.................|B i u l e t y n|........
..........................|F i l m o w y|.


spis treści | poprzednia strona | następna strona


|Filmy - polemika do poprzedniego numeru|

Zdarzyły ci się sytuacje, w których wydaje się, że cały świat uwziął się na ciebie? Znasz to uczucie, połączenie desperacji z beznadzieją, kiedy w przypływie szału masz ochotę zrobić coś złego każdej napotkanej osobie? Kiedy już tylko cienka granica dzieli cię od wpadnięcia w "postal"? Namiastkę tego miałem, czytając kącik filmowy w AM 40. Widziałem kilka filmów, które zostały w tymże wydaniu zrecenzowane, i z żadną oceną się nie zgadzam.

Zazcnijmy od "Stu dziewczyn". Jakiś tam ktoś wystawia filmowi dychę, kiedy jest to jeden z najbardziej żenujących, głupich, pustych przedstawicieli "komedii młodzieżowych" - które jakoś mnie nie śmiesza, a jedynie rażą tematyką. Większość "żartów" tyczy się tematów rozporkowych - i zaprezentowano je w sposób wielce finezyjny, np. gra w rozbierane piłkarzyki, masturbacja w pokoju kumpla... Boki zrywać. Aktorzy, oczywiście, dają z siebie wszystko - może z wyczerpania grają tak kiepsko? Muzyka jakoś w pamięć mi nie zapadła, a scena finałowa to tandetne powtórzenie jednego z najbardziej ogranych kawałków w historii kina: "Zbycha, ja cię kocham!". Kto dał temu chłamowi dychę, kiedy zasługuje on najwyżej na naciągane dwa...? Co? To Lov? Ech, no to wszystko jasne...

Następny w kolejce - "I stanie się koniec", czyli rozterki wewnętrzne Arnolda na tle sztańskich wyczynów diabelnego przystojniaka. Doprawdy, tak kiepskiego horroru nie widziałem dawno. Schwarzenneger, próbując wcielić się w postać wyczerpaną psychicznie jest tyleż przekonujący, co Miller jako zbawca narodu polskiego. Fabuła niby trzyma się kupy, ale wszystko jest tłumaczone na siłę. Zdjęcia prezentują poziom gruntu - monotonne, jednostajne; muzyka jest fatalna. Jedynie Gabriel Byrne wnosi jakiś pierwiastek profesjonalizmu w produkcję, opierającą się w dużej mierze na gigantycznych eksplozach. Sorki, Arnie, "Drużynę A" już widziałem.
Najgorszą wadą filmu jest jednak nuda, jaka od niego bije. "I stanie się koniec" widziałem dwa razy - podczas pierwszego przerwałem seans w połowie. Kiedy w telewizji nie nadawali nic lepszego, skusiłem się, ale teraz wiem, że równie dobrze mogłem spędzić te dwe godziny na jakichś produktywnych czynnościach. Na przykład na przelewaniu wodu z kubka do szklanki i na odwrót. 2\10.

"Kruk 3". Tu z kolei uważam, że recenzent filmu nie docenił - bo co to jest 7\10? Przynajmniej oczko wyżej, a może bym się nie uczepił... Gdyż właściwie nie mam żadnych, ale to żadnych zarzutów do tej produkcji. Ogląda się przyjemnie, wytwarzany przez scenografię i muzykę klimat jest niesamowity, a niektóre sceny zapierają dech w piersiach. Żeby nie było - nie jestem fanatykiem "Kruków". Oprócz tej części widziałem tylko całkiem znośny serial, i nie bronię serii jako takiej. Dla mnie - 9\10.

Natomiast nie mogę się zgodzić z żadną z recenzji nowego "Matrixa". Ten film albo jest czczony, albo doszczętnie deptany. Dla mnie był dobrą rozrywką - nastawiłem się na kino akcji, nawet i bezmyślne - i dane mi było akcję zobaczyć. Świetną akcję - efekty powalają, walki wciskają w fotel a muzyka tworzy całkiem niezłe ich tło. Niestety - zdarzają się pseudofilozoficzne dłużyzny, a także mierzi najgłupsza scena w historii kina - orgia w Zionie. Jeśliby się tak cała ludzkość miała bawić (dzika orgia w rytmie techno), to ja bym z chęcią pomógł maszynom. Do tego kretyńska przemowa Morfeusza, trochę niepotrzebnego seksu... I jedyna "wolna" scena warta uwagi - wizyta u... (cholera, zapomniałem jak się zwał). U tego, co francuszczyzną zalatywał. Przekomiczne - w najlepszym tego słowa znaczeniu. Ale już triki z "masażem serca" pod koniec są nawet gorsze niż "ja cię kocham, więc nie możesz umrzeć" z pierwszej częśći!
Podsumowując - "Matrix: Reaktywacja" zasługuje na ósemkę z minusem. Ogląda się świetnie, ale spora porcja banałów pozostawia pewien niesmak. Oby trójka była lepsza... (Choć trailer wyglądał jak skrzyżowanie Star Wars z Obcym - czyli dwóch świetnych filmów - lecz to połączenie przypomina próbę wypicia kawy z sokiem cytrynowym.)

Jak to wampiry się w barze spotkały, czyli "Od zmierzchu do świtu" - i 2\10. Litości! Toż to jest arcydzieło, które zasługuje na 10! Nie każdy może je zrozumieć, wiem... Lecz chociaż spróbujcie, zanim zrównacie film z ziemią! Fakt - wielkiego przesłania to on nie niesie. Efekty nie są jak w "Matrixie" (ale to z racji wieku filmu - i jeśli ktoś kiedykolwiek zarzuci, że w Obcym są słabe efekty, lepiej niech zacznie nosić jakiś talizman na szczęście - może dożyje do świąt) i jedynie muzyka oraz gra aktorów wyróżnia się in plus.
Co więc jest takie genialne? Spójrzcie na bohaterów - ich charaktery. Są to ludzie... wyjątkowi. Dwaj przestępcy, bracia ze skrzywioną psychiką (świetnie pokazano właśnie sposób ich przyjmowania świata) oraz pastor z dziećmi. Poznają się, zaczynają dochodzić do porozumienia. Można powiedzieć, że darzą się sympatią.
A tu nagle rzuca się ich w wir krwawej jatki.
To właśnie lubię - stawianie zwykłych ludzi w niezwykłych sytuacjach. Po spokojnej pierwszej części filmu, służącej do zapoznania się z bohaterami, nagle obserwujemy ich zachowanie w obliczu zagrożenia. Pomagają sobie, łączą siły - mimo, że tak wiele ich dzieliło... Za to wszystko stawiam filmowi dyszkę w wykrzyknikiem. A za Salmę Hayek jeszcze plusik...

"Phantoms", czyli "Odwieczny wróg". W zasadzie ocenę wystawiłbym taką samą, co autor recenzji, ale zwróciłbym uwagę na inne rzeczy. Przede wszsytkim - intryga. Mamy puste miasteczko. Gdzieniegdzie można znaleźć trupa, a tylko kilka osób pozostało przy życiu. Atmosfera zagadkowości i zagrożenia... Nie - osamotnienia, jest przerażająca. Wspaniale budowana poprzez wiele dobrze przemyślanych scen. Niby nic się nie dzieje, wszystko to wytwór wyobraźni, a jednak czuje się czyjś oddech na karku. Nawet gra aktorów - słabych aktorów - nie przeszkadza. Jeśliby tylko postarano się o mądre wyjaśnienie zagadki, to ocena byłaby wysoka. W zamian zaprezentowano najgłupszego stwora z możliwych - coś, co myśli, że jest szatanem. Jakiś stworek uważa się za boga - choć jest teoretycznie niczym więcej niż mrówka. Brawo. Ten, co na to wpadł (czyli autor książki, na podstawie której film powstał) - Dean Koontz - jest jednostką wybitną. Zresztą niemal wszystkie książki Koontza cechują się idiotycznymi wręcz pomysłami (że wspomnę tylko o komputerze więżącym kobietę w domu czy homoseksualnej parze seryjnych zabójców). Reasumując - wychodzi "piątka".

Dokopmy kolejnemu "zdziesiątkowanemu" dziełu. "Przepowiednia", której w oryginale tytuł brzmi "Przepowiednia człowieka-ćmy". Dobrze, że nie przetłumaczono całego tytułu, bo sikałbym ze śmiechu już na początku. Ale, ale... zaczekajmy do rozwinięcia akcji. Ta ciągnie się niemożebnie - i trudno nie usnąć w tym natłoku dynamicznych wydarzeń. Znaczy się - z początku jest całkiem ciekawie, ale kiedy wyjaśnia się tajemnica pochodzenia "ćmiarza", zaraz zaczynają mnożyć się kretynizmy. Zakończenie jest w stylu typowo amerykańskim - dramatyczne... Dramatycznie łatwe do przewidzenia. Aktorzy grają całkiem porządnie, ale to niczego nie zmienia. 5\10.

Jako, że z oceną "Showtime" się zgadzam, czas przejść do "Szyfrów wojny", ostatniego punktu dzisiejszej wycieczki. Jestem miłośnikiem filmów wojennych - ale takich, które prezentują prawdziwą wojnę. Nie nierealnych widowisk, w których dzielny bohater gromi wrogów, lecz produkcji uświadamiających bezsens zabijania. "Szeregowiec Ryan", "Helikopter w ogniu", "Kompania braci" i wybitna "Cienka czerwona linia" - to są dzieła z pierwszej ligi. Na drugim końcu peletonu plasują się kiczowate obrazki typu "Wróg u bram", "Byliśmy żołnierzami" i "Szyfry wojny" właśnie.
John Woo zaserwował historyjkę o tym, jak dzielny Amerykanin Indiańców bronił. Bohater miota się po polu bitwy i co jakiś czas robi smutne miny. A jak wygląda to pole bitwy? Jak z kreskówki - ktoś rzuca granat, a ten, co oberwał, leci dwa metry w górę. Żołnierze biegają bez ładu i składu, a ich atak planowała chyba upośledzona umysłowo małpa (niewielka, w porównaniu z wrogiem, liczebność, a oni stosują starożytną radziecką taktykę "ura, i do boju"). Jeszcze gorsze są momenty, w których dochodzi do jakichś konwersacji - chce się płakać, widząc nieporadną grę aktorów, usiłujących z całych sił wiarygodnie wypowiedzieć idiotyczne kwestie. Na uznanie zasługuje cała jedna scena - kiedy żołnierz klęka przy dziecku, a następnie zostaje przeszyty kulą. Jednak dla jednego ujęcia nie warto męczyć się dwie godziny... Dla mnie 4\10.

Doszliśmy do końca moich "polemik". Jak widać, gusta z recenzentami mam raczej rozbieżne, więc - czekam na następne teksty, z którymi się nie zgodzę. Pisanie tego sprawiło mi sporo przyjemności...

military

Słówko od Gregoriusa: a mi przyjemność sprawiło czytanie tegoż - jak ja lubię takich złośliwców :). Oj, masz sporo racji - w kilku przypadkach już miałem się dopisać, ale nie - liczyłem że ktoś się odezwie. I stało się - dzięki za polemikę. :)
A nawiązując jeszcze do "Szyfrów wojny". Cóż, reżyser skupił się nie na ukazaniu bezsensu działań wojennych, ale na czymś zgoła innym. Oddał, hmmm... starał się oddać, problem "usunięcia" jednostki w imię wyższych wartości, ogółu. Być może nie jest to dość wyszukane, ale co tu ukrywać, realne. I należy zauważyć, że decyje takie, w innych okolicznościach, zazwyczaj podejmują ludzie, którzy siedzą w sztabie i z walką za wiele wspólnego nie mają. Tutaj zaś powierzono ją osobie, która raz już doprowadziła do śmierci kolegów. A to, że film jest nazbyt efekciarski? Owszem, zgadzam się. Ale swą ocenę podtrzymuję. No, chyba, że ktoś przekona mnie sześciopakiem piwa - to wtedy ocenę do sześciu obniżę :).


|strona 10|