|
|Statek Widmo|
Jest to horror - gatunek filmowy, którego miłośnikiem nie jestem; zawsze kojarzyły mi się z tą nazwą fruwające flaki, kończyny, hektolitry krwi i tym podobne widoki, które niespecjalnie mnie cieszą. Choć taki "Resident evil" obejrzałem z przyjemnością - bez wspomnianych wyżej zabiegów (no... prawie :) udało się tam stworzyć atmosferę strachu, co nie jest taką łatwą sztuką. A jak sprawa ma się w przypadku filmu "Statek Widmo"?
Pierwsza scena filmu mnie nie zachęciła. Pokazana jest zagłada (dobre określenie :) pasażerów statku (1962 rok), gdzie po "pewnym zdarzeniu" kawałków ciała jest co najmniej dwa razy więcej niż było pasażerów :) Dlatego, jeśli nie lubisz tego typu scen, najlepiej przeskoczyć te kilka minut do przodu, bo potem jest już lepiej. Czasy współczesne - grupa ludzi zajmuje się ratownictwem morskim (oceanicznym) - młodzi, odważni, tacy... amerykańscy :) Właśnie świętują kolejną udaną (choć ryzykowną) akcję w pubie, gdy podchodzi do nich pilot; pokazuje im zdjęcia wraku, który zauważył. Proponuje im zdradzenie lokacji statku w zamian za udział w zyskach, a ponieważ obowiązuje zasada ograniczonego zaufania, pilot płynie tam razem z ratownikami. Po dotarciu na miejsce i dokonywania rekonesansu wraku wszyscy mają wrażenie, że coś jest nie tak... ktoś widział palącego się papierosa w popielniczce... przez moment ktoś zobaczył małą dziewczynkę... Ale nikt nie jest specjalnie smutny; do czasu, gdy ich łódź ratownicza eksploduje (zawór "odkręcił się sam" :) Ale i nawet wtedy humory załogi nie są złe przez długi czas, gdyż odnajdują w ładowni złoto! Oczywiście ten fakt wyklucza wezwanie pomocy bądź zbudowanie tratwy. Tymczasem tajemnicza dziewczynka chce ostrzec nieświadomą zagrożenia grupę ratowników...
Dalej fabuła przebiega dosyć schematycznie - ratownicy po kolei giną wskutek działania nadprzyrodzonych sił :) (chyba nikt nie poczuł się zaskoczony). Zagadką pozostaje fakt, dlaczego zginęli członkowie załogi - tajemnica wyjaśnia się stopniowo, przez co ma się ochotę oglądać dalej. Wyjawienie prawdy co do tego, co się zdarzyło podczas feralnego rejs statku następuje za pomocą bardzo dobrej sceny (nie chcę za dokładnie opisywać, gdzie i jak, aby nie zdradzić jeszcze więcej fabuły filmu ;) Naprawdę ten fragment zrobił na mnie wrażenie. Najlepiej opisałby ją zwrot: "kontrast między obserwatorem a obserwowanymi" (czy jakoś tak :) Fajne jest też zakończenie filmu - daje do myślenia :)
Ogólnie, jeśli lubisz nieco mocniejsze wrażenia, a nie jesteś miłośnikiem latających flaków, to polecam ten film (z wyjątkiem początkowej, nieco nawet przesadzonej w stosunku do reszty filmu sceny). Jeśli jednak oczekujesz rozwałki, to raczej tu tego nie znajdziesz; film dość udanie balansuje na granicy pomiędzy akcją a fabułą, za co mu chwała. Nie jest to dzieło wybitne, ale w sam raz do obejrzenia w piątkowy wieczór po tygodniu pełnym stresów :)
Ocena: 4/6 (db :)
Mariusz Saint
Słówko od Gregoriusa: a ja, jak zwykle, się nie zgodzę. Film jest diablo nudny. Naprawdę. Oglądałem go z kumplami (pozdrowienia! :)) i co chwilę leciał jakiś komentarz nt. filmu. A to naprawdę źle o nim świadczy. Historia jest naciągana niczym przeciętny osiołek za uszy. A już zakończenie to prawdziwy majstersztyk! Niech mi ktoś wytłumaczy, po jaką chorobę męczyć się z tonącym statkiem, cudować, ściągać na pokład ekipy naprawcze, skoro w tak prosty sposób można wkręcić się na inny. I pewność większa, i bilans ofiar bardziej zadowalający. Kto oglądał, wie, o czym mówię. A kto nie oglądał, a ma coś lepszego do roboty - niech nie ogląda. Jak dla mnie 3/10.
|