Tryptyk majowy: Taniec

Chcesz, pokażę ci czym jesteś.

Podnieś dłoń na wysokość twarzy.
Przyjrzyj się jej.
Wpatrz się.
Uświadom sobie każdy centymetr kwadratowy skóry, każdą zielonkawo obecną pod nią żyłę, każdy włosek.
Skup się na zmysłowym odczuwaniu swojego organizmu.
Prześliźnij się delikatnie opuszkami palców po uginającym się sprężyście policzku.
Poczuj swoją cielesność.
Przyłóż dłoń do warg, jednego z najczulszych receptorów.
Zaznaj ciepła swojej skóry, jej delikatnego, niemal niewyczuwalnego smaku.
Poznaj jej zapach pełen witalności.
Przesuń ustami kilka centymetrów, wyczuwając drobne nierówności, niejednolitą, delikatną fakturę, życie.
Uzmysłów sobie jak prawdziwie, jak dogłębnie jesteś swoim ciałem, a jednocześnie ogarnij jego odrębność.
Pojmij skomplikowany biologizm wszelkich procesów w tobie zachodzących.
Usłysz szum swojej krwi.
Poczuj i zrozum rytm bicia swego serca.

A teraz wyobraź sobie, co się będzie działo, gdy umrzesz.
Spójrz w swoje lustrzane odbicie i spróbuj sobie zobrazować przebieg gnicia twojej martwej twarzy, zmianę kolorów cery z różowej na trupiobladą, na siną, na zgniłozieloną.
Wyobraź sobie plamki rozkładającej się skóry, ich powiększanie się, pogłębianie, aż do ukazania pleśniejących mięśni.
Uzmysłów sobie, że będziesz żerem.
Pomyśl o swoich oczach, o swoim sercu, o swoim mózgu wyjadanym przez glisty.
Zobacz swoje leżące w trumnie zimne, obojętne zwłoki toczone przez robaki.
Poczuj smród, najgorszy z możliwych odór swojego butwiejącego trupa.
Twoje ciało, będące siedzibą radości, entuzjazmu, miłości, marzeń, stanie się nawozem. Odpadkiem organicznym.
Usta, na których ona składa swoje pocałunki, porosną grzybem.
Tym jesteś. Ochłapem mięsa skazanym na gnicie.

Wiara, Nadzieja, Miłość?
Nie - Rozkład, Gnicie, Śmierć.

***

Skąd więc w ludziach ta megalomania? Skąd w nas to złudzenie, że jesteśmy czymś więcej niż tylko zwierzętami? Skąd wiara w boskie pochodzenie, w pokrewieństwo z aniołami, w czekającą nas po nędznym życiu krainę wiecznej szczęśliwości? Skąd w nas to naiwne chciejstwo nieśmiertelności? Dlaczego tak ciężko przyjąć nam do wiadomości, że nic ani nikt nad nami nie stoi, że jesteśmy tylko tu i teraz? Przecież to tak naturalne. O ile mniej skomplikowane jest to twierdzenie niż teorie zakładające istnienie nieogarnionego Boga i przeżywającej śmierć duszy. Ale my wierzymy, że jest inaczej; czujemy, że jesteśmy czymś więcej niż tylko zbitką komórek... Obok wszelkich instynktów, popędów, biologicznych zachowań, istnieje w nas pragnienie czystości, boskości, wzniosłości - rzecz niespotykana u innych ssaków, którą ciężko sobie wytłumaczyć ewolucją czy walką o byt. Ale może po prostu nasza relatywnie wysoko rozwinięta inteligencja implikuje takie postrzeganie świata i swojego w nim miejsca. Choć raczej to jedynie naleciałość kulturowa, kolejna rzecz przekazywana z pokolenia na pokolenie, której praźródła należałoby szukać w życiu przedhistorycznych ludów. Nasi przodkowie widząc swoją ogromną przewagę intelektualną nad zwierzętami, uznawali się zapewne za stworzenia całkiem od fauny odrębne i z czasem wymyślili bogów, duszę i nieśmiertelność.

Seneka napisał: "Jeśli chcesz poznać prawdziwe właściwości czegoś, rzecz tę pozostaw czasowi". W tym miejscu, w którym siedzę 1000 lat temu był las. Za 1000 lat będzie tu być może centrum jakiegoś ogromnego miasta, wysypiska śmieci lub ruiny dawnej cywilizacji - cywilizacji człowieka. Za kilka stuleci lub tysiącleci doprowadzimy wreszcie naszymi konsekwentnymi działaniami do samozagłady i wtedy okaże się ostatecznie - choć nie będzie nikogo, kto by to mógł dostrzec - że jesteśmy tylko gatunkiem przejściowym, skazanym na rychłe wymarcie, na byt w kosmosie krótszy niż dinozaury, szczury czy bakterie. Pojawiliśmy się na Ziemi 100-200 tysięcy lat temu. Historia naszego gatunku jest króciutkim epizodzikiem w porównaniu z pięcioma miliardami lat istnienia naszej planety.

Na ludzkość można patrzeć z dwóch perspektyw: kosmicznej i człowieczej. W makrokosmosie jesteśmy niczym. Te nasze osiemdziesiąt miliardów kruchych istnień na przestrzeni historii, ta nasza krótkotrwała cywilizacja w porównaniu z ogromem i wiecznością wszechświata są czymś niezauważalnym, znikomym - właściwie nas nie ma. A skoro jesteśmy tylko jeszcze jednym przemijalnym gatunkiem zwierząt, to musimy sobie w pełni uświadomić, że cała nasza kultura jest jednym wielkim kłamstwem. W kosmosie nie ma czegoś takiego jak dobro i zło, jak moralność, jak sprawiedliwość, litość, miłosierdzie - człowiek sobie je wymyślił. Nie są więc one wartościami bezwzględnymi, pewnymi: będąc Arabem lub Chińczykiem miałbym inną etykę. Skoro więc wszystko jest względne, skoro nasze normy są wytworem społeczeństwa, można je odrzucić. Taki relatywizm jest niebezpieczny i prowadzić może do pogrążenia się w zbrodni i rozpuście...

Ale jest jeszcze nasz mikrokosmos... I patrząc z tej perspektywy, patrząc oczami człowieka, ludzkość może być postrzegana jako coś wielkiego. Widząc nasze zdobycze techniczne, widząc ogromne budowle zbudowane ciężką pracą, widząc zapierający dech w piersiach obraz, słysząc przepiękną muzykę, można popaść w zachwyt, można się utwierdzić w przekonaniu o naszej boskości, wyjątkowości. Oczywiście ta głęboko humanistyczna postawa cechuje się dbałością o bliźniego, jako o wartość najwyższą; czynienie dobra jest priorytetem i to niezależnie od wyznawanej wiary, bo przecież: "Jeśli nie ma Boga, to człowiek musi zachowywać się jak Bóg", jak pisał Isaac Bashevis Singer.

Przypomina mi się taka scena: koncert Kazika Na Żywo w jednym z wrocławskich klubów, stoję na lekkim podwyższeniu i patrzę z góry (czyżby podświadomy przejaw mojej wyniosłości) na falujący przed sceną tłum: wulkan życia, erupcja młodości i witalności, energia w czystej postaci, upita muzyką, sobą, alkoholem. Przymykam na chwilę powieki i wybucha mi przed oczami straszny obraz: ten sam klub, te same fosforyzujące światła i kościotrupy - kościotrupy tańczące, kościotrupy skaczące, kościotrupy niesione na rękach, kościotrupy przy barze, kościotrupy palące papierosy, kościotrupy całujące się w kącie, kościotrupy z gitarami, kościotrup przy mikrofonie. W jednej chwili uświadomiłem sobie z całą bolesnością, że ten ludzki żywioł - coś, czego doświadczam najprawdziwiej, coś najrealniejszego - będzie nieruchomą kupą zgnilizny, potem kości, potem pyłu. A potem nawet pył zniknie...

Jesteśmy tylko ludźmi i zrozumiałe, że patrzymy na siebie z poziomu ulicznego hydrantu. Ale dla poznania Prawdy powinniśmy umieć widzieć siebie również z wysokości gwiazd, umieć porównywać siebie z czymś trwałym, istniejącym obiektywnie i prawdziwie. A czymże jesteśmy wobec śmierci, wszechświata, czasu...? Pochylmy głowy i posypmy je popiołem.

Ale żyjmy. Nic więcej mieć nie będziemy.

Phnom Penh
phnom@go2.pl
phnom_penh@pf.pl