ale najlepsze, że jego ludzi
również słuchać - śmieją się, dogryzają sobie nawzajem, dowcipkują. Stwarza to
atmosferę pokładu Pandory - jakbyśmy naprawdę tam byli, uczestniczyli w całym
przedstawieniu! Jeśli dodać takie szczegóły, jak zniekształcanie głosu przez
radio czy rewelacyjną grę aktorów, którzy są chyba rodem wyciągnięci z lat
trzydziestych, nic już nie pozostaje do dodania.
Dycha i ani minusa mniej!
Wystawiam, zatem ocenę - 10\10. I zdania nie zmienię nigdy, przenigdy -
czuję bowiem, że z Crimson Skies będzie podobnie jak z Freespacem. W tamtym
przypadku gra również mnie zauroczyła, i to w ten specyficzny sposób - kiedy
wiesz, że nawet za pięć lat będziesz w nią ciął. I stało się - w FS gram już
dwie wiosny, a będzie jeszcze więcej. Tak jest właśnie z dziełem Microsoftu.
Mogą się pewne osoby oburzać, że 10\10, a właściwie żadnych rewolucji, nic
szczególnie innowacyjnego gra nie wnosi... Wiedzcie, drodzy czepialscy, że tu
liczy się grywalność, w tym przypadku poparta genialnym wykonaniem. A takiego
zestawienia nie spotyka się często.
OCENA:         
10/10
Plusy:
+ Wspaniała grywalność w klimacie alternatywnych lat trzydziestych
+ Oprawa, i w ogóle, i w szczególe
+ Prawdziwa, piracka przygoda! |
Minusy:
- Microsoft zapomniał o tym, jakże istotnym, elemencie większości jego
produktów (i chwała mu za to!)
|
|